sobota Listopad 25th 2017
reklamabanerustac.gif

Burka, tarcza i pas cnoty

Umieszczam końcówkę  dystrybutora paliwa we wlewie baku i wtedy, kątem oka dostrzegam ją w kolejnym rzędzie dystrybutorów benzyny. Ma na sobie czarną burkę. Kiedy idzie w kierunku kasy – obserwuję ją i zastanawiam się, co skrywa ta czarna szata. Jaka kobieta jest ukryta pod nią? Burka wisi na niej luźno, kobieta idzie wolnym, ale stanowczym, rześkim krokiem. Kończę napełnianie baku w samochodzie i prawie biegnę do budynku, muszę spojrzeć jej w oczy, może kiedy nasz wzrok się spotka, uchylę rąbka jej szaty i dowiem się kogo okrywa. Kobieta w burce stoi przy kasie, śledzę jej każdy ruch. Szata leży na niej bardzo luźno, zakrywając każdy skrawek ciała, tak jak nakazują nauczyciele, mimo tego wyraźnie widać, że jest szczupła, co dostrzegam, kiedy porusza się, płacąc za benzynę. Odwraca się, dostrzega mnie i wówczas mój wzrok, pełen podziwu i fascynacji ,krzyżuje się z jej spojrzeniem. Nie odrywam nawet na sekundę moich oczu od jej twarzy, delikatnie uśmiecham się, podziwiając jej wygląd. Moje spojrzenie i postawa ciała mówią jej: Ta szata nie potrafi zakryć tego, że jesteś piękna.

Pod burką nie mogę zobaczyć jej twarzy, ale po oczach zauważam, że to młoda kobieta. Musi nią być, bo zamiast obowiązkowego opuszczenia wzroku w dół, wytrzymuje moje spojrzenie i uśmiecha się. Wiem to. Bo kąciki jej oczu marszczą się delikatnie, jak każdej innej dziewczynie, oddającej uśmiech podziwiającemu ją mężczyźnie. Nadal patrzymy sobie w oczy, kiedy mija mnie, nie oglądając się za sobą. Prawie za nią wołam, ale przy kasie stoi brązowoskóry kasjer, pewnie muzułmanin, a ja nie chcę narazić swojej i jej osoby na jakąkolwiek krytykę z jego strony.

Nie jestem zwolennikiem burek. Kocham kobiety za piękno ich ciał. Za możliwość ich podziwiania. Ale nie jestem również przeciwko burkom. Wiem, że każdy kij ma dwa końce i wszystko zależy od tego, z którego końca się stoi. Dla jednych jest to zabobon, zmuszający kobiety do niewolniczego zakrywania swoich wdzięków, dla drugich może być czymś zupełnie innym – jedynym prawem ,chroniącym je przed brutalną gwałtownością samczego świata; spoiwem rodziny, strażnikiem wierności małżeńskiej. Trudno o tym napisać właściwie. Czasem trzeba spotkać taką osobę, bezimienną, całą okrytą materiałem, aby móc zrobić to właściwie.

Kobiety w burkach to temat drażliwy. Wydaje się, że są one zniewolone i nieszczęśliwe, pozbawione możliwości bycia prawdziwymi kobietami, które kwitną opalane słońcem, podziwiane przez mężczyzn. Ale czy na pewno? Czy życie w burce musi dla każdej z nich oznaczać poniżenie, brak poczucia własnej kobiecości? Może ta burka nie jest dla nich aż taka zła?

W wielu miejscach na świecie, gdzie dziewczyny i kobiety skazane są na noszenie burki, dzieje się to głównie przez religijność, przez zasady narzucane przez islam. Ale nie tylko. Dla wielu młodych kobiet szaty, podobne do burki, przez wieki były tarczą, jaką się okrywały opuszczając bezpieczny dom. W większości tych regionów kobiety często padały ofiarą gwałtów, a burka spowodowała, że nie wzbudzały podniecenia wśród otaczających je, często półdzikich, mężczyzn, rządzących się prawami wojny. W czasie pojawienia się burki powstały też bardzo surowe restrykcje, nawet za samo zaczepienie kobiety. Za gwałt – karano mężczyznę śmiercią, często dość bolesną. Ostre prawa i burka chroniły kobiety przed wulgarnymi zaczepkami ze strony mężczyzn. Tymczasem w cywilizowanych krajach nachalne zachowania są na porządku dziennym. Im ładniejsza dziewczyna, tym więcej zaczepek ze strony mężczyzn. Często, szczególnie kiedy mężczyźni są pijani, bardzo wulgarnych. Ile z młodych dziewczyn i kobiet boi się wyjść samotnie wieczorem, ile z nich wraca do domu w strachu, że zostaną zgwałcone przez obcych mężczyzn? Ile z nich było zaczepianych przez mężczyzn?  W tym wypadku prawa burki zwyciężają. Kobiety schowane pod nimi – są bezpieczne. Mężczyznom nie wolno ich zaczepiać, a jeśli to uczynią, mogą spotkać się z naprawdę surową karą. Nie zaczepiają ich również dlatego, że żaden z nich nie chce, aby jego żona była napastowana przez innego mężczyznę i dlatego też sam stara się tego nie robić. A czego oczy nie widzą, tego się nie pragnie. Bo nigdy nie wiadomo, co skrywa się pod szatą. Burka okrywa kobietę jedynie wtedy, kiedy opuszcza swój dom. W domu może nosić ładny makijaż, sukienkę,a w łóżku powinna być równie dzika jak kotka, ale tylko dla swojego męża. W odróżnieniu od wielu chrześcijańskich dziewcząt, którym religia nakazała, że seks powinien być tylko rodzajem prokreacji. No, ale to przecież za mało dla kobiet, one chcą mieć możliwość bycia podziwianą przez innych mężczyzn.

Czy myślałyby tak samo, gdyby urodziły się w półdzikim kraju, gdzie prawie każde spotkanie z obcym mężczyzną mogłoby skończyć się brutalnym gwałtem? Gdyby były wielokrotnie gwałcone, widziałyby gwałt na swoich siostrach od najmłodszych lat, czy tak samo negatywnie reagowałyby na kobiety w burkach?

Każdy kraj ma swoje przyzwyczajenia. I najczęściej wynikają one z racjonalnych powodów. Burka, oprócz względów religijnych, miała i ma za zadanie chronić dziewczyny i kobiety przed brutalnością męskiej chuci. Choć nie jestem ich zwolennikiem, rozumiem, że w wielu krajach, gdzie najbliższy posterunek policji znajduje się kilkanaście kilometrów piechotą, a prawie każdy mężczyzna nosi przy sobie broń, burka spełnia swoje zadanie, chroniąc kobiety. Krzyki i protesty wyemancypowanych, cywilizowanych kobiet, chcących zniesienia burki w tych krajach, są tragicznie śmieszne. Chcą pozbawić je jedynej ochrony, jaką mają, ukrywając swoje wdzięki za osłoną luźnych szat. Rewolucje powinno robić się jednocześnie z naprawianiem prawa. Najpierw edukować gwałcicieli – co najczęściej w tych krajach już się odbyło za pomocą doraźnych sądów, skazujących ich na surowe kary – a dopiero później powoli liberalizować prawo noszenia burki. Samo rozebranie kobiety do niczego nie doprowadzi, zwiększy tylko niechęć do tego zarówno mężczyzn, jak i samych kobiet, które pod burką mogą się uśmiechać bez żadnego zażenowania do mężczyzny podziwiającego jej kształty, które dostrzec można tylko poprzez ułożenie szaty na jej ciele w czasie ruchu.

Mam znajomą, która, ilekroć jedzie do swojej rodziny, zmuszona jest założyć burkę już na lotnisku. Kiedy pytam jej czy ją to krepuje (bo od lat mieszka i wychowuje szóstkę dzieci, w tym dwie dziewczynki, bez burek, w cywilizowanym kraju), mówi, że nie. Że tylko ten pierwszy moment jest frustrujący, kiedy w lustrze niknie jej twarz, a pojawia się zamaskowana, anonimowa postać. Choć z ulgą pozbywa się burki, kiedy wraca do domu, nie myśli o tym zupełnie, jest to dla niej coś takiego, jak dla nas nałożenie góralskiej czapki z piórkiem. Rodzinny folklor. Nic ponadto. Trudniej, jeśli zmuszona byłaby ponownie zamieszkać ze swoją rodziną na stałe, bo przyzwyczaiła się do tego, że bez burki dużo łatwiej załatwia się różne sprawy. Mimo szóstki dzieci nadal jest zadbaną, dobrze wyglądającą kobietą, głównie przez to, że nigdy nie była zmuszona w swoim życiu do pracy zarobkowej. Jej mąż zawsze potrafił zarobić dobre pieniądze. To ona opowiedziała mi o tym, że burka również chroni. Chroni przed natarczywością mężczyzn. Przed zdradą. Chroni dziewicę i chroni samych mężczyzn przed zwierzęcym pożądaniem, tak często okazywanym w innych krajach każdej ładnie wyglądającej kobiecie.

Co ciekawe, spotyka się niemal co tydzień ze znajomymi kobietami z tego samego kraju i żadna z nich teraz nie nosi burki, ale w kraju swojego urodzenia, zmuszone są ją nosić. Dla bezpieczeństwa. Choć czasem śmiesznie to brzmi: kiedy mężczyzna krzyczy, załóż burkę, aby chronić samą siebie, przed natarczywością mężczyzn. Ale to dowód na to, że rewolucje przeprowadza się pomału. Najpierw edukacja, a później możliwość wyboru i wówczas zawsze okazuje się, że lepiej przystawać do innych. Że zawsze lepiej nosić burkę w burkowym kraju, a nie nosić jej tam, gdzie inni tego nie robią.

Jest jeszcze inna prawda, która zmusza do zastanowienia, kiedy spojrzy się na nią z zupełnie innej strony. Rodzina. Dla muzułmanów jest ona najważniejsza. Każdy mężczyzna zmuszony jest do zapewnienia rodzinie dobrych warunków życia, czyli domu i jedzenia, które zaspakaja ludzkie potrzeby. Rodzina jest najważniejsza, choć zdarzają się rozwody, głównie z powodu zdrad, to jednak mężczyźni starają się o to, by je wyeliminować i burka jest tutaj doskonałym przykładem. Osłonięta nią kobieta nie wzbudza żadnego zainteresowania u innych mężczyzn. Jakikolwiek kontakt z innymi mężczyznami jest surowo karany. Mężczyzna też ma zakaz kontaktowania się z kobietą w burce: rozmowa, dotyk, zaczepianie jej – jest surowo karane. Zdrada karana jest często nawet śmiercią.

A jak to wygląda w rozwiniętych krajach, pełnych liberalizmu? Młodzi biorą ślub. Najczęściej oboje mają już za sobą sporo doświadczenia seksualnego z innymi partnerami. Po kilku latach pojawiają się dzieci, ich życie zmienia się, obowiązki rodzicielski i praca powodują zmniejszenie częstotliwości kontaktów seksualnych, znudzenie łóżkiem, rodziną. Mimo obrączki, mężatki lubią flirtować z innymi, a żonaci mężczyźni uwielbiają podrywać koleżanki z pracy lub przypadkowo napotkane dziewczyny. Rozwój internetu i telefonów komórkowych umożliwił flirtowanie z innymi w każdej minucie naszego życia. W końcu pojawia się zdrada. Pierwsza, druga, a gdy prawda wychodzi na jaw, rodzice rozchodzą się, dzieląc między sobą obowiązki w stosunku do spłodzonych przez siebie dzieci. Rodzina się rozpada.

Burka z tym walczy. Nie tylko chroni kobietę przed zapędami innych mężczyzn, ale chroni instytucję rodziny przed rozpadem, przed możliwością zdrady, która może spowodować jej rozkład.

Czy w oczach kobiet chodzących w burkach, zachodni świat nie wygląda źle? Rozwody na każdym kroku, żadnego poszanowania własnych rodziców, bo dzieciaki po kolejnym rozwodzie nie wiedzą, co to jest ojciec czy matka, bo zmieniają się oni jak w kalejdoskopie, nie dając im możliwości przekazania najważniejszych, rodzinnych wartości. Sami, zakładając rodziny, często idą w ślady swoich rodziców, bo, choć starają się nie powtarzać ich błędów, brakuje im wpajanych w normalnych rodzinach, wzorów i tradycji rodzinnych. Dziadkowie i babcie lądują w domach opieki, bo taniej, stać ich na to po sprzedaży majątku seniorów rodu, no i wygodniej, a uczucia jakie mamy do nich? O jakich uczuciach mówimy, kiedy znamy ich zaledwie z kilku lat, które spędzili z nami, a już później tylko z kilku godzin miesięcznie? Co tacy rodzice potrafią przekazać swoim dzieciom w czasie swoich spotkań? Rodzicielską miłość? Kościelne przykazania? Zasady, które oni sami łamali bez żadnego poszanowania, rozbijając instytucję rodziny, która dla wielu muzułmańskich krajów jest największą świętością.

Sam jestem miłośnikiem seksu z każdą napotkaną przedstawicielką płci przeciwnej,  do której czuję pociąg i ona czuje to samo do mnie. Ale badając kobiety w burce, zawsze myślę, że może to one mają rację, starając się ograniczyć dostęp do nawet możliwości zdrady, która niszczy rodzinę. Nie oceniam, po co? Mogę mieć rację albo jej nie mieć. Sam postępuję inaczej, przeciwnie, kocham się kochać z każdą napotkaną kobietą i robię to zawsze dobrze. Tak, aby każde z nas zapamiętało ten moment. Ale mam wyrzuty sumienia, kiedy dziewczyna, która wyśliźnie się spode mnie po trzygodzinnych zapasach, mówi: „Mój mąż nigdy mi tak długo nie zrobił”. Czuję wstyd (bo nic wcześniej nie słyszałem o mężu), zażenowanie, bo chwila jest chwilą, przyjemność jest przyjemnością, ale to nie są najważniejsze rzeczy, dla których zakładamy rodziny i mamy dzieci.

Hormon szczęścia produkujemy, gdy mamy dobry seks, orgazm, spożywamy czekoladę, przekraczamy możliwości swojego ciała, jemy bardzo ostre potrawy, ale żadna z tych rzeczy nie potrafi zastąpić momentu, kiedy po długim dniu pracy, przy stole zasiada cała rodzina i spożywa obiad lub późną kolację. Wówczas czujemy swoje właściwe spełnienie. I w tym kraje, które celebrują burkę, mają nad nami wyższość. Każdy związek to sztuka kompromisu, szacunku, jaki dwoje ludzi, tworzących rodzinę, ma do siebie. Jeśli tego nie ma w związku, nie pomoże burka, nie pomoże zachodni liberalizm, gdzie każdy może, co chce, nie pomoże rodzinny psycholog. Szacunek do wartości jakie respektujemy, powstaje w rodzinie, a ona jest tworzona od samego początku i tutaj, według mojej opinii, rodziny z burkami, z kobietami zakrytymi przed światem – zwyciężają. Dlaczego? Może tradycjonalizm w tym wypadku ma rację, bo przecież nie będę tego rozważał w kategorii praktyczności. Po prostu zwycięża – walkowerem.

Trzeba również dodać inny problem burkowych kobiet, osiedlających się w krajach, gdzie burka nie jest potrzebna. Turban, hidżab, burka? Po co to nam? Kraje ze zróżnicowaną kulturą są fajne, ale nie trzeba nam adaptować tradycji z innych krajów na nasze ulice. Kiedy widzę policjanta w zachodnim kraju w turbanie, chce mi się śmiać. On musi go nosić do śmierci. Tak mówią. Ale kiedy śpi, nie ma go na głowie. Kiedy uprawia sport, też nie ma. Nikt go za to nie zgwałci. Nosi go, jak góral kapelusz z piórkiem, aby pokazać kim jest. Jeśli przyklei go super klejem na stałe, potrafię to zrozumieć: religia, tradycja, folklor, bez problemu,  ale jeśli nosi go przez cały dzień, pełniąc publiczne obowiązki, a w nocy odkłada na bok, dla mnie jest to tylko kolejną manipulacją.

Podobnie z burkami. W zachodnich krajach, kiedy widzę kobiety w nie okryte, dla mnie są bardziej atrakcyjne seksualnie niż jakakolwiek inna zachodnia kobieta. Dlaczego? Bo sobie wyobrażam, jak wyglądają kobiety pod nimi, bo mnie podnieca nieznane, niezdobyte.  Ale kiedy zastanawiam się, po co noszą go w tym kraju, nie potrafię odpowiedzieć.

Sam przyjazd do takiego kraju, to już podjęcie decyzji o porzuceniu własnych tradycji, choćby na czas wizyty, nie mówię już o emigracji. Bo trzeba respektować prawa kraju, do jakiego się podróżuje, a nie można do niego przywozić i narzucać swoich. Burka już nie jest tarczą, bo jest prawo i policja, i każdy wkoło ma telefon komórkowy, z którego może skorzystać w razie napadu czy gwałtu, a jeśli burka nadal ma spełniać rolę pasa cnoty w krajach, gdzie kobiety są prawie półnagie i na każdym kroku można mieć z nimi przygodny seks, to dlaczego do niego emigrują? Kiedy jestem w innym kraju, nie zmuszam wszystkich do jedzenia bigosu, bo to polska narodowa potrawa, albo nie każę im go upichcić i podać dla mnie w restauracji. W innych krajach zawsze respektuję prawa krajowców, jakkolwiek dziwne mi się one wydają. W zachodnich krajach taka burka czy turban, to już tylko religijny fanatyzm.

A fanatyzm w każdej postaci czynił wiele krzywd, nawet jeśli jego pobudki były prawdziwe i mądre. W XV wieku, we Florencji, jeden z wielkich reformatorów katolickiego Kościoła – Girolamo Savonarola, zrobił rewolucję, słusznie oburzając się na rozpustę mnichów i księży oraz nepotyzm papieski, ale przesadził. Ci sami ludzie, którzy nieśli go na ramionach jako wodza rewolucji, zanieśli go na szubienicę i płonący stos. Podobny los może czekać tych, którzy narzucają w zachodnich krajach noszenie burek, lub innych, którzy chcą je ściągnąć natychmiast w krajach, gdzie są noszone. Trzeba na to czasu i pewnie minie kilka pokoleń zanim ostatecznie znikną. W miejscach gdzie nadal regionalna władza nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom, głównie kobietom, burka i surowe kary nadal będą tarczą, chroniącą kobiety przed natarczywością mężczyzn. I póki się to nie zmieni, pozwólmy im uśmiechać się pod nią, kiedy podziwiamy je, fantazjując o ich wyglądzie, patrząc tylko na zarysy kształtów, jakie wyłaniają się podczas ruchu, spod okrywających je burek.

Moda na Azję

Na sklepowych półkach zalega tysiące produktów „made in Asia”- głównie z Chin, Tajwanu, Bangladeszu i Korei. Azja jest w każdym domu, w każdym samochodzie, na każdym człowieku. Tanie, coraz lepiej wykonywane produkty zalewają każdy rynek zbytu. A jak to się ma do ludzi, do azjatyckiej rasy? Czy Azjaci zdominują także nasze geny, tak jak zdominowali nasze sklepowe półki?

Socjologowie od lat piszą różne scenariusze o tym, że przyszły człowiek będzie mieszaniną różnych ras, ale głównie – ludzi mających azjatycki rodowód. Będziemy mięć zadarty nosek i brązowożółtą skórę. Nie stanie się to jutro, ani za dziesięć lat. Minie kilka, a może kilkanaście dekad, nim po ulicach głównie będą poruszać się potomkowie mieszanych małżeństw, z wielką nadwyżką krwi azjatyckiej. Ten proces rozpoczął się już kilkanaście lat temu. Teraz zaczyna przyspieszać.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu widok białego mężczyzny z azjatycką dziewczyną był sensacją, dzisiaj obraz statecznego, siwiejącego pana, trzymającego za rękę młodą, azjatycką dziewczynę, przestaje już bulwersować. Jeszcze kilka lat temu tacy panowie, jeśli mieli azjatyckie żony, starali się trzymać swoje wybranki w domu, aby nie oburzać opinii społecznej. Dzisiaj w wielu rozwiniętych krajach takie związki są już tak częste, że powoli przestaje się na nie zwracać uwagę.

Najciekawsze jest to, że głównie widuje się pary typu: biały mężczyzna w średnim wieku i młoda Azjatka, bardzo rzadko można znaleźć ich przeciwieństwo – biała kobieta i Azjata. Co powoduje taki układ sił? Głównie seksualność mężczyzn i zbawienna dla nich niebieska tabletka, która zwiększa możliwość prokreacji o ponad kilkadziesiąt lat. Najczęściej byłe partnerki tych panów są już dojrzałymi kobietami, zbliżającymi się do okresu przekwitania, panowie szukają więc nowych doświadczeń, a tania Azja, z ogromną populacją płci żeńskiej, oferuje im je w ogromnym wyborze. Choć coraz częściej widuje się pary w tym samym wieku.

Z jakiego powodu biali mężczyźni są tak zainteresowani związkami z Azjatkami? Przecież to nie ten typ urody jaki preferują, w jakim dorastali, ucząc się seksualności. Dochodzi do tego bariera językowa i ogromne różnice w kulturze, począwszy od wyrażanego światopoglądu, poprzez religie i dysproporcje w najprostszych czynnościach codziennego życia .

A jednak mimo to każdy mój znajomy wyraża ochotę na romans, seks lub związek z Azjatką. Dużo bardziej niż z jasnowłosą Szwedką, czarnowłosą Italijką czy smukłą Australijką.

Czy rzeczywiście białe kobiety powinny czuć się zagrożone podbojem swoich partnerów przez azjatyckie kobiety?

Mój znajomy doświadczył zdrady. Gdyby to była tylko przelotna znajomość, może przeszedłby obok tego obojętnie, bo przecież rodzina – choć dzieciaki już prawie dorosłe – jest najważniejsza, ale niestety kochanek jego żony był dużo młodszy, a ona zakochana w jego młodzieńczym wigorze, postanowiła zostawić dla niego rodzinę i męża. Mój znajomy przeszedł okres głębokiej depresji. Niełatwo jest przecież zadbanemu mężczyźnie przyjąć do świadomości, że jego partnerka znalazła sobie młodego chłopaka, który osładza jej czas wieku średniego. Załamał się, zaniedbał, zaczął coraz częściej zaglądać w butelkę, aż w końcu nawet jego znajomi unikali go, bo jedyne o czym rozmawiał w czasie spotkań towarzyskich, był temat – „jak mogła mu coś takiego zrobić?”.

W końcu pojawiłem się u niego, włączyłem jego laptopa, założyłem mu konto na jednej ze stron randkowych i kazałem mu odpowiadać na zaproszenia dziewczyn. Po tygodniu wciągnęło go to już tak, że zupełnie zapomniał o swojej żonie i tylko chwalił się, że ma już z trzydzieści fajnych dziewczyn z Azji, a po trzech miesiącach spakował się i poleciał do Wietnamu na spotkanie z kilkoma z nich. Wrócił po dwóch tygodniach, odmłodzony, bez depresji, jedna z dziewczyn tak przypadła mu do gustu, że stwierdził, że to ta jedyna. Zakochał się. Mia miała 24 lata, była ponad dwadzieścia lat młodsza od niego. Cztery miesiące po pierwszym wyjeździe do Wietnamu, wyjechał ponownie, nie mówił nic nikomu, a kiedy wrócił, pokazał wszystkim zdjęcia z wesela. Wziął ślub zaraz po tym, jak otrzymał rozwód od swojej byłej żony. Kilka miesięcy później, kiedy Mia otrzymała prawo stałego pobytu, odebrał ją z lotniska i przywiózł do domu. Pół roku temu urodził się ich syn. Żyją szczęśliwie, choć część znajomych, szczególnie zamężnych kobiet, przestała utrzymywać z nimi kontakt.

Wiem, dziewczyna jest młoda, a on co najmniej dwie dekady od niej starszy. Jest z innej kultury, rasy i religii. Wiele razy czuję niesmak do siebie, że to ja sprowokowałem tę sytuację, ale z drugiej strony pomogło mu to stanąć na nogi, założyć nową rodzinę i począć syna. I żyć, póki co szczęśliwie. Czy taka alternatywa czeka na każdego samotnego mężczyznę? Tak.

W jego ślady poszło kilku kolejnych znajomych, jeden z nich przywiózł z Chin dwudziestoośmioletnią dziewczynę, a sam jest blisko sześćdziesiątki. Również po rozwodzie. Już są po ślubie. Inny trafił na Filipiny, gdzie ma sporo narzeczonych, ale nie stara się nawiązywać z nimi długoterminowych związków. Sam, gdy jestem w Azji, zawsze obserwuję w samolocie, na lotnisku czy w hotelu,  białych mężczyzn i zastanawiam się jak wielu z nich  przyleciało tutaj tylko dla azjatyckich dziewczyn. Co sprawia, że biali mężczyźni tak chętnie decydują się na kontakty z Azjatkami?

Oczywiście łatwość dziewczyn, które są zafascynowane zachodem i zdeterminowane do tego, aby poznać białego mężczyznę. Biały mężczyzna kojarzy im się z dobrobytem i spokojem dla rodziny, a ich kraje dopiero budzą się ekonomicznie. Ale czy tylko? Łatwe są dziewczyny zza Buga, a mimo to ich atrakcyjność spada w porównaniu z Azjatkami. Wzór rodziny białego mężczyzny to dom, dzieci i dostatnie życie. Marzenie każdej azjatyckiej dziewczyny. Każda z nich marzy o domu i dzieciakach według wzoru żywcem wyjętego z amerykańskiego filmu. A to, że jej partner jest czterdzieści lat starszy? Nie ma problemu. W wielu azjatyckich kulturach różnice wiekowe między kobietą a mężczyzną są wręcz pożądane, dlatego nie ma w tym nic zdrożnego, kiedy dwudziestokilkuletnia dziewczyna ma za męża starca.

Szalejąca emancypacja białych kobiet zmieniła wzór zachodniej rodziny – dotychczas mężczyzna był panem domu, a kobieta zajmowała się rodziną, dzisiaj wiele pań zarabia więcej niż ich partnerzy i wymusza równouprawnienie lub wręcz nawet zamienia role w rodzinie – to mężczyzna przejmuje obowiązki kobiety. Dotychczasowa rola mężczyzny zanika, a on sam czuje się niepewnie. Rodziny w Azji nadal trzymają się starych wzorców, w wielu kulturach kobieta ma służyć mężczyźnie i tak wychowywane są te młode, azjatyckie dziewczyny. To nie żadne niewolnictwo – w Azji kobieta od wieków ma prawo do głosu, od wieków traktowana była na równi z mężczyznami, może nawet wziąć rozwód, jeśli jej małżonek nie spełnia się w roli męża, kochanka czy żywiciela rodziny. Ale nauczane są od małego, że dobry mąż jest warty szacunku i okazują mu go na każdym kroku. Dla nich rodzina zawsze jest na pierwszym miejscu. W zachodnich krajach, już nie. Staruszków lokuje się w domach starców i najczęściej zapomina się o ich istnieniu. W Azji starzy ludzie są traktowani z szacunkiem do końca swoich dni i krewni muszą opiekować się nimi. Są częścią rodziny,a umieszczanie ich w domach starców, byłoby hańbą dla dzieci i wnuków.

Kolejnym powodem atrakcyjności azjatyckich kobiet w oczach białych mężczyzn, jest ich kobiecość. Wiele tych dziewczyn jest wychowywana jako kobiety, bez żadnych domieszek chłopięcego wyglądu czy zachowania. Ubierają się w sukienki, poruszają się powabnie jak nimfy,  są wypełnione seksualną atrakcyjnością, którą szybko dostrzegają biali mężczyźni. Jeden z tych znajomych, wędrujący po Azji, powiedział mi, że nigdy już nie dotknie białej kobiety. Tak bardzo zakochał się w azjatyckiej kobiecości, że dla niego biała, wciąż narzekająca kobieta, stała się aseksualna, wręcz odpychająca. Ja sam często łapię się na tym, że w grupie wielokulturowych dziewcząt, najczęściej spoglądam na Azjatkę, bo wydaje mi się najbardziej kobieca.

 

Również anatomia ma w tym swój udział. Budowa ciała azjatyckich dziewcząt jest bardzo proporcjonalna, nie mają tendencji do tycia, kobiety – najczęściej niskiego wzrostu, dla białych mężczyzn, zastraszonych feminizacją zachodnich kobiet, stają się doskonałą alternatywą. Szczególnie w sypialni, gdzie mimo zapewnień naukowców o tym, że nie ma różnic w wielkościach, często widać je wyraźnie i dużo łatwiej zaspokoić azjatyckie kobiety, niż te z zachodu, tym bardziej, że w azjatyckich kulturach seks nigdy nie był żadnym tabu, i najczęściej są one otwarte, i bardzo chętne do wszystkich zabaw łóżkowych.

Azjatyckie żony to kolejny towar z Azji, który zalewa zachodnie rynki. Na ulicach zachodnich krajów codziennie widuję dziesiątki takich par: biały mężczyzna i azjatycka dziewczyna. Czy białe kobiety powinny się obawiać? Polsce to jeszcze nie grozi, ale w ciągu dekady może dużo się zmienić. Już teraz liczy się, że w naszym kraju znajduje się ponad 100 tysięcy Azjatów. W większości nielegalnie. Na szczęście trzymają się we własnych rodzinach, izolując się kulturowo i społecznie, ale to wszystko do czasu. Ich atrakcyjność wzrasta, jeszcze kilkanaście lat temu jedyną azjatycką nacją, akceptowaną przez polskich mężczyzn, były Japonki, dzisiaj patrzymy już na każdą inną z zainteresowaniem i budzącym się pożądaniem. Wyjeżdżamy na wakacje do Azji, mając nadzieję, że nasz czas umilą nam ładne, skośnookie dziewczyny. I coraz częściej spoglądamy na nie jako nasze przyszłe partnerki.

Stoję na stacji benzynowej i patrzę na lekko siwiejącego, białego, wysokiego czterdziestokilkuletniego, przystojnego mężczyznę. Podbiega do niego w podskokach dwudziestoparoletnia Chinka, mimo różnicy wzrostu, skacze mu na szyję, tuli się do niego,  obcałowuje, śmiejąc się. Zastanawiam się, dlaczego tak przystojny mężczyzna wybrał właśnie ją. Znalezienie dla niego białej partnerki nie powinno być żadną trudnością – wygląda jak George Clooney , a oceniając jego zamożność po marce samochodu, do którego zaraz po tym wsiadają – biedny nie jest. Dlaczego Azjatka? Czy w taki właśnie sposób biała rasa zacznie zanikać i czy to wina białych kobiet, czy białych mężczyzn?

Żyje między młotem i kowadłem – We krwi (cz.3)

Czesław jest masarzem. Nie, nie zajmuje się rehabilitacją czy relaksowaniem mięśni innych ludzi, jego praca polega na zabijaniu świń i obrabianiu tusz mięsnych. Jest rzeźnikiem i masarzem, wyrabia kiełbasy oraz inne produkty wędliniarskie. Wiele lat temu zaczynał pracę w Zakładach Mięsnych w ubojni, jako rzeźnik. Do jego zadań należało: zabić i oprawić świnie. Czesław lubił swoją pracę, miał ciężką rękę, to i zabijanie szło mu dobrze, i szybko zrozumiał, że dobry masarz nigdy głodny nie będzie chodził. Często zabierał do domu część podrobów z Zakładu Mięsnego i tam szkolił się w wyrobie kiełbas oraz wędlin.

Czesław miał do tego smykałkę. Najpierw jego wyrobów wędliniarskich próbowała najbliższa rodzina i koledzy, a później zaczął je sprzedawać sąsiadom i innym, polecanym przez znajomych, klientom. W czasach komunizmu, dzięki tej prywatnej inicjatywie, udało mu się odłożyć trochę grosza, bo z marnej zakładowej pensji ciężko było wówczas przeżyć. Kilka lat później wyjechał na zarobek do USA, gdzie zarobił trochę pieniędzy, wrócił i wybudował duży dom, w którym otworzył prywatną rzeźnię i masarnię, a kiedy skończył się komunizm, dobudował do domu sklep.

Powodziło mu się dobrze, ludzie lubili jego produkty i chętnie je kupowali, były świeże, smaczne i w  przystępnej cenie. Szczególną popularnością cieszyły się jego kiełbasy i kaszanki, po które wkrótce właściciele prywatnych sklepów spożywczych zaczęli przyjeżdżać nawet z odległych miast.

Wielu ludzi pytało go jaka jest tajemnica jego specjalności: kaszanki. Jak udaje mu się uzyskać tak doskonałe połączenie mięsa, krwi i kaszy, czy to jakaś specyficzna przyprawa nadaje mu taki smak, czy też receptura i odpowiednie zmieszanie wszystkich produktów powodują jej niezwykłość. Czesław, gdy pytano go o to, śmiał się:

- Wszystko zależy od świni – mówił wycierając krew z dłoni w ręcznik. – Musi być odpowiednio utuczona, na zdrowej spyży, ale cały sekret polega na tym, jak ją zabijasz. W wielu ubojniach, dla ułatwienia, podwieszają świnię do tłuczenia, a ta krzyczy, płacze, jest przerażona i krew się w niej ścina. Żeby mięso było smaczne, trzeba ją zaskoczyć, dać jej coś dobrego do jedzenia i wówczas szybko ogłuszyć, tak aby nie wiedziała, że jest w rzeźni, a zwierzęta zawsze czują, że są w miejscu gdzie zaraz zginą. To cała tajemnica, ja zawsze tłukę świnię w takim miejscu, że nic nie przeczuwa, wtedy ją podwieszę i szybko upuszczam krew, zanim się zetnie. Taka krew i mięso są najlepsze, świnia jeszcze nie wie, że zginie, raczy się jedzeniem, a tu pach i już nie żyje, nadal przeżuwając jedzenie, a jak się to uda, jej mięso i krew zawsze smakują dobrze. Jak się boi – i krew, i mięso będą ścięte, i pełne strachu.

Kiszki Czesława rzeczywiście słyną z doskonałego smaku, zapotrzebowanie stale wzrasta, a on stara się zwiększyć produkcję, aby je zaspokoić. Czesław, mimo że mógłby zwiększyć produkcję, nawet wielokrotnie, nadal stara się robić większość wędlin sam, według swoich starych receptur.

Nigdy nie brakuje mu klientów, gdyby tylko chciał, mógłby rozbudować rzeźnię i stać się regionalnym potentatem wyrobów wędliniarskich, tak bardzo jest popularny.

W miłości Czesławowi już się tak nie powodzi. Choć zawsze mawiał:

- Bóg odpłacił mi to w dzieciach.

Czesław miał ich sporo. Pierwszą córkę spłodził już za młodu, z przypadkowo spotkaną dziewczyną, na potańcówce. Dziewczyna nigdy nie poznała Czesława jako ojca swojego dziecka czy męża – po propozycji małżeństwa, wyśmiał ją i znalazł sobie inną dziewczynę, z którą ożenił się i spłodził dwójkę dzieci. Małżeństwo nie przetrwało jednak zbyt długo.

W latach siedemdziesiątych Czesław zapisał się do partii komunistycznej, a tam poradzono mu, aby rozwiódł się z żoną, bo kariery w polityce nie zrobi. Żona pochodziła z rodziny o starych tradycjach wojskowych, prawie wszyscy mężczyźni należeli do Armii Krajowej, a kilku z nich, tych których nie nawrócono na jedyną drogę socjalizmu, podczas długoletniego więzienia w PRL-u, uciekło za granicę i tam głośno udzielali się w polonijnej opozycji. Dla Czesława nie stanowiło to problemu, szybko wziął rozwód – z powodu braku współżycia małżeńskiego, czy też domniemanej zdrady małżeńskiej – sąd ustalił minimalne koszty alimentów, a on sam zaczął wspinać się po drabinie kariery politycznej w  Zakładach Mięsnych, awansując na kierownika i w końcu na wicedyrektora tychże zakładów.

Czesław znalazł sobie nową żonę. Irena pochodziła z biednej rodziny, z małej wioski, idealnie pasowała do robiącego karierę polityczną Czesława. Dobra, cicha i spokojna osoba, nie przeszkadzała mu ani politycznie, ani w domu. Urodziła mu trójkę dzieci, zajmowała się ich wychowaniem oraz gospodarstwem,  często pomagała mu również w masarni i w sklepie.

Czesław należał do mężczyzn towarzyskich, w jego sklepie i masarni pojawiali się codziennie ludzie biznesu, a w ówczesnych czasach, kiedy handlowano, nie obywało się to bez wódki. Czesław lubił wypić, już za czasów kiedy był kierownikiem, a później wicedyrektorem Zakładów Mięsnych, wódka często lała się w jego domu, a on nie stronił od butelki. Wódka dawała mu odpoczynek od ciężkiej pracy i odrobinę rozrywki. Był typem męskiego macho, który po spożyciu polskiego, narodowego trunku, szuka okazji, aby sprawdzić się jako mężczyzna. Te próby męskiej sprawności najczęściej odczuwała na swoim ciele  jego żona Irena, nie raz musiała zakrywać mocnym makijażem siniaki i krwawe strupy po ciosach, jakimi obdarzał ją nocami w czasie pijackich awantur Czesław. A dłonie miał silne, jak u rzeźnika, bił mało, ale za to silno, ot tak dla zabawy lub aby dać żonie poznać, gdzie jest jej miejsce, bo przyszła z biednego domu, a on kierownik i wicedyrektor, a później bogaty masarz. Po każdej awanturze, nad ranem, Czesław nic nie pamiętał, nigdy nie przeprosił Ireny, a jeśli już zauważył na jej twarzy siniaki lub rany, kwitował to wzruszeniem ramion i stwierdzeniem:

- Pewnie jej się należało, coś mi tam buczała, to ją ustawiłem tam, gdzie trzeba.

Z czasem Irena przyzwyczaiła się do awantur i nauczyła się unikać Czesława, kiedy miał swoje momenty alkoholowego zapomnienia. Przemieszczała się wówczas jak cień w ich domu, starając się nie prowokować męża swoim widokiem.

Czesław był bardzo zapracowany, to też nie poświęcał zbyt wiele czasu swojej rodzinie i żonie, z którą z zasady spotykał się tylko w czasie posiłków i snu oraz pijackich, krwawych awantur. Sklep i masarnia miały się tak dobrze, że wkrótce Czesław zatrudnił pomoc do sklepu i rzeźnika do masarni. Jedna z zatrudnionych w sklepie ekspedientek miała na imię Zosia. Była starą panną, pochodzącą z biednej wsi. Zosia nie była piękną kobietą, od małego ciężko pracowała, żeby zarobić na swoje życie. Czesław, aby wyrobić się z zamówieniami, pracował do późna, wiele razy proponował Zosi i innym ekspedientkom, jakie zatrudniał, aby zostały po godzinach w pracy i pomogły mu w produkcji wędlin. Zosia zostawała wieczorami wiele razy, chciała dorobić dodatkowe pieniądze do skromnej wypłaty ekspedientki. Po dwóch latach, Zosia, mimo że nie zmieniła swojego stanu cywilnego, zaczęła pojawiać się sklepie z rosnącym brzuchem. Wkrótce oficjalnie okazało się, że jest w ciąży. Nie chciała zdradzić innym pracownikom, kto jest ojcem dziecka, od szefa Czesława, na poczet jej przyszłego macierzyństwa, dostała sporą premię.

Franek urodził się w zimie, był ładnym, czterokilogramowym niemowlakiem, z zabójczo bujną, kręconą, czarną czupryną, przypominającą włosy Czesława. Dziewczyny w sklepie i pracownicy masarni szeptali od czasu do czasu o podobieństwie Franka do ich szefa, ale były to tylko plotki, które, mimo że docierały do jego żony Ireny, nie tworzyły żadnego problemu.

Irena miała zresztą inne problemy na głowie, trójka dzieci na wychowaniu, dom i dorywcza pomoc w sklepie, na dodatek jedna z dziewczynek ciężko zachorowała i tylko dzięki pieniądzom Czesława, i szybko wykonanej operacji, udało się uratować ją od śmierci. Czesław często opowiada o tym swoim znajomym, najczęściej kiedy dziewczynka jest przy tym, mówi:

- Biedaczka, była tak chora, że gdybym nie zapłacił trzech tysięcy dolarów, zmarła by pewnie. To dużo pieniędzy, no ale przecież musiałem zapłacić, boby już nie żyła. Trzy tysiące zieleńców. No, ale przecież nie szkoda pieniędzy na to. No, ale to aż trzy tysiące – dodawał.

Kiedy Zosia urodziła drugiego syna, nikt już nie ukrywał swoich podejrzeń, że ojcem obu dzieci jest Czesław. Zosia razem z Frankiem i małym Tomkiem coraz częściej pojawiała się w rodzinnym domu Czesława, na przyjęciach urodzinowych, świętach, Nowym Roku. Pracownicy już nie szeptali, otwarcie mówili, że to dzieci Czesława. I równie często widziano ich w intymnych sytuacjach na terenie rzeźni lub sklepu. Znajomi klepali go po plecach, mówili, że jest prawdziwym mężczyzną. Irena, żona Czesława, milczała, słuchając jak otwarcie ludzie mówią na ten temat, milczała, bo choć dzieci przybywało, a masarnia miała się świetnie finansowo, jej mąż nadal lubił wypić, a życie nauczyło ją, że lepiej unikać kłopotliwy pytań i czekać na równie kłopotliwe odpowiedzi, tym bardziej, że kiedy ten jeden raz spytała go otwarcie, czy jest ojcem Franka, Czesław nie odpowiedział, poszedł pić, a gdy wrócił, pobił ją tak mocno, że aż krew tryskała. Następnego dnia do ich domu zawitał znajomy lekarz i założył jej dziewięć szwów na twarzy. Irena często pocierała swędzącą ją bliznę, kiedy mówiono o dzieciach, jakie ma Czesław na boku, ale nie odezwała się już słowem, bała się ciężkiej, rzeźnickiej dłoni męża i tego, że zawsze bił ją aż do krwi.

Życie płynie dalej, Irena czasem opiekuje się Frankiem i Tomkiem, podczas gdy jej mąż pracuje w masarni do późna w nocy, razem z Zosią lub inną pracownicą. Irena polubiła dzieci i, mimo że wyraźnie widać ich podobieństwo do jej męża, traktuje je tak samo, jak te, które urodziła sama. Masarnia ma się bardzo dobrze, a Czesław przyjął właśnie dwie nowe, młode pracownice na miejsce jednej starszej, która odeszła już na emeryturę.

Dziewczyny chętnie biorą nadgodziny, każdy chce przecież coś dorobić.

Ile razy zdarza mi się go odwiedzać, kiedy patrzę na jego czerwoną od wódki twarz, gdy przerywa pracę nad tuszą mięsną, zawsze przypomina mi się ostatnie zdanie z książki Georga Orwella – „Folwark zwierzęcy”:

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.”

Żyje między młotem i kowadłem – W kamieniu (cz.2)

Niko jest z Sarajewa, mieszkał tam wiele lat przed tym, zanim wyemigrował z byłej Jugosławii. Często pokazuje swoim znajomym bliznę, tłumaczy, że postrzelił go snajper w czasie oblężenia Sarajewa. Blizna wprawdzie nie przypomina dziury po pocisku, a kiedy ktoś wnikliwy to komentueę, wówczas Niko odpowiada, że miał szczęście i rana jest od rykoszetu snajperskiej kuli. Często opowiada o tym czasie i o wojnie, jaką ludzie z sobą toczyli w krajach byłej Jugosławii.

Niko w Sarajewie pracował jako rzeźbiarz. Uczył się rzeźbiarstwa w pracowni znanego, komunistycznego artysty, który przez lata rzeźbił na zamówienie wizerunki Tito. Niko, jako jego uczeń, wprawił się w tym tak dobrze, że do dziś może z zamkniętymi oczami wyrzeźbić wizerunek komunistycznego przywódcy, w jakimkolwiek materiale. Czasem w pubie, dla zabawy, moczy chusteczki w wodzie i obkleja nimi pustą butelkę po piwie, nie mija kilkanaście minut, a na miejsce butelki ukazuje się dziarska twarz, przypominająca kształtami twarz Tito. Niko śmieje się za każdym razem, kiedy ktoś oferuje mu darmowe piwo w zamian za zrobioną z chusteczek podobiznę Tito.

Niko na emigracji ma swój własny biznes, związany z kamieniami. Sam siebie nazywa „stone picker”, choć nie jest skazańcem, pracującym w kamieniołomach, często odwiedza je i spędza w nich sporo czasu, szuka odpowiednich kamieni, skał, głazów, otoczaków, które wybiera, obrabia i ustawia, dekorując nimi ogródki i fronty prywatnych domów. Jest w tym rzeczywiście dobry, ma sporo zamówień przez cały sezon, a jego kamienne projekty klienci oceniają prawie jak dzieła sztuki.

- Każdy kamień ma swoją duszę, zapisana jest w jego kształcie. Najczęściej dusza jest ukryta pod wieloma warstwami, czasem trzeba popracować wiele godzin dłutem, aby ją z niego wydobyć – opowiada, popijając w barze piwo. – Każda warstwa kamienia jest jak pancerz, którym okrywa się dusza. Im piękniejsza dusza, tym więcej warstw kamiennego pancerza.  Ale kiedy już do niej dotrzesz, odsłonisz przed światem jego prawdziwy wygląd.

Niko ma sporą rodzinę, razem z żoną wychował trzech synów. Są już dorośli, najstarszy jest strażakiem, średni policjantem, a najmłodszy pracuje jako inżynier, przy wydobyciu ropy naftowej. Jest zadowolony ze swojego życia, synowie często odwiedzają dom rodzinny razem ze swoimi dziećmi, a żona Niko, pochodząca z Portugalii Marija, zawsze czeka na nich z zastawionym, pełnym jedzenia, stołem. Niko ma dom, kochającą żonę, dorosłych, radzących sobie w życiu synów, a sam przeżył już sześćdziesiąt trzy lata w zdrowiu i w zadowoleniu. Powoli myśli o przejściu na emeryturę.

Na każdy koniec sezonu, przed zimą, Niko starannie czyści i konserwuje sprzęt, który używa w swoim kamiennym biznesie, a zaraz po świętach Bożego Narodzenia, pakuje walizki i jeden z synów odwozi go na lotnisko. Jego żona Marija zostaje w domu. Niko ciężko pracuje cały sezon – część pieniędzy odkłada na zimę i wyjeżdża na dwa, trzy miesiące do swojego kraju urodzenia. Ma tam sporą rodzinę, część z niech ulokowana jest koło Sarajewa w Bośni i Hercegowinie, część w Serbii, niedaleko Kralieva. W tych okolicach Niko ma dom, który który kupił kilka lat temu. Sporo czasu spędził na remoncie, ale teraz przyjeżdża tam już tylko dla odpoczynku. Domem zajmuje się Radojka, trzydziestosześcioletnia dziewczyna, matka jego dwojga dzieci. Niko spotkał ją ponad dziesięć lat temu, w jednej z biednych górskich wiosek. Wysoki, żylasty, zawsze uśmiechnięty Niko spodobał się od razu Radojce, choć był prawie dwa razy od niej starszy. Uroku dodawał mu fakt, że jest dobrze radzącym sobie w innym kraju, emigrantem. Radojka wiedziała o jego żonie Mariji i trzech synach. Mimo to pokochała Niko, może pomogły w tym również dolary, którymi chętnie ją wówczas obdarowywał.

Niko kupił dom, wyremontował, przywiózł do niego Radojkę i dał jej pieniądze, aby mogła go urządzić. Po którejś z zim, które Niko spędzał z nią w Serbii, Radojka zadzwoniła do niego z wiadomością, że jest w ciąży. Niko nie przejął się tym, powiedział, że się cieszy i bardzo mu szkoda, że nie zdąży przyjechać na rozwiązanie. Posłał jej pieniądze na urządzenie pokoju dla dziecka. Jovana urodziła się bez ojca, szybko wyrosła na śliczną, dużą dziewczynkę. Niko za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na zimę do Serbii, szalał za nią, obsypywał prezentami i spędzał z nią dużo czasu, starając się jej zrekompensować fakt, że przez pozostałe dziewięć miesięcy nie mogą się widywać. Na jej szóste urodziny kupił jej telefon komórkowy, tak aby, kiedy chce z nim porozmawiać, dała mu wiadomość, a on oddzwoni do niej. Niko często rozmawia przez komórkę z Jovanną.

Radojka nigdy nie pyta Niko, czy kiedyś z nią zamieszka na stałe. Jest zadowolona z niego jako mężczyzny, ojca i pana domu. Kiedy ponownie, po jednej z jego zimowych, trzymiesięcznych wizyt, jej comiesięczne krwawienie spóźniało się, zadzwoniła do niego, że zostanie kolejny raz ojcem. Tak urodził się Goran.

- Masz trzech dorosłych synów, pięcioro wnucząt, ponad sześćdziesiąt lat na karku i dwoje dzieci na boku. Małych dzieci. Twój syn Goran ma dwa lata, jest młodszy od najmłodszego z twoich wnucząt. Co będzie kiedy dowie się o tym Marija, co będzie kiedy twoi synowie dowiedzą się, że mają siostrę i brata w Serbii, że od lat prowadzisz takie podwójne życie? Co powie na to twój syn policjant, przecież jego zadaniem jest pilnowanie porządku i ujawnianie takich spraw. W końcu, nie będziesz żył wiecznie. Co wówczas z Goranem, Jovaną i Radojką? – pytam.

- A kto wie – odpowiada. – Mój dziadek żył 98 lat. Mam jeszcze sporo czasu, aby znaleźć odpowiedzi na twoje pytania. Może pojawią się kolejne dzieci – śmieje się. – Po co martwić się czymś, czego jeszcze nie ma. Kiedy pojawia się problem, wówczas przychodzi czas na jego rozwiązanie. Szkoda mi Mariji, była dobrą żoną przez te lata. Nadal nią jest, ale już nie jest kobietą. A ja nadal jestem mężczyzną. Nadal lubię czuć pod sobą prężne ciało kobiety – odpowiada i uśmiecha się do przechodzącej kelnerki, gestem zamawiając kolejne piwo.

- Marija zrozumie. Jest dobrą żoną. Ona pewnie wie, że mam kogoś w Serbii, że nadal jestem zdrowym mężczyzną, potrzebującym kobiecego ciała. Jest mądrą kobietą. Może zmartwi się wiadomością o moich dzieciach. Ale jest dobrą katoliczką, dzieci kiedy się zdarzają, trzeba wychować. A jeśli umrę, to po co mam się tym martwić. Radojka jest młoda, znajdzie sobie kogoś. Dostanie dom i część moich pieniędzy na wykształcenie dzieci. Po co się martwić zawczasu – uśmiecha się ponownie do kelnerki, która stawia na naszym stoliku pełne butelki piwa. Cmoka przy tym i mruga znacząco, patrząc na jej nogi i pupę.

- W życiu, mój przyjacielu, musisz się nauczyć dwóch zasad. Jesteś jeszcze młody i nie masz nikogo doświadczonego obok siebie, aby mógł ci powiedzieć te życiowe prawdy. Pierwsze, to trzeba żyć i cieszyć się każdą chwilą, nawet jeśli jest tak trudna, jak ustawienie w ogródku półtoratonowego kamienia. Trzeba cieszyć się z mozołu, z jakim to robisz i z efektu końcowego, kiedy już uda ci się go położyć we właściwym miejscu. Każda taka chwila nigdy już się nie powtórzy, a ty stracisz możliwość czerpania z niej zadowolenia. Druga zasada, to korzystaj z okazji, ponieważ nigdy może się już nie powtórzyć – powiedział, machając z uśmiechem do, przechodzącej obok stolika, zgrabnej kelnerki.

Niko zawsze korzysta z okazji, mówi, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a jeśli tak, to w tym co robi, nie ma nic złego, bo robi to samo, co na jego miejscu robiłby nasz Stworzyciel. Zostałem zaproszony na jego sześćdziesiąte trzecie urodziny. Dom Niko był pełen wnucząt, rodziny i znajomych. Żona Marija krzątała się w kuchni, gdzie z pomocą swoich synowych starała się przygotować jedzenie dla sporej ilości gości, synowie pili piwo z gośćmi i śmiejąc się, klepali Niko po plecach. Dom był pełen radości i szczęścia, a ja nie mogłem oderwać wzroku od wielkiego kamienia, stojącego u stóp sztucznego wodospadu, zbudowanego przez Niko na tyłach jego domu i zadawałem sobie pytanie: Ile warstw ma człowiek, w odróżnieniu od kamienia, tak aby po zdarciu kolejnej, ukazała się jego dusza.

Żyje między młotem i kowadłem – W miłości (cz.1)

Z pozoru otaczają nas zwykli ludzie. Żyją swoim uregulowanym życiem, bez niespodzianek, wydaje się nudnym – czasem jednak udaje nam się odkryć, że taka spokojna egzystencja jest tylko przykrywką, siatką maskującą, którą się osłaniają, aby zakryć prawdę o własnym życiu. Ile jest takich osób? Pewnie tysiące.

Każdy z nas skrywa swoje sekrety, a życie im dłużej trwa, tym więcej ich nam oferuje.
Raul jest Hiszpanem, z pozoru spokojny, ustatkowany prawie pięćdziesięcioletni mężczyzna z ciekawą, latynoską urodą. Kobiety chętnie zatrzymują na nim wzrok, wzbudza zaufanie i kusi, mimo że nie jest już młodym mężczyzną. Ma ustabilizowane życie, dwóch dorosłych synów z pierwszą żoną, z którą nie bardzo mu wyszło, kiedy jeszcze był młody. Z synami nie ma zbyt wiele kontaktu, mimo że wykosztował się na ich utrzymanie i edukację, ich drogi jakoś się rozeszły.

Druga żona jest już jego wyśnionym marzeniem, jest ładna, zaradna i pełna sukcesu. Suzy od wielu lat prowadzi mały, dobrze prosperujący biznes. Dzięki temu stać ich na dostatnie życie. Mają dom, markowe samochody, a na koncie bankowym wystarczająco pieniędzy, aby wybrać się nawet kilkukrotnie w czasie roku na wakacje, zwiedzając przy tym niemal cały świat.
Raul cieszy się ze swojego życia. Przeżył z Suzy sporo lat, w czasie których pomógł wychować jej syna, jak swojego własnego. Syn Suzy ożenił się kilka lat temu i niedawno stał się ojcem małej dziewczynki. Raul często zabiera swoją wnuczkę do parku lub na basen, ciesząc się z możliwości bycia dziadkiem, mimo że nie ma z nią żadnego pokrewieństwa, ponieważ nie jest biologicznym ojcem syna Suzy.
Raul dużo pracuje, często w rozjazdach i zmuszony jest czasem zostać kilka dni w innym mieście. Nie zawsze jednak jest to prawdą.
Zaledwie dwadzieścia dwa kilometry od jego mieszkania, w ogródku niewielkiego domku, bawi się mała dziewczynka, ma na imię Milena i jest ulubienicą całej okolicy. W domu żyją dwie siostry, jedna z nich ma męża, ale niestety nie mogą mieć dzieci. Mała dziewczynka jest córką drugiej z sióstr, Ann.

 

Ann nie jest już pierwszej młodości, urodziła Milenę, kiedy miała 46 lat i to jej pierwsze dziecko. Wcześniej jakoś jej nie wychodziło z mężczyznami. Miała narzeczonego, który ją porzucił, kilka sympatii, kochanka, aż poznała Raula. Spotykali się przez długi czas tylko towarzysko, zanim do czegokolwiek doszło. Wiedziała, że Raul ma żonę, wiedziała, że mieszka z nią już sporo lat, mimo to zaryzykowała, kiedy oświadczył jej, że w jego małżeństwie już nic się nie dzieje i żyje z żoną bardziej na zasadzie partnera biznesowego, niż z powodu miłości. Pokochała go. Milena zdarzyła się przypadkiem.
Potajemnie spotykali się w motelach, dwa – trzy razy na miesiąc. Trwało to już kilka lat. Nigdy nie zabezpieczali się, w końcu mieli już swoje lata, no i nigdy im się nic takiego wcześniej nie przydarzyło. Aż do momentu kiedy pojawiła się Milena.
Raul nie chciał dziecka, czuł się już spełniony jako ojciec i lada moment miał zostać przybranym dziadkiem. Dla Ann była to ostatnia szansa na dziecko, jedyne dziecko w jej rodzinie, ponieważ jej siostra była bezpłodna. Mimo że była świadoma tego, że Raul nadal będzie żył swoim starym życiem, z żoną – nie zastanawiała się długo.
Po urodzeniu Mileny trochę się zmieniło, Ann zaczęła naciskać na Raula, aby w końcu zdecydował się z kim chce być i zaakceptował fakt, że jest ojcem małej dziewczynki. Raul poświęcał więcej czasu przybranej wnuczce niż rodzonej córce. Mała Milena rozwijała się doskonale, ponad swój wiek, często wołała – Tato, tato – kiedy Raul z rzadka odwiedzał je na prośby Ann. Milena, mimo że nauczyła się płynnie mówić już w wieku szesnastu miesięcy, nie wie jeszcze, że słowo „Tato”, to nie jest tylko kolejne imię, nie wie jeszcze, że rodzice to dwie osoby, matka i ojciec, ale szybko się uczy, już wkrótce pewnie zapyta Raula, dlaczego z nimi nie mieszka i gdzie wraca co wieczór na noc.
Raul w każdą niedzielę spędza półtorej godziny na placu zabaw ze swoją przybraną wnuczką, bardzo cieszy się z każdych odwiedzin swojej ulubienicy. Na Milenę nie ma czasu. Niedziela jest takim dniem w tygodniu, że trudno znaleźć odpowiedni powód na usprawiedliwienie dłuższej nieobecności w domu. Raul chciałby wziąć Milenę do parku, do sklepu lub na basen, ale boi się, że może zobaczyć go ktoś znajomy i usłyszeć jak Milena krzyczy – Tato, huśtaj mnie jeszcze wyżej!
Raul huśta wysoko swoją wnuczkę, bo ona co najwyżej może nazwać go swoim dziadkiem.
Raul nie chce kolejnego rozwodu, swojej pierwszej żonie zostawił wszystko, spakował tylko kilka ubrań, grzebień i maszynkę do golenia. Boi się tego, że znowu będzie musiał zaczynać wszystko od zera. Kiedy siedzimy razem na patio małej restauracji, odbiera telefon od swojej żony, Suzy.
- Tak kotku, dobrze… postaram się być wcześniej w domu, ale wiesz, praca może mi się przeciągnąć. Dobrze kotku. Buziaki.
Dziesięć minut później odbiera kolejny telefon.
- Myszko… nie wiem czy dam radę, jak się czuje Milena? Nadal ma lekki katar? Ja jestem ciągle w pracy, jeśli mi się nie uda dzisiaj, przyjadę do was jutro. Tęsknie za tobą myszko. Całuję i ucałuj ode mnie Milenę.
Każda z nich ma inne imię. Każda z nich dostaję od niego tyle samo informacji, czułości i miłości.
- Nie możesz używać ich prawdziwych imion. Musisz je nazywać pieszczotliwie i zdrobniale, ale tak, aby mieć pewność, że nawet gdy się pomylisz, to one tego nie zauważą. „Kotek” i „myszka” to dobre nazwy.
Raul nigdy nie wymawia imienia Milena, zawsze opowiada o niej – ONA. Widziałem radość w jego oczach, kiedy ONA tak szybko nauczyła się płynnie mówić, że nawet rodzinny lekarz był tym zdumiony. Raul opowiadał, że ONA recytuje już nawet całe wierszyki. A na każde pytanie odpowiada pełnym zdaniem, często zadając swoje, logicznie skonstruowane. Nadal nie zadała jeszcze pytania: co znaczy słowo „Tato”.
Ann ma nadal nadzieję, że kiedyś Raul zamieszka u niej na stałe i uda jej się stworzyć normalną rodzinę. Wierzy w to, ale i też rozumie, że czas płynie nieubłaganie i nadal nic się nie zmienia, prócz tego, że na każdym urodzinowym przyjęciu Mileny, Raul wstaje od stołu i mówi, że musi już jechać. Nie mówi gdzie. A Milena jeszcze nie pyta.

- Wiem, że powinienem w końcu wybrać jedną z nich. Ale to już tak daleko zaszło. Może poczekam i jakoś samo się ułoży. Ja sam nie mogę wybrać miedzy nimi. Kocham je obie. Suzy, za czas jaki spędzamy ze sobą już kilkanaście lat, za odrobinę ekstrawagancji, z przyzwyczajenia, z szaleństwa, jakie czasem we mnie wzbudza. Ann za dom jaki mi zawsze ofiaruje, za spokój, obiad na stole, poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Nie mogę między nimi wybrać. Mam nadzieję, że kiedyś samo się to rozwiąże. Jest taka piosenka hiszpańskiego piosenkarza Dyengo, Ente La Espada Y La Pared – nuci mi po chwili:
„Kiedy nasza miłość jest dzielona między duszą i ciałem,
Kiedy chcemy spokoju i ognia, tak różnego, wybór nie jest łatwy
Nie jest łatwy, ponieważ obie są dla mnie wszystkim

Kocham was obie i odmawiam wyboru między wami
Nigdy nie wiem, którą potrzebuję bardziej
Chcę obie na całe życie, dobre lub złe
Jesteście moją obsesją, moim szaleństwem i spokojem
Jedna kusi spokojem dla mojej duszy
Druga jest wulkanem, spalającym mnie od środka
Obie tak różne,  są dla mnie wszystkim
Bez nich, nie ma życia, ani radości, ani przyjemności…

Żyję między młotem a kowadłem
W miłości.

Kocham was obie tą samą namiętnością
Jesteście moim napędem, moim problemem i podwójną prawdą
Jedna jest światłem, porannego słońca
Druga rozgrzewa mnie i otula ciepłem
I obie tak różne od siebie
Są dla mnie wszystkim, bez nich nie ma życia
Ani radości ani przyjemności

Żyję między młotem i kowadłem
W miłości”

Raul kończy rzewną piosenkę, przypominającą portugalskie Fado.
- Nie mogę między nimi wybrać, są moim spokojem i ogniem. Trwa to już zbyt długo i kiedyś, pewnie wyjdzie na jaw. Ktoś zobaczy mnie z Mileną albo z Ann, albo kiedyś Suzy dostanie telefon od nich. Ale nie mogę jej tego teraz powiedzieć, może za kilka lat, kiedy będzie już starsza, wówczas zrozumie. Nie zniósłbym rozstania z nią.
Raul dalej spotyka się w motelu z Ann, starają się ukrywać ze swoimi namiętnościami, zarówno przed rodziną Ann, jak i przed całym światem. Zdarza im się, że czasem zapomną o zabezpieczeniu. Suzy planuje już kolejne wakacje, tym razem wybiorą się gdzieś na romantyczny wyjazd, upamiętniający ich kilkunastoletni związek.
Ann nadal każdego dnia gotuje obiad i stawia na stole dodatkowy talerz, ma nadzieję, że Raul może przyjedzie chociaż na chwilkę.
Mała Milena zaczęła ostatnio zadawać sporo pytań. Pyta swoją mamę, kiedy będzie miała siostrzyczkę lub braciszka, bo inne dzieci mają rodzeństwo. Spytała również: Dlaczego inni Tatusiowie chodzą z dziećmi za rękę do parku?

Najlepszy towar eksportowy z Polski!

Stoję  na rogu ruchliwej ulicy miasta, przede mną tłum pędzących za swoimi sprawami ludzi. Pewnie mniej niż połowa to mężczyźni, reszta to kobiety. Po męskich twarzach łatwo rozpoznać, który z nich wie kim są prostytutki. Niektórzy czasem je odwiedzają – może trafili do nich przypadkiem, jeszcze za szczenięcych lat lub po obficie zakrapianych alkoholem imieninach przyjaciela, są też tacy, którzy odwiedzają je często – inni jeszcze nie wiedzą, że do nich trafią kiedyś w przyszłości. Mijające mnie kobiety na rogu ruchliwej ulicy miasta, są dla mnie zagadką, to właśnie one pracują jako prostytutki, oferując zagubionym mężczyznom seks  za pieniądze. Ile z tych kobiet, przechodzących obok mnie, miało lub też nadal ma kontakt z biznesem seksualnym?

To drażliwy temat dla każdego społeczeństwa. Nikt nie lubi zadawać pytań, których odpowiedzi są dla nich niewygodne. Ja jednak je zadaję. Ile naszych rodaczek pracuje w biznesie rozrywkowo-seksualnym, ile z nich otarło się o ten biznes przez ostatnie kilkanaście lat? Ile z nich nadal jest prostytutkami?

Wróćmy się o kilkanaście lat w przeszłość. Polska, biedny dekomunizujący się kraj, pełen ludzi mających nadzieję na zbudowanie lepszego jutra. W końcu wolnych. W rzeczywistości: w kraju ogromne bezrobocie, brak perspektyw na normalne życie, zmusza większość młodych do myślenia: Jak stąd wyjadę, zarobię na zachodzie mnóstwo pieniędzy i wówczas wrócę. I tak też się stało. Polacy zaczęli emigrować na niespotykaną dotąd skalę. Jeździliśmy wszędzie, gdzie się tylko dało, do wszystkich możliwych krajów Europy, do USA i Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Mężczyznom było dużo łatwiej na emigracji, pokręcili się, znaleźli pracę na budowie, na farmach, w fabrykach lub jako kierowcy ciężarówek. Kobietom, mimo kręcenia, było odrobinę trudniej, a możliwości podjęcia pracy dużo mniej. Był jednak pewien rodzaj biznesu, który oferował świetne zarobki i nie wymagał zbyt wielu kwalifikacji ani znajomości języków. Prostytucja. Wiele z nich skorzystało z tego łatwego zarobku. Jak wiele polskich kobiet otarło się o prostytucję?

 

 

Około roku 2000 w Europie i w Ameryce Północnej, w prawie każdym przybytku miłości: czy to były burdele, studia masażu, kluby ze striptizem, agencje eskortujące lub prywatne apartamenty zamienione na przytulne burdeliki, we wszystkich tych miejscach pracowały Polki. Mój znajomy opowiada, że w tamtych czasach trudno było o inną dziewczynę niż z Polski, dopiero kilka lat później zmieniły je na warcie Ukrainki i Rosjanki. Jeśli brać procentowo wszystkie narodowości dziewczyn pracujących w tym biznesie w ówczesnych czasach, to przynajmniej co trzecia była Polką!

Dziewczęta pracowały przede wszystkim w dużych miastach, w każdym, z liczących się ekonomicznie, kraju na świecie. Lekko licząc, musiało pracować ich od stu do dwustu tysięcy, dodając do tego krajowy biznes, przejmowany wówczas powoli przez kobiety zza wschodniej granicy, można śmiało pokusić się, że w biznesie usług seksualnych pracowało nawet ćwierć miliona polskich kobiet! Dla 38.5 milionowego państwa stanowi to spory procent. A i tak te dane są pewnie nieadekwatne do rzeczywistej liczby Polek, które otarły się o płatny seks.

W naszym społeczeństwie około 11 milionów to kobiety w tak zwanym wieku produkcyjnym, czyli 18-59 lat, szybko musimy odciąć przynajmniej połowę tej liczby, bo wiek kobiet pracujących w biznesie seksualnych usług (koło 85%), to 18- 40 lat. Daje nam to 5.5 miliona kobiet, z których minimum 250 tysięcy pracowało w biznesie usług seksualnym. Czyli, na każdą z dwudziestu Polek, przypadała jedna prostytutka. Trzeba do tego dodać, że tak naprawdę nikt nie posiada dokładnych danych statystycznych na temat prostytucji, ponieważ zawód ten znajduje się w nie zaksięgowanej strefie biznesu i w większości krajów jest zakazany. Ilość kobiet pracujących na całym świecie jako prostytutki lub też ocierających się o ten biznes – jest z pewnością dużo większa.

 

Podobnie jest w naszym rodzimym kraju. Trudno powiedzieć ile kobiet w Polsce pracuje w biznesie seksualnym. Policja zbiera o nich dane, jednak nie są one zbyt wartościowe, to nie czasy PRL-u, gdzie każda prostytutka musiała być zarejestrowana w ewidencji Służb Bezpieczeństwa. Fiskus byłby najlepszym urzędem statystycznym, gdyby te Panie mogły się rozliczać ze swoich dochodów. Niestety, mimo że teoretycznie prostytucja nie jest zakazana w naszym kraju, należy do szarej strefy podatkowej, z której państwo nie pobiera podatków i trudno znaleźć choćby jego ślad w wypełnianych przez te panie formularzach podatkowych. Kolejnym problemem jest fakt, że Panie dzielą się na różne rodzaje prostytutek. Są utrzymanki, burdelówki, tirówki, klubówki, galerianki, prywatne adresiki, ulicznice, striptizerki, VIP-ki, pracujące na pół etatu i takie, które już przepracowały w nim sporo czasu, są też dopiero co startujące i z doskoku. Ta różnorodność powoduje trudności w ich klasyfikacji, a to z kolei – w obliczeniu, ile z nich pracuje na stałe jako prostytutki. Ile z nich jest prostytutkami choćby z definicji. Kolejną trudnością jest spora dominacja na naszym rynku kobiet zza wschodniej granicy, których rotacja jest tak wielka, że zmieniają się na posterunkach nawet kilkukrotnie w ciągu roku.

Na zachodnim, kapitalistycznym rynku jesteśmy bardzo młodym państwem, który dopiero od niedawna pokazuje, że potrafimy w nim egzystować, mało tego – że staramy się zająć w nim spory kawałek przestrzeni, w każdej dotyczącej ekonomii dziedzinie. Akurat w biznesie usług seksualnych potrafiliśmy odnaleźć swoje miejsce bardzo szybko, wybijając się ponad inne kraje. Mój znajomy Rosjanin, w połowie lat 90 -tych, miał biznes w Warszawie, mieszkał w małym apartamencie na Alejach Jerozolimskich, często opowiadał, że nie mógł wieczorem wracając do swojego mieszkania, opędzić się od dziewczyn, mało tego – każdego wieczoru do jego  drzwi stukały dziewczyny z pytaniem czy może ma na coś ochotę. To się nazywa przebicie w biznesie! Do dziś twierdzi, że choć teraz biznes ten jest opanowany przez Chinki, Ukrainki i Rosjanki, polskie dziewczyny zajmują w nim poczytne miejsce, a był czas, kiedy były pewnie na pierwszym miejscu, przynajmniej w Europie, co i tak licząc proporcjonalnie w stosunku do populacji Rosjan – około 143 milionów, Ukrainy – 46 milionów czy grubo ponad miliard w  Chinach, z naszymi marnymi  38 milionami Polaków, stawia nas w czołówce. Mój znajomy do dziś twierdzi, że na podium światowej prostytucji, Polki zasłużenie powinny co najmniej otrzymać brązowy medal.

Nie udało nam się podbić zachodnich rynków naszymi samochodami, maszynami, produktami rolnymi, jednak śmiało można wytyczyć tezę, że najlepszym polskim produktem eksportowym, są nasze prostytutki. Dziewczyny sprzedają się na całym świecie, mają dobrą, firmową renomę i chętnie każdy z nich korzysta.

Oczywiście wszyscy dziwią się, dlaczego polskie dziewczyny tak łatwo podejmują pracę w tym biznesie, ale wątpliwości znikają, jeśli jedna z nich przyniesie dochód z jednego wieczoru, równy temu co inne Polki zarabiają przez cały miesiąc, wówczas moralność dostaje czkawki, a jakiekolwiek obiekcje przelicza się na najnowszy kurs zagranicznych walut. Ekonomia rządzi i zawsze kreuje naszą moralność.

Nie ma się czemu dziwić, każdy z nas, gdyby był kobietą w dzisiejszych czasach, zastanawiałby się czy może… skorzystać z okazji na szybki zarobek, aby w ten sposób poprawić własny byt lub zaspokoić potrzeby swojej rodziny, a nie szukać pracy, której nie ma lub też pracować jako jedna z niewielu „szczęściar” za tak marne pieniądze, że z trudem wystarczają na zaspokojenie tylko podstawowych potrzeb.

Zawsze mówię: ekonomia ustala nasze moralne zasady i standardy. Nie ma w tym nic złego, ponieważ podstawa naszego życia, opiera się na tym, aby przeżyć, a cała reszta jest już tylko prawem, stworzonym przez innych ludzi, po to abyśmy się stosowali do reguł. Sam zadaję sobie pytanie, czy jeśli byłbym kobietą i moja sytuacja życiowa zmuszałaby mnie do uprawiania prostytucji za chleb lub lepsze jutro dla rodziny, moja moralność dostosowałaby się do tych potrzeb.

Dlaczego ten zawód jest taki popularny, już pisałem – anonimowość, wysokie zarobki, odrobina ekscytacji ze spotkań z mężczyznami z całego świata, ich adoracja, choćby nawet dość krótka, przełamuje jakiekolwiek bariery. Zresztą większość tych dziewczyn traktuje taką pracę tylko dorywczo, aby szybko się wzbogacić lub odłożyć trochę pieniędzy i w końcu wrócić na łono normalnego życia – znaleźć sobie fajnego męża, wybudować dom i  począć gromadkę dzieci.

Sporo dziewczyn, które próbowały tego biznesu, tak właśnie robi, jeśli tylko są silne psychicznie i udaje im się nie popaść w alkoholizm czy narkomanię. Odłożą przez kilka lat sporą sumę pieniędzy i wrócą do Polski, gdzie zapomną wśród rodaków o pracy, którą kiedyś wykonywały.

Wiadomo, że w Polsce nigdy nie ujawnią, że uprawiały prostytucję w innym kraju. Nasze moralne zasady, wykreowane przez kilkusetletnią, polską, katolicką kulturę, zmuszają je do ukrywania. Trudno powiedzieć, czy seksowna sąsiadka z piątego piętra pracuje tylko jako hostessa, czy może oddaje swoje ciało za pieniądze. Podobnie z jej koleżanką, która przyjeżdża nowym samochodem, mimo że nadal studiuje, a pochodzi z dosyć biednej rodziny, ale stać ją na  ładnie urządzony apartament, odwiedzany czasem przez starszego, bogatego mężczyznę.

Nikt nie zagląda nikomu w spodnie ani pod spódnicę, a jedyną instytucją, która ma możliwość sprawdzenia nielegalnych dochodów danej osoby, jest państwo, które chętnie chciałoby uzyskać fundusze z podatku na zarobionych  z prostytucji pieniędzy.

Po zmianie ustroju w Polsce, nasz kraj się zmienił. Zmieniła się też nasza moralność, sposób postrzegania świata, wartości, ekonomii rządzącej światem. Tym samym dało to dużą możliwość dla łatwego zarobku dla kobiet, które chciały wspomóc naszą gospodarkę zagranicznymi markami i dolarami czy inną, nowo powstającą, europejską  walutą. Polki, Rosjanki, Ukrainki szybko podjęły się nowego biznesu, zalewając swoją ilością europejskie i  amerykańskie konkurentki. W każdym europejskim czy amerykańskim mieście, mężczyźni opowiadali bez pardonu, że  bez problemu można  znaleźć prostytutkę „Made In Poland”, chętną i gotową, ładną, zgrabną, miłą i oferującą wysokiej klasy serwis. Nie jest więc dziwne, że po kilku latach atrakcyjność Polek na świecie wzrosła tak bardzo, że każdy Europejczyk miał ochotę umówić się z Polką. Czy to traktując to jako usługę, czyli płacąc jej za seks, czy też w formie „alpejskiej” – zdobywając kolejną dziewczynę, jak zdobywa się szczyty. Polki stały się ponętnym towarem eksportowym. I tak, jak kiedyś pornografia stała się lokomotywą internetu, tak i nasze rodaczki pomagały w rozwoju naszego kraju, zasilając go stałym źródłem, napływających z krajów całego świata, zagranicznych walut.

Spoglądam na przechodzące obok ładne, uśmiechnięte twarze polskich kobiet. Szybko przechodzą obok, czasem któraś z nich zatrzyma na mnie swój wzrok, zmarszczy brwi, uśmiechnie się, prychnie – sprowokowana  moim spojrzeniem. Ile z nich ma tajemnicę, którą skrywa przed innymi, ile z nich mogłoby wypowiedzieć się ze szczegółami na temat, o którym właśnie piszę? Ile z nich jest naszym najlepszym towarem eksportowym z naszywką „Made in Poland”?

Orgazm jest jak śmierć

„La petite mort”- tak Francuzi nazywają orgazm. Mała śmierć. Dlaczego kraj, który odcisnął najmocniej swoje ślady w nowożytnej kulturze i zmienił na zawsze moralne i prawne obyczaje zachodniego świata, nazywa orgazm – małą śmiercią? Oczywiście to tylko eufemizm, opisujący moment największego przesilenia emocjonalnego u człowieka, żartobliwie upodobniając go do momentu naszej śmierci. A może nie tylko? Czy orgazm przypomina rzeczywiście śmierć?

Pojęcie orgazmu zostało sklasyfikowane przez naukę dopiero w dwudziestym wieku. Chociaż znano go od wieków u mężczyzn – dziesiątki lat odmawiano kobietom prawa jego istnienia, gdyż kojarzył się tylko z mężczyzną, który, podczas wytrysku nasienia, doznawał uczucia spełnienia. Grono seksuologów i naukowców, zajmujących się sprawami orgazmu, z zasady było płci męskiej, stąd nie dowierzano garstce odważnych kobiet, które bez ogródek opisywały swoje seksualne odczucia, szczególnie w purytańskich czasach, kiedy nawet odkryte damskie kolano kojarzono z nagością, wyuzdaniem i rozpustą. Dopiero w 1966 roku po wydaniu książki „Seksualne bodźce u człowieka”, napisanej przez parę amerykańskich seksuologów -Williama Mastersa i Virgini E. Johnson, powoli do świadomości społecznej wprowadzono nazwę orgazmu i jego umowny schemat, według którego do dzisiaj określa się jego podziały na etapy.
Masters i Johnson opisują w niej cztery podstawowe fazy orgazmu:
- podniecenie, często łączone z wcześniejszym pożądaniem, to moment, w którym zaczynamy pragnąć seksualnie partnera lub też pożądamy satysfakcji seksualnej,
- plateau – czas, w którym odczuwamy przyjemność, mamy przyspieszony oddech, poszerzone źrenice, przyśpieszone bicie serca, napięte mięśnie, wzrost ciśnienia krwi, skurcze mięśni miednicowych,
- szczytowanie, podczas którego ciało doznaje spełnienia, kulminacji przyjemności, w czasie której uwalniane są do naszego organizmu naturalne opiaty, powodujące uczucie zadowolenia i satysfakcji,
- oraz odprężenia, kiedy organizm powoli wraca do normalnego funkcjonowania, oddech i bicie serca wyrównują się, mięśnie wiotczeją, a całe ciało poddaje się relaksującemu odczuciu.
Koniec medycznych opisów, które i tak do tej pory stosuje się dość umownie, bo sama definicja orgazmu jest tłumaczona na kilkadziesiąt sposobów i nadal żaden z nich nie jest w stanie do końca naukowo wyjaśnić tego zjawiska. A co ma do tego śmierć?
Czy jest jakieś podobieństwo między orgazmem i śmiercią? Trudno na to odpowiedzieć. Choć wysyłamy każdego dnia tysiące argonautów, którzy przechodzą na drugą stronę życia, żaden z nich nie znalazł jeszcze sposobu, aby wrócić i opowiedzieć o tym, jak tam jest i jakie odczucia towarzyszą nam podczas umierania. Skąd pomysł, aby orgazm porównać do śmierci? Czy jest ona może podobna do uczucia orgazmu?
Śmierć polega na dysfunkcji żywego organizmu, najczęstszym fizjologicznym opisem śmierci jest ostatni oddech lub bicie serca. Czyli zupełne zaprzeczenie odczuć odbieranych w czasie orgazmu, gdzie serce bije jak szalone i z trudem łapiemy oddech, jak po wyczerpującym maratonie. Gdzie więc podobieństwo?

Podczas przeżywania orgazmu, nasze serce bije z dużą szybkością, wzrasta ciśnienie krwi, rozluźniają się wszystkie mięśnie, a do naszego systemu nerwowego wpuszczanych jest wiele substancji, między innymi niektóre z nich powodują uczucie euforii, a niektóre mają podobną strukturę znieczulającą jak morfina, tracimy kontrolę nad naszym ciałem, które mimo, że porusza się – przestaje być kontrolowane przez naszą świadomość, wykonuje jedynie rozkazy jakiejś pierwotnej, genetycznie zapisanej instrukcji – z wyglądu bardziej kojarzącą się z epilepsją, a grymas naszej twarzy do złudzenia przypomina ten, gdy wijemy się po podłodze z bólu. Krzyczymy, dyszymy, z trudem łapiemy powietrze, stękamy i rzęzimy jak podczas wielkiego wysiłku lub konania. I stąd pewnie to podobieństwo orgazmu do śmierci.
A może jeszcze inaczej.
Rodzimy się w bólu i krzyku, w ten sposób nasze matki ofiarują nam nasz dzień narodzin i tak go odbieramy sami, wyrwani z bezpiecznego snu w inkubatorze, którym była macica naszych matek. Krzyczymy, przerażeni nowo zdobywanym przez nas doświadczeniem: pierwszego oddechu, krzyku i setkami innych wrażeń, jakie odbiera nasze kruche, niezdarne ciało zaraz po wyłonieniu się z brzucha naszych matek.
Może to, co najprzyjemniejsze, jest tak nie rozłącznie powiązane ze strachem przed nieznanym, przed życiem, przed jego zagadkowością, bo przecież od tego momentu narodzin nie przestajemy zadawać sobie pytań i staramy się wyjaśnić każdy najmniejszy przejaw istnienia jakiego doświadczamy. Może orgazm jest takim krzykiem noworodka, w czasie którego pozbywamy się bólu i emocji, które nawarstwiają się w nas – w codziennym życiu.
Albo tak.
Obraz orgazmu, obserwowany przez człowieka, który nigdy jeszcze nie miał z nim do czynienia, może przerazić. Taki akt między obojgiem ludzi, przypomina kłótnię lub walkę, w której nawzajem się obnażają, obszukują, obmacują, obściskują, obłapiają, obwąchują, obijają, jakby chcieli wydrzeć ze swoich ciał kawałek siebie, w końcu drżą w paroksyzmach potęgującego się bólu, przeraźliwie krzycząc, aż do momentu kulminacji, w trakcie której krzyk przeradza się w rzężenie, a epileptyczne drgawki ciał zmniejszają swoją intensywność, powoli przechodząc w zupełny bezruch obu ciał.
Taki spektakl oglądaliśmy tysiące razy w filmach i na deskach teatru, gdzie aktorzy odgrywali śmierć granej przez siebie postaci. W dzieciństwie wielokrotnie błaznowaliśmy, odgrywając podobne rólki, parodiując swoją śmierć i używaliśmy tych samych sposobów teatralnej pantomimy, to zastygając, to wpadając w drgawki, wykrzywialiśmy nasze twarze w bólu, stękaliśmy, charczeliśmy, aż do momentu, w którym osiągaliśmy kulminację naszego aktorstwa – udawaną śmierć.

Francuzi maja rację – patrząc z boku, męski czy kobiecy orgazm, wygląda zupełnie jak odgrywana dla celów teatralnych – śmierć.
A może tak.
Seks tantryczny skupia się na jak najdłuższym przebywaniu w fazie plateau, wolno zwiększając przyjemność, aż faza druga zlewa się z fazą trzecią, z orgazmem lecz bez fazy końcowej, odprężenia. Ideą jest pozostanie w trzeciej fazie jak najdłużej, nie osiągając odprężenia. A stan, jaki wówczas osiągamy, ma być uduchowieniem, mistycznym kontaktem z innym światem, może właśnie z tym, który następuję po naszej śmierci? Nie można go wówczas nazwać pełnym szczytowaniem, bo nie następuje faza odprężenia, która jest najbardziej istotną częścią orgazmu.
Gdy nasza świadomość przeszywana jest strzałą rozkoszy, to nic innego – jak jej zupełna utrata, stan nirwany, znieczulenia, zresetowania, jaka jest nam ofiarowana przez organizm. Czy podobnie wygląda śmierć? Czy gdy przechodzimy na „drugą” stronę, odczuwamy coś na podobieństwo orgazmu, totalnej przyjemności, która pozbawia nas zupełnie świadomości? Nirwany? Podczas której łączymy się z naturą, z Bogiem, z kosmosem.

W życiu doświadczamy wielu stanów. Tych przyjemnych, kiedy potrafimy cieszyć się dobrym samopoczuciem: radości z otrzymanego prezentu, z narodzin dziecka, z randki z ukochaną osobą, ze śmiechu jaki potrafił ktoś w nas wzbudzić, a także tych negatywnych, pojawiających się ze strachu, bezsilności, choroby i bólu. Żaden z tych stanów nie wpływa na nas tak mocno jak orgazm, który dokładnie resetuje nasze ciało i umysł, nie bacząc czy jeszcze przed chwilą mieliśmy depresję, czy rozpaczaliśmy za kimś, czy zaśmiewaliśmy się z dobrego dowcipu lub przebyliśmy bardzo poważną rozmowę ze zwierzchnikiem w pracy – dobry orgazm zresetuje nasz nastrój, relaksując i odprężając, naładuje nasze emocjonalne baterie, na pewien czas da nam ochotę do życia.
A czy jest on podobny do śmierci? Kto wie. Może rzeczywiście te kilka sekund zaraz po spełnieniu, kiedy trwamy w niebycie, nie odczuwając już swoich ciał, nie odbierając żadnych bodźców zewnętrznych, pozbawieni myśli, potrzeb, jest właśnie taką małą formą śmierci… i jeśli jest tak naprawdę, przynajmniej każdy z nas już ją dobrze zna.

Powiązane wpisy:

Najstarsza Biblia świata (cz.4, ostatnia)

- Tobie wszystko kojarzy się z  tym samym – odparł – ale w tym wypadku masz stuprocentową rację. Wąż stał się symbolem płodności przez swoje podobieństwo do naprężonego członka samca. Widziałeś może zdjęcie nowego gatunku węża odnalezionego w Brazylijskiej dżungli?
- Oczywiście – roześmiałem się – takie wydarzenie nie mogło ujść mojej uwadze, ten wąż przypomina dokładnie męski członek w zwodzie.

- I dlatego wąż stał się symbolem płodności, przez podobieństwo do narządu mężczyzny. Kto wie ile takich węży było na całym świecie wcześniej. Brazylijski wąż ma główkę podobną do naszego prącia. Wiele starych malunków ukazuje często węża z charakterystyczną głową, co najczęściej tłumaczone jest przez historyków, chęcią nadania mu cech ludzkich, ale może tu się mylą. Może żyło więcej takich węży z dość charakterystyczną, sporą naroślą, przypominającą główkę naszego członka, głównie dlatego, że natura umieściła w niej sporej wielkości mózg. Przecież wąż, według Biblii, był najmądrzejszy ze zwierząt. Nie słoń, delfin, pies, tylko wąż! Może to właśnie z tego powodu jego potomkowie zostali doszczętnie wytrzebieni. Ludzie mogli polować na te domniemane mądre węże, gdyż kojarzyły im się z męskimi penisami oraz bali się ich nieziemskiej mądrości.
- A co do tego ma nasza sumeryjska historia? – spytałem potrząsając glinianymi tabliczkami. – Nie wierzę, że na jednej z nich jest przepis na wężowe kotlety z gadów do złudzenia przypominających penisy.

- Prawie zgadłeś, ale nie o kulinarny przepis tu chodzi. Przeczytaj to ponownie? – wręczył mi ponownie Biblię.
- „Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga, przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: «Gdzie jesteś?». On odpowiedział: «Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się». Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?». Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem». Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: «Dlaczego to uczyniłaś?». Niewiasta odpowiedziała: «Wąż mnie zwiódł i zjadłam». Wtedy Pan Bóg rzekł do węża:
«Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę».
Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą».
Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!»
Mężczyzna dał swej żonie imię Ewa, bo ona stała się matką wszystkich żyjących…” – zaczytałem się. – Jak już mówiłem, każdy zna tę historię.
- Ale nie każdy domyśla się, co ona może oznaczać. Cała Biblia jest pełna alegorii, które mają być przykładem dla nas, przestrogą lub wzorem do naśladowania. Wąż jest kojarzony z kuszeniem i złem, jakie zalęga się w nas. Nie do końca prawdziwie. Dokładną alegorię węża powinna być nasza ciekawość zbadania i  próby poznania naszego świata oraz sił w nim działających. Tak naprawdę to właśnie pragnienie poznania świata jest wynikiem naszego grzechu pierworodnego.
- Wiem, że Biblia to jedna wielka alegoria, a nie suchy zapis historycznych wydarzeń. Nawet kroniki historyczne, pisane przez pisarzy, nie obyły się bez wstawek i komentarzy piszącego, przez co często tracą prawdziwość wydarzeń, bo najczęściej autor rezygnował z obiektywnego opisu, nadając mu swoje autorskie znaczenie. Dlatego Biblia została napisana alegorycznie, po to abyśmy sami doszukiwali się w niej znaczeń, a nie dostawali tylko suche fakty, w stylu : Adam i Ewa sprzeciwili się rozkazowi Boga, i dostali kopa z Edenu – odpowiedziałem.
- No właśnie. Alegorie. Czy te wersy z Księgi Rodzaju nie przypominają ci czegoś? Czy to nie opis budzenia się naszej świadomości? Rajska sielskość Adama i Ewy do złudzenia przypomina szczęśliwe dzieciństwo, podczas którego czas płynie, ale jego upływ jest nie zauważalny, nie ma dnia i nocy, a jedynym miernikiem mogą być kreski malowane na ścianie – sposób, jakim rodzice znaczą przyrost wzrostu swoich pociech. To chyba jedyny wyznacznik upływającego czasu dla dzieci. Nie ma czasu, nie ma świadomości. A początkowe myślenie naszej naiwnej, rajskiej pary kojarzy się właśnie z dzieckiem, które zadaje pytania, aby gromadzić w sobie odpowiedzi, akceptuje je bez wyjątku, wierząc we wróżkę, św. Mikołaja, w Bobo lub latające na miotle czarownice, na równi z tym, że kolor śniegu jest biały, a trawy zielony, nieba niebieski, a słońca żółty, aż do momentu, kiedy nadmiar tych informacji powoduje w mózgu kolejne wyładowanie i, choć nie przestają zadawać kolejnych pytań, zaczynają powątpiewać już w odpowiedzi, starając się samemu, dzięki logice, wiedzy, doświadczeniu i obserwacji świata, wysnuć własne teorie, takie, które bardziej pasują do nich i wydają się prawdziwsze. Podobnie jak w tym wersie z Biblii – to moment zaistnienia naszej świadomości, tak jak u dorastających dzieci. Coś jak wielki wybuch wszechświata w naszym mózgu. Mamy już nieokreśloną materię, wiadomości, następuje wyładowanie, a chwilę później dzieciaki same starają się poznać czy istnieje św. Mikołaj, czy czarownice latają na miotłach, czy wszystkie te rzeczy, które im dotąd mówiono, są prawdziwe czy tylko wymyślone na poczet niedoświadczonego, łatwowiernego umysłu małego dziecka. Takim chlebem karmiono nas w Edenie, utrzymując naszą świadomość w bezczasowym, błogim przekonaniu, że są czarownice i mikołaje.
- Najpierw mówisz, że wąż jest symbolem płodności, czy też naszej seksualności, a po chwili starasz się udowodnić, że edeński wąż jest powodem narodzin ludzkiej świadomości, powodem, przez który porzuciliśmy błogie, rajskie dzieciństwo i staliśmy się świadomi, skazując siebie oraz kolejne pokolenia na śmierć i pragnienie poznania odpowiedzi na każde pytanie, jakie tylko zdołamy zadać?
- A czy to nie to samo? Dziś nasza seksualność w wielkim stopniu wpływa na nasze życie, potrafimy ją opisać, uatrakcyjnić, spełniamy swoje zachcianki chcąc żyć w zgodzie z samym sobą. A co jeśli to dzięki właśnie niej, kiedy tylko zaczęliśmy się rozmnażać, staliśmy się świadomi? Może to dzięki naszej seksualności, dzięki grzechowi pierworodnemu, zaczęliśmy zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi?
Zamyśliłem się.
- Zgaduję, że zapis na tabliczkach różni się od tego, co właśnie przeczytałem? – spytałem.
- Niezbyt. Ale zupełnie zmienia jego sens. Dotąd moglibyśmy tylko domyślać się przez alegorię i snuć przypuszczenia. Zapis na tabliczce ukazuje nam całą prawdę na temat naszego stworzenia. Jeśli te tabliczki są najstarszym zapisem biblijnego stworzenia, wszystko układa się jak składanka z puzzli.
- Co było na tabliczkach? – spytałem, bo rozmowa zaczęła mnie już nużyć.
- Tłumaczenie Isaaka, przesłane hrabiemu Tyszkiewiczowi, zawierało obszerny komentarz opisujący tekst i jego prawdopodobne tłumaczenie. Isaak, choć złamał kod języka, wzorował go na innych pismach klinowych. Czysty, sumeryjski język został złamany dopiero kilkadziesiąt lat później, do dziś lingwiści pracują nad dziesiątkami takich glinianych tabliczek. Kto wie jakie ciekawostki się na nich znajdują, ale większość pozostaje tajemnicą w elitarnych klubach naukowców. Tekst przetłumaczony przez Isaaka bardzo obszernie został przez niego opisany w jednym z listów do hrabiego Tyszkiewicza, a w swojej książce wydrukował kilka drzeworytów glinianych tabliczek – Aleks sięgnął po książkę i przekartkował ją szybko, otwierając na jednej ze stron – to drzeworyt Isaaka z 1876 roku – tabliczki, którą trzymasz w dłoni.
Spojrzałem na drzeworyt dokładnie odrysowujący każde pękniecie i zarysowanie tabliczki, którą trzymałem.
- Świetny rysunek – odparłem. – Ale o czym jest w końcu tekst? Cały czas dążysz do czegoś, ale nadal nie chcesz mi tego zdradzić.
- Porównaj tekst – podpowiedział mi.
Spojrzałem na narysowany tekst i tabliczkę trzymaną w dłoni. Rzeźbiarz, strugający drzeworyt, choć skopiował każdą rysę, nie popisał się z kopiowaniem tekstu. Wyryte w glinie kreski, przestawiające słowa, różniły się od tych narysowanych na drzeworycie.
- Są różne – powiedziałem.
- Tak. To dwa zupełnie inne teksty. Zauważyłem to zaraz po przyjeździe do Polski. Poleciałem z tabliczkami na uniwersytet, aby ocenić ich wiek – podrzucił je wysoko i złapał w locie. – Są stare, ale nie tak jak myślałem. Mają ponad 140 lat. To ładnie zrobione kopie, ale nic ponadto.
- To kopie? – zapytałem – kto zadałby sobie tyle trudu, aby dokładnie kopiować gliniane tabliczki i zmieniać na nich tekst?
Aleks ponownie uśmiechnął się.
- Isaak opisał dokładnie, przesłane mu do tłumaczenia przez hrabiego Tyszkiewicza, gliniane tabliczki. Pokusił się nawet o ich dokładną kopię, tworząc drzeworyt do wydanej przez siebie książki. Nie wydaje mi się, aby był kimś, kto mógłby podmienić tabliczki, tym bardziej, że opisał je dokładnie w swojej książce.
- Czyli pozostaje nam hrabia Tyszkiewicz, ale po co mógłby zrobić coś takiego? Samo znalezisko było przecież sporo warte, nawet w ówczesnych czasach, dzisiaj prywatny kolekcjoner zapłaciłby za pierwsze wersje biblijnego stworzenia świata, fortunę.
- I tu łatwo znaleźć na to odpowiedź – jedynym wyjaśnieniem może być jego obawa, o to, że tabliczki mogą zostać opublikowane i wywołają wielka burzę w ówczesnym świecie. Czasy, w których żył, już obfitowały w wielkie zmiany. Napoleońska Republika nie przetrwała, ale prawa kodeksu napoleońskiego stanowiły ówczesne prawo, będąc wzorem dla innych krajów, nadchodzącego na całym świecie liberalizmu życia. Naukowcy mnożyli się jak króliki, co krok odkrywali coś nowego: Edison żarówkę, Freud zwierzęcy seks,  Fulton zbudował pierwszy statek parowy. A Biblijne stworzenie świata, na całym świecie uznawały wszystkie religie judaistyczne, wszystkie odłamy religii chrześcijańskiej, łącznie z prawosławiem i ewangelikami, a także religia muzułmańska. Świadomość zmiany pierwowzoru najstarszych zapisków biblijnych mogłaby spowodować kolejne rozpady i reformy religijne, schizmy i sobory, na których rozprawiano by nad interpretacją tych zapisków. Myślę, że to troska Tyszkiewicza o porządek ówczesnego świata, spowodowała jego decyzję o zrobieniu kopii tabliczek ze zmienionym tekstem i porzuceniu ich w jakimś rodzinnym skarbcu. Co zrobił z oryginałami, pozostaje zagadką, nie wydaje się możliwe, że je gdzieś zachował. Tyszkiewicz był pragmatycznym mężczyzną, najbardziej prawdopodobne wydaje się, że zniszczył tabliczki, tak aby świat nigdy nie miał dowodu na potwierdzenie zapisanych na nich tekstów. Z drugiej strony, może leżą gdzieś pochowane w ziemi w jakimś grobowcu, czekając na odpowiedni czas, aby odkrył je ktoś w czasach, kiedy nie będą już stanowiły zagrożenia dla porządku świata.

- Aleks, co takiego było na tych tabliczkach, że Tyszkiewicz zniszczył je?
- Przeczytaj – podał mi kartkę papieru.
- To dokładne tłumaczenie drzeworytu Isaaka, niestety oryginalne tabliczki zaginęły, a drzeworyt z książki, mimo że ma ponad sto czterdzieści lat, nie może już stanowić żadnego dowodu na autentyczność tego tekstu. Mimo to poprosiłem o tłumaczenie tekstu z drzeworytu, jednego z naukowców, pracujących nad językiem sumeryjskim. Jego tłumaczenie nie różniło się zbyt wiele od tego, którego dokonał Isaak w 1876 roku. Czytaj.
Wziąłem do ręki kartkę wydrukowanego papieru i zacząłem czytać.
- „A wąż był najmądrzejszy ze wszystkich zwierząt na ziemi, które Bóg stworzył. Rzekł do niewiasty: «Dlaczego nie jecie owoców z tego drzewa, które jest w środku ogrodu?».
Niewiasta odpowiedziała wężowi: «Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z tego drzewa Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie poznali tajemnicy życia i śmierci».  Wtedy wąż, owijając się wokół jej biodra, powiedział: «Zakazał wam, bo nie chciał, abyście poznali tajemnicę życia».
Wtedy ona spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, zerwała zatem z niego owoc, spróbowała, a jej ciało wypełniła rozkosz, otworzyła szeroko swoje oczy i uda, tak aż wąż wpełzł między nie, po czym dała skosztować swemu mężowi, a on go zjadł, przepełniony rozkoszą. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; zapragnęli więcej rozkoszy, używając do tego węża, który utknął między nogami niewiasty, przedłużając przyjemność, otrzymaną przez spożycie owocu.
Wówczas  nadszedł Bóg i zobaczył niewiastę, i mężczyznę, i węża oddających się rozkoszy. Rozgniewał się, widząc, że złamali jego zakaz spożywania owoców z drzewa pośrodku ogrodu. Chwycił węża za głowę i połączył go z ciałem Adama.
«Za karę będziesz przeklęty, na brzuchu mężczyzny będziesz się czołgał i cały twój wysiłek będzie ku temu, abyś był  twórcą życia, które zakończy się śmiercią. Będzie nieprzyjaźń między tobą, a niewiastą, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej: ona będzie uciekała od ciebie, a ty będziesz pragnął się w niej znaleźć, aby dać nowe życie».
Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą w czasie rozkoszy»”.
Spojrzałem na Aleksa.
- Czy to oznacza, że według sumeryjskiej tabliczki, Bóg pokarał nas śmiercią? Przyczepił nam na brzuchu kawałek innego zwierzęcia i nakazał nam pragnienie połączenia się z niewiastami poprzez niego, tak aby kontynuować życie?
- Taki jest opis tekstu skopiowanego przez Isaaka. To dlatego Tyszkiewicz zniszczył lub ukrył oryginalne, sumeryjskie tabliczki. Mówiłem ci -to zmieni cały świat. Spróbowaliśmy rozkoszy z drzewa życia i śmierci, od tego czasu sensem naszego życia, jako kara od Boga, jest prokreacja do jakiej dążymy, aby ją uzyskać. Nawet alkohol, narkotyki, dobre samopoczucie, to tylko echo dawnego pragnienia skosztowanego owocu z drzewa życia i śmierci. To pragnienie nadaje sens naszemu życiu, ponieważ taka była kara naszego stworzyciela.
- Jakoś to nie przemawia do mnie – odpowiedziałem zmieszany.
- Nie przemawia? – zapytał gwałtownie. – Jeszcze kilka godzin temu narzekałeś, że cię budzę w środku nocy, bo ci się bzykać chce. A dlaczego seks miałby być ważniejszy niż rozmowa ze mną? Ponieważ nie kierujesz się swoimi pragnieniami, tylko poddajesz się woli najsprytniejszego ze stworzeń z Biblijnego raju.
- Bzdura. Jakiś padalec rządzący moim umysłem? To ja mam nad nim władzę. Kiedy mam ochotę, on musi mnie słuchać. Jest tylko częścią ciała, jak ręka, palec, język, która wykonuję dla mnie czynność, kiedy steruję nią za pomocą swojego mózgu.
Aleks roześmiał się.
- I ty wierzysz w to co mówisz? Powiedz, ile razy zdarzyło się, że twój wąż, mimo twoich rozkazów – zachichotał – zawiódł cię? Ty mu mówisz: „wstawaj i bierz się do pracy”, a on zupełnie cię olewa. Ile razy, zajęty ważnymi sprawami: pracą, pisaniem, czujesz jak budzi się on między twoimi nogami i zaczyna węszyć, mimo że wkoło nie ma żadnej kobiety ani powodu, aby to robił? Ile razy podczas snu budzisz się, a on stoi wyprostowany i żyje swoim życiem, a tobie wydaje się, że coś cię ominęło, bo przecież spałeś i nie miałeś nad nim żadnej kontroli? I ile razy, gdy idziesz ulicą, widzisz interesującą kobietę, porzucasz swój dotychczasowy cel, zatrzymujesz się, podążasz za nią, proponujesz jej spotkanie, innymi słowy, poddajesz się innemu sterowaniu, innej woli, innemu mózgowi? Tracisz zupełnie kontrolę nad swoimi umysłem i decyzjami, które powinieneś podjąć.
- Bzdury. Idę spać – odpowiedziałem Aleksowi.
Wracałem powoli do domu, szare ulice obmywały pierwsze strumienie wschodzącego słońca. W mieszkaniu, na łóżku, nadal leżała poznana ostatniego wieczoru kobieta, której imienia nadal nie mogłem sobie przypomnieć. Rozebrałem się i wskoczyłem do łóżka, machinalnie  przytulając się do niej. Mój wąż, węsząc wokoło, obudził się, jakby kierowany swoim małym, zupełnie niezrozumiałym dla mnie, rozumkiem. Węszył, na przekór mnie samemu, bo byłem zmęczony spotkaniem z Aleksem, nie przespałem połowy nocy, rozprawiając z nim na temat zaginionych tabliczek, a w mojej głowie kłębiło się tysiące pytań, które zadawałem sam sobie, chcąc znaleźć dla nich odpowiedzi.  Czy rzeczywiście ta historia miała miejsce, czy zapis na sumeryjskich tabliczkach mógł opisywać prawdziwe stworzenie świata, a dokładnie fragment, w którym stworzenie przypominające węża, namówiło Ewę, aby skosztowała przyjemności płynącej z seksu i za karę Bóg obdarzył nas – mężczyzn, pełzającym po naszym brzuchu stworzeniem, z własnym rozumem, potrafiącym wpływać na nasze decyzje, którego zadaniem było kusić przez kolejne pokolenie kobiety, aby otwierały się przed nami, płodząc nowe życie?
Mój wąż wśliznął się w szparę między udami leżącej kobiety. Wąż kusił ją swoim dotykiem, aż poddała się jego czarowi i wypięła w jego stronę pośladki, a krążące po mojej głowie pytania i odpowiedzi, rozmyły się, w ogarniętym przez pożądanie umyśle.

 

Koniec

Najstarsza Biblia świata (cz.3)

- Nie miałem żadnej pewności, że coś znajdę. To wszystko było tylko historią, którą powoli odkrywałem.

- Odnalazłeś kościółek?

- Tak. Znalazłem. Niestety kilka lat temu został ponownie odrestaurowany. Ani śladu po zamurowanych tabliczkach z Sumerii.

- Nie znalazłeś więc żadnej z nich? – zapytałem.

- Tego nie powiedziałem – odparł Aleks, uśmiechając się.

- Znając ciebie, zakradłeś się nocą z łomem i wydłubałeś kilka cegieł.

- No niezupełnie. Autor pamiętnika zostawił kilka wskazówek, gdzie wmurował tabliczki. W internecie znalazłem sporo zdjęć kościółka przed renowacją i po. Szukałem i znalazłem. Reszta była dziecinnie prosta. Zapłaciłem kilku miejscowym żulom za wydłubanie części ściany dla mnie, ale tak, aby nic nie uległo zniszczeniu, oprócz elewacji kościoła. Panowie sprawili się w półtorej godziny i za kilka białoruskich wódek stałem się właścicielem dwóch glinianych tabliczek. Transport przez granicę nie stanowił już żadnego wyzwania. Celnikom, nawet gdyby zwrócili uwagę na tabliczki, nawet przez myśl by nie przeszło, że są to sumeryjskie książki, mające dobre 6500 lat.

- Masz je tutaj? – spytałem.

- Mam – uśmiechnął się z wyższością i skierował się do jednej z szaf, w której trzymał szczególnie cenne książki. Otworzył ją i wyciągnął, zawinięte w szmatkę, dwa jasnobrązowe kawałki wypalonej gliny. Wziąłem je w dłonie, były ciężkie. Trzymałem właśnie w rekach jedną z najstarszych książek na świecie.

- Aleks, one warte są sporo pieniędzy.

Obróciłem w dłoniach obszarpane kawałki wypalonej gliny z zagadkowymi znakami, wyrytymi na ich wewnętrznej stronie.

- Wiesz co opisują? – zapytałem. – Jakieś legendy? Przepis na ciasto? Opis ówczesnego króla lub dostojnika?

Uśmiechnął się.

- Pamiętasz Księgę Rodzaju? – zapytał.

- Oczywiście. Mało literacki opis stworzenia ziemi w czasie siedmiu dni. Roślin, zwierząt, ludzi. O przepraszam, w czasie sześciu dni. Siódmego dnia Bóg odpoczywał po ciężkiej pracy. To dlatego do dziś stosujemy siedmiodniowy tydzień, podczas którego przez sześć dni oddajemy się pracy, a siódmego odpoczywamy – odparłem.

- Ten kawałek, który trzymasz w lewej dłoni,  jest opisem stworzenia człowieka. Jest prawie pierwowzorem opisu Biblijnego, który mamy w chrześcijańskiej Księdze Rodzaju czy żydowskiej Bereszit, opowiada o stworzeniu świata – odparł Aleks.

- Co? Mówisz mi, że trzymam właśnie w dłoniach najstarszy opis stworzenia człowieka? Żartujesz sobie.

- Nie. To nie żarty. Pamiętasz mityczny Eden, a w nim pierwszych ludzi? Adama, twojego imiennika i praojca oraz Ewę, naszą pramatkę?

- Każdy dzieciak to zna. To podstawa naszego światopoglądu chrześcijańskiego.

- Jak pamiętasz, Adam i Ewa żyli sobie bez problemu w  Edenie, gdzie nie było chorób, śmierci ani głodu. Raj był pełen drzew, których owoce zaspokajały głód naszych przodków. W Biblii nie ma nic na temat tego, czy nasi przodkowie spożywali mięso, polując na zwierzynę lub też uprawiali ziemię, aby wydobyć z niej plony, jako podstawę ich pożywienia.

- No jest o tym dość niewiele. Raczej dopiero po wygnaniu z raju.

- Podobnie Księga Rodzaju nie wspomina nic o seksualności naszych przodków. Jest Adam – pierwszy człowiek, jest Ewa, stworzona z jego żebra po to, aby mu się nie nudziło, ale brak między nimi jakiejkolwiek chemii. Wygląda na to, że nasi praojcowie byli bezpłodni, ponieważ w Edenie nie mieli żadnych potomków. Choć na wszelkich, dużo później stworzonych, obrazkach ukazywani są z atrybutami swoich płci, najczęściej zakrytych listkami figowymi, nie ma żadnej wzmianki na temat tego, czy w czasie stworzenia Bóg zadbał o ich seksualność, czyli czy Adam posiadał ptaszka, a Ewa gniazdko, w które ptaszek, od czasu do czasu, powinien wchodzić.

- Masz rację. Nie ma nic na ten temat. A wiesz, że to moja tematyka. Analizując Biblijne stworzenie świata, wychodzi na to, że nasza para była aseksualna i dopiero grzech pierworodny spowodował wypędzenie ich z raju, śmiertelność, co za tym idzie – możliwość kontynuacji życia na ziemi za pomocą rozrodczych części ciała. Wiele razy zastanawiałem się jak według Biblii wyglądali pierwsi ludzie. Ta wzmianka o wstydzie – „poczuli się nadzy”, wygląda na to, że dopiero po zjedzeniu owocu z drzewa dobrych i złych wiadomości, poczuli pierwszy pociąg seksualny do siebie. Albo też dopiero gdy zgrzeszyli, Bóg pokarał ich seksualnością.

- Bóg – Aleks podniósł dzbanek z kawą i nalał jej do naszych kubków – chociaż przedstawiany jest jako stary mędrzec, ojciec, brodaty mężczyzna, ukazujący się w gorejącym krzaku, niezupełnie jest kwintesencją męskości. Nic nie ma na temat tego, czy posiadał on atrybut męskości. Chociaż Biblia opisuje, że Adam został stworzony na podobieństwo Boga, niekoniecznie nasz stworzyciel mógł posiadać ten mały, anatomiczny detal, który różni nas od kobiet.

Roześmiałem się.

- Teraz już przesadziłeś. Chcesz powiedzieć, że Bóg nie jest w pełni mężczyzną?

- A po co mu ten zbyteczny atrybut męskości? W odróżnieniu od greckich, egipskich, indyjskich, skandynawskich czy też chińskich bogów, którzy żyli w rozpuście, często łącząc się w czasie nocy z dziesiątkami ludzkich kobiet i bogiń, nasz Bóg zrobił to tylko raz, z matką Jezusa. Zapłodnił ją za pomocą Ducha Świętego, czyli najprawdopodobniej był to rodzaj zapłodnienia in vitro, który w ówczesnych czasach nie był jeszcze możliwy, gdyż z braku mikroskopu, nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy z istnienia kobiecego jajeczka, czy też męskich plemników. Maria, matka Jezusa, pozostała dziewicą. Gdyby Bóg był mężczyzną, pojawiłby się w nocy, tak jak inni bogowie, uwiódł ją i  posiadł, pozbawiając dziewictwa i w ten sposób spłodził swojego syna. Ale uczynił to za pomocą Ducha Świętego. Przekazał jej tylko pewne cechy swoich genów. Wystarczył zaledwie jego kod genetyczny i owulujące jajeczko matki Jezusa. To najstarsze, znane ludzkiej historii, in vitro.

- Zagalopowałeś się odrobinę. Bezpłciowy Bóg? Przypomina mi to postać pięknej kobiety Anioła z książki Marcina Wolskiego, gdzie kiedy bohater w końcu znajduje się z nią sam na sam, okazuje się, że między nogami dziewczę ma tylko gładką, napiętą skórę. Ale co do biblijnego raju, masz chyba rację. Adam i Ewa nie mają w sobie ani odrobiny seksualności, aż do momentu, kiedy zgrzeszyli przeciw Bogu.

- I to właśnie zapisane jest na sumeryjskiej tabliczce. Przeczytaj to – Aleks wręczył mi książkę.

Spojrzałem na okładkę. Biblia tysiąclecia, wydanie z 1889 roku, w Krakowie. Ta książka była warta pewnie z kilka tysięcy złotych.

- „Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu – zacząłem czytać. – A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: «Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?».

Niewiasta odpowiedziała wężowi: «Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli». Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg, będziecie znali dobro i zło».

Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.

A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski” – skończyłem czytać. To księga rodzaju. Kawałek o grzechu pierworodnym.

- Opisuje moment, który zaważył na naszej całej ludzkości. To wówczas, przez Ewę, która skusiła Adama, nasi rodzice zerwali owoc z drzewa wiadomości i skutki tego były straszliwe. Bóg rozgniewał się, pozbawił ich nieśmiertelności, wypędził z raju i nakazał żyć w bólu i niepewności życia.

- No nie do końca. To nie wina Ewy, a węża, który skłonił ją do tego – przerwałem mu.

Roześmiał się.

- Węża? A kim jest jest biblijny wąż? – zapytał, śmiejąc się.

- Uosobieniem Szatana, kusicielem, złem – odparłem.

Ponownie zachichotał

- „A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” – zacytował. – Wąż jest najstarszym symbolem świata zwierzęcego, zapisywanym przez ludzkość. WE WSZYSTKICH RELIGIACH ŚWIATA. Skąd wzięła się ta jego popularność? Choć występuje na wszystkich kontynentach, nie jest przecież ani popularnym zwierzęciem, jak pies, koń, wielbłąd, osioł, ani  kot czy nawet wszędzie obecny szczur. Skąd ta jego domniemana mądrość i przebiegłość? Nie ma rąk, nie ma nóg, ma słabo rozwinięte receptory słuchu i wzroku, aby wąchać musi nieustannie przebierać swoim językiem, pobierając z powietrza próbki zapachów, ogólnie jest zwierzęciem nie lubianym i samotnym. Skąd ta jego popularność?

Symbol węża prezentował wiele rzeczy, w zależności w jakiej kulturze, czy na jakim kontynencie lub rasie, czy plemieniu ludzkim go czczono. Ale wielbiono go wszędzie na całym świecie. Na każdym malunku jest jego postać. Setki archeologicznych przedmiotów, odnajdywanych wśród różnych kultur, przedstawia węża. Mieszkańcy Ameryki Północnej, pokojowo nastawieni Hopi, czcili węża jako symbol płodności. Podczas słynnego tańca wężów, podczas którego tańczący trzymał w zębach żywego węża, czcili związek mężczyzny, reprezentującego niebo, z kobietą, będącą częścią ziemską. Po odbyciu tańca, węże wypuszczano na pola, aby zapewnić dobre plony i płodność.

W wielu innych kulturach wąż reprezentował pępowinę, łączącą ludzi z matką ziemią. Postać wielkiej Matki często wyobrażana była razem z symbolami wężów, wijących się wokół jej stóp, ramion, szyi.

W setkach religii, mitologii, w literaturze wąż reprezentuje płodność i wigor twórczej siły życiowej. Już sam fakt zrzucania starej skóry przez węża, stawia go jako symbol odnawiania, odradzenia się na nowo, czyli nowego życia, kojarzonego z seksualnością – Aleks przerwał na chwilę, popijając kawę z kubka. – W religiach, literaturze i mitologii węże reprezentują płodność i odnawialność siły życiowej. W religii Abrahama, zgodnie z tradycjami rabinicznymi, wąż jest symbolem namiętności seksualnej. W hinduizmie wielki wąż Kundalini prezentuje siłę czystego pragnienia. Wąż owinięty jest wokół szyi Śiwy, stoi u boku Buddy. W starożytnym Egipcie jest u boku Ra i Atumn, w greckiej mitologii to wąż Ophion rządził światem, zanim władzę przejął Kronos i Reja. Skąd do jasnej cholery takie uwielbienie do obrzydliwego kawałka mięsa, pełzającego po ziemi?

- Dobra, sam orientuję się, że postać węża występuje we wszystkich kulturach świata. I prawie we wszystkich jest symbolem płodności. Co zawsze uważałem za mylące. Symbolem płodności powinien być królik lub nawet  mysz albo szczur. Ich ciąża trwa zaledwie kilka tygodni i po kolejnych kilku dzieciaki są już rozwinięte seksualnie i mogą mieć własne. U węży życie seksualne jest zupełnie inne niż u ssaków.  W dodatku ich rozrodczość różni się od ssaków. Węże są gadami, składają jaja i z nich wylęga się potomstwo.

- To samo pytanie zadawałem sam sobie. Dlaczego węże w tylu religiach są symbolem płodności? W jaki sposób w kilkudziesięciu różnych częściach świata kojarzy się tak samo? Co było tego przyczyną?

- A na to ci odpowiem – przerwałem mu – pewnie kojarzy się z seksem, a dokładnie z męskimi narządami płciowymi. Dla każdej osoby, z każdego krańca świata, wygląd węża, jeśli tylko kojarzy się z płodnością, to dzięki podobieństwu do samczych narządów płciowych.

Aleks roześmiał się.

cdn.

Najstarsza Biblia świata (cz.2)

- Zaraz, zaraz. Starasz się mi właśnie wyjaśnić, że hrabia Tyszkiewicz zlecił przetłumaczenie kilku glinianych tabliczek, na których umieszczono jeden z najstarszych zapisów biblijnych i według Isaaka różnił się on od znanych nam dzisiaj wersji Tory czy chrześcijańskiej Biblii?
- Bingo! – powiedział mój przyjaciel. – Po przetłumaczeniu kilku tabliczek Isaak przesłał mu tłumaczenia listownie, razem z kopią wersji jaką znamy w dzisiejszych czasach. Naszego hrabiego tak zafascynowało ich tłumaczenie, że zajął się na poważnie archeologią i studiowaniem transkrypcji hieroglifów oraz pisma klinowego. Powiadają, że osiągnął w tym nawet sporą biegłość, mimo braku naukowego wykształcenia. Ale taka była wówczas polska szlachta, dzięki fortunom miała szanse na lepsze studiowanie niż jakikolwiek ówczesny naukowiec. Wracając do naszej historii, po skończonych studiach, Tyszek ponownie wylądował w Egipcie. Tym razem szukał możliwości ustalenia dokładnej daty powstania glinianych tabliczek. W dzisiejszych czasach naukowcy użyliby próbek C14 czy datowania potasowego lub innych współczesnych sposobów, aby zbadać wiek znaleziska. Wówczas pierwszym sposobem określenia przybliżonego wieku było uzyskanie informacji w jakich czasach żył pochowany w grobowcu człowiek, choć i tak nie ustalało to dokładnej daty stworzenia tego zapisu. Tabliczki zapisane były w języku sumeryjskim, czyli w momencie pochówku naszego możnowładcy mogły już mieć dobre tysiąc lub więcej  lat. Równie dobrze mogła to być tylko kolejna kopia oryginalnego tekstu, który mógł powstać jeszcze wcześniej. Większość znanych nam dzisiaj historii, zapisanych przez Sumeryjczyków na glinianych tabliczkach, jest opisem przeszłości, wydarzeń, które miały, w momencie ich zapisywania, miano historii lub nawet legendy. A niektóre z nich opisywały rzeczywistość.
Zacząłem liczyć.- Stare Pismo, a dokładnie pierwsze judaistyczne księgi, zapisywane przez żydowskich kapłanów, zostały stworzone w XII wieku przed naszą erą, czyli ponad tysiąc lat później, kiedy państwo sumeryjskie straciło już na swoim znaczeniu, a jego cywilizacja upadła – dodałem.


- Dokładnie – powiedział usatysfakcjonowany Aleks. – Tym samym teksty na tabliczkach, opisujące te same wydarzenia, co judaistyczne zwoje, są najstarszym znanym nam oryginałem. To właśnie z nich mogli korzystać inni autorzy Tory i Talmudu, choćby nawet Mojżesz, który żył już za czasów faraonów Egipskich w XIII wieku p. n. e. i o którym opowiada się, że był twórcą kilku pierwszych świętych pism.
- No dobra – powiedziałem z lekka zniecierpliwiony – zanim zaczniemy stawiać jakieś teorie, powiedz mi, co odkrył hrabia Tyszkiewicz?
- Powolutku – uśmiechnął się Aleks z wyższością, świadomy, że zyskał już moje całkowite zainteresowanie.
- Tyszkiewicz spędził w Egipcie kolejne pół roku, szukając i badając ślady odnalezionych tabliczek. W międzyczasie prowadził kolejne wykopaliska archeologiczne, podczas których znalazł słynną, piękną, złotą figurkę bożka Ammona-Re, która dzisiaj znajduje się w prywatnej kolekcji.


- Aleks! – przerwałem mu.
- Dobra, dobra. Wiem, że zbaczam z głównego tematu, ale chcę zbudować trochę napięcia – odpowiedział chichocząc. – Czas, który spędził w Egipcie, w końcu zaowocował. Nie tylko odnalazł nowe grobowce, ale odszukał, kim za życia był człowiek, którego mumię znalazł. W dodatku, na jednym z odkopanych domów, znalazł malunek identycznej wazy jak ta, w której odnaleziono gliniane tabliczki. Malunek miał obramowanie, jakie często używano w późniejszych czasach, chcąc podkreślić wyjątkowość lub wielkość osoby, miejsca czy przedmiotu. Ta waza była podarunkiem króla Akadyjczyków dla jednego z pierwszych faraonów, formą drogocennego daru lub może nawet okupu, którym w tym czasie często opłacono wolność innych miast. Obdarowany Faraon był protoplastą naszego zmumifikowanego nieboszczyka, którego odnalazł w czasie wcześniejszej wyprawy hrabia Tyszkiewicz.
- Kiedy żył?- zapytałem.
- W 2356 roku przed naszą erą. Licząc, że ludzie mogli wówczas żyć trochę krócej, nie dotyczy to oczywiście Mojżesza, bo ten żył ponoć 120 lat, więc Egipcjanie mogli dostać w darze gliniane tabliczki już koło 2478 r. p.n. e! – wykrzyknął triumfalnie. – Tym samym to najstarsza zapisana wersja ówczesnych wydarzań, jaka znana jest współczesnemu światu.
- Co dalej? Co zrobił hrabia Tyszkiewicz?
- Niewiele. Tyszkiewicz, choć archeolog amator, prowadził bardzo profesjonalne prace archeologiczne, opisując każdy odkryty przez siebie przedmiot.  Wiedział, że posiada bezcenny skarb, ale tabliczki były jednym z wielu odnalezionych przedmiotów, może najbardziej interesujące, ale w ówczesnym świecie była moda na odkrywanie cywilizacji Egipskiej, o Sumerii niewiele wiedziano, często określając jej wiek błędnie i marginalizując tę cywilizację na tle wielkiego państwa bogów-faraonów.  Dalej bawił się w tłumaczenie starożytnych egipskich i sumeryjskich pism, starając się odnaleźć więcej informacji, które pomogłyby mu potwierdzić jego przypuszczenia. Na nic więcej nie mógł sobie wówczas pozwolić. Kościół katolicki nadal sprawował sporą władzę w Europie, choć czasy jego świetności i ogromnej władzy już minęły. Na wieść o najstarszej wersji zapisków ze Starego Testamentu, szczególnie z księgi Rodzaju, schowaliby oryginały w watykańskim skarbcu, dopuszczając do jego studiowania zaledwie małą grupę zaufanych ludzi. W Watykańskim skarbcu mają pełno tego typów specjałów.
- Co się stało z tabliczkami? – zapytałem.
- Na starość hrabia, jak już wiesz, rozdał i odsprzedał prawie całą swoją kolekcję, głównie Francuzom. Jej części do dziś można podziwiać we wszystkich muzeach Europy. Razem stanowią najbogatszą egipską kolekcję prywatnej osoby.
- A waza z tabliczkami?
- Większość kolekcji po śmierci trafiła na aukcje, spora jej cześć została w jego majątkach i została zagarnięta przez spadkobierców. Kilka tabliczek wypłynęło na europejskich aukcjach z początku dwudziestego wieku, na wskutek dużego zainteresowania starszą niż egipska, sumeryjską cywilizacją i odkrycia sporej ilości glinianych tabliczek z pismem klinowym. Francuski badacz pisma klinowego złamał jego kod, wiele tekstów zaczęto tłumaczyć według jego wzoru. Wzmianka na temat tabliczek hrabiego wypłynęła dopiero w czasie II Wojny Światowej. Majątek spadkobierców Tyszkiewicza został zagarnięty przez radzieckie wojska, a antyki rozgrabione przez masy czerwonego żołdactwa. Tutaj powinna skończyć się cała historia, zabytkowa waza służy pewnie jako pojemnik na wodę w jakimś podupadającym kołchozie, a tabliczki używa się jako deskę do krojenia chleba. Ale to nie koniec.
- Spadkobiercom hrabiego udało się pewnie ukryć kilka przedmiotów z jego kolekcji? – zapytałem.
- Dokładnie. Jeden z jego potomków był rozmiłowanym literacko megalomanem. Oprócz tracenia czasu na dziwki i alkohol, miał zamiłowanie opisywania swoich erotycznych podbojów ku przestrodze potomności. Kiedy Niemcy weszli we wrześniu na ziemie polskie, nasz literat podobnie jak Witkacy, stwierdził, że to koniec cywilizacji, jaką zna. Spodziewał się, że wkrótce zaleją go masy czerwonego lub faszystowskiego ludu, niszcząc każdy objaw burżuazyjnej cywilizacji. Podjął wówczas  próbę zabezpieczenia swojego majtku, część wywiózł, przesyłając krewnym w Anglii, a część zakopał w pobliskim lesie. Kilka przedmiotów, jak napisał w swoim pamiętniku, wmurował w ścianę wioskowego kościoła.
- Wmurował w ścianę kościoła sumeryjskie tabliczki?
- Tak. Musisz zrozumieć jego położenie. Na zachodzie, północy i południu masy żołnierstwa niszczyły na swojej drodze armie polskie, na wschodzie, na granicy bolszewicy czekali na rozkaz przekroczenia granicy. Dla wielu z ówczesnej burżuazji polskiej, faszyzm oznaczał niewolę, ale bolszewizm był dla nich końcem świata, jaki dotąd znali. Ratowali swój dobytek nie dla siebie, lecz dla domniemanych spadkobierców, którzy kiedyś wrócą na te ziemie i zaczną odkrywać jej przeszłość.
- Czyli kilka bezcennych sumeryjskich tabliczek jest wmurowanych w kościół gdzieś na białoruskich lub rosyjskich terenach?


- Zajęło mi sporo czasu zlokalizowanie tego kościółka. Kiedy czerwona armia zajmowała tereny polskie, majątki polskie podpalano, a kościoły burzono lub zamieniano w magazyny zbożowe. Nasz kościółek został w połowie spalony, ale odbudowano go zaraz po wojnie. Była w nim remiza strażacka, dom kultury, aż w końcu zaadaptowano go ponownie do szerzenia wiary chrześcijańskiej, tym razem według moskiewskiego obrządku.
- Zaraz, zaraz. Ty przecież dopiero co wróciłeś z Rosji? Byłeś tam? – zapytałem. – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym? Pojechałbym z tobą.
Aleks uśmiechnął się z wyższością.

cdn.

 Strona 4 z 9  « Pierwsza  ... « 2  3  4  5  6 » ...  Ostatnia »