piątek Wrzesień 22nd 2017
reklamabanerustac.gif

Bóg gniewa się na mnie, bo jestem nieczysta!

Zrobiłam to, aby pomóc swoim synom, tak by nic im w życiu nie brakowało. Nie rozumiem osób, które tam pracują, niektóre z nich robią to dla zdobycia lepszego samochodu, domu, dla narkotyków, alkoholu. Ja robię to dla moich dzieci. Jeśli nie one, nigdy bym tego nie robiła!

Każdego ranka Danisa budzi się na długo przed swoimi synami. Zaraz o świcie spędza prawie godzinę pod prysznicem, myje swoje ciało, kilka razy namydla je i spłukuje, szorując najpierw ostrą szczotką, a następnie miękką gąbką – trze zapamiętale, jak gdyby chciała zedrzeć z siebie każdy kawałek skóry. Po kąpieli ubiera długą bluzkę, zakrywającą całe ciało, naciąga bufiaste szarawary, nakłada na głowę hidżab i dopiero po ty, obmywa dokładnie swoje ciało w rytualnym wudu – przemywając trzykrotnie swoją twarz, dłonie i nogi. Chwilę później budzi kolejno swoich trzech synów. Jej pociechy: dwudziestotrzyletni Malik, dziewiętnastoletni Nami i czternastoletni Omurtak kolejno znikają w łazience, aby dokonać rytualnego obmycia wudu przed modlitwą. Poranny namaz, czyli obowiązek rytualnej modlitwy, rozpoczyna starszy z synów – Malik, powtarzając czterokrotnie:
- Allah akhbar (Bóg jest wielki) – następnie zaczyna tradycyjną surę:
„W Imię Boga Miłosiernego i Litościwego!

….
Prowadź nas drogą prostą
Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą”.


Każdy z nich pochyla się w ukłonie w stronę Qibla, czyli w kierunku wskazującym położenie świątyni Al-Kaba w Mekce.
Danisa, przygotowując śniadanie w kuchni, obserwuje ukradkiem swoich modlących się synów. Sama nie modli się już od kilku lat, choć kłamie im, że modliła się wcześniej, przed świtem. Zarzuciła namaz kilka lat temu. Nie dlatego, że nie wierzy już w Boga. Ale ze strachu i wstydu. Boi się gniewu Boga. Nie czuje się godna, aby być dobrą muzułmanką. Czuje się nieczysta.
Po modlitwie siadają wspólnie do stołu i przekomarzają się nawzajem podczas porannego posiłku, przygotowanego przez Danisę.
Pierwszy z domu wychodzi Malik, musi dojechać na czas do uniwersytetu, na którym studiuje prawo – a ma do niego kilkadziesiąt kilometrów. Chwilę później, ze szkolnymi torbami na plecach, wychodzą Nami i Omurtak. Każdego z nich Danisa żegna pocałunkiem w policzek i krótkim: „As-salam alayk (Pokój z Tobą)”, życząc im szczęścia na cały dzień.
Danisa, po wyjściu swoich synów, zmywa naczynia i sprząta dom, w końcu idzie do sypialni, aby przebrać się i nałożyć na twarz makijaż. Bufiaste spodnie zamienia na amerykańskie dżinsy, turecką koszulę na wciętą w talii bluzeczkę z wydajnym dekoltem, a na nią narzuca wełnianą podomkę, tak aby nadal jej całe ciało oprócz twarzy, rąk i nóg, było zakryte przed widokiem innych. Tak jak nakazuje Koran. Hidżab jednak chowa do torebki. Nie chce, aby wybrudził się, kiedy nakłada kolejną warstwę szminki i pudru na twarz.
Kilka minut po dziesiątej wsiada do samochodu i kieruje się w stronę centrum miasta, do małego studia masażu, w którym pracuje.

Prowadź nas drogą prostą
Danisa skończyła dwa kierunki na tureckim uniwersytecie. Psychologię i językoznawstwo. Rozmawia w kilku językach: rosyjskim, irańskim i hebrajskim. Z językiem angielskim idzie jej nie najlepiej. Fonetycznie różni się on od języków arabskich, a ona sama nigdy nie miała czasu, aby pójść do szkoły, gdzie mogłaby się go dokładnie nauczyć. To chyba dlatego jej życie potoczyło się trochę inaczej. Danisa pochodzi z bogatej tureckiej rodziny. Jej ojciec jest farmaceutą, bracia to prawnik i dentysta, a mąż ma mały, dobrze prosperujący biznes w Istambule.
Wyjechała z kraju, aby towarzyszyć swoim synom podczas ich edukacji. Rodzina postanowiła, że młodzi chłopcy skończą dobre szkoły i uniwersytet w jednym z zachodnich krajów, tak aby prestiż szkoły i znajomość języka angielskiego dały im szansę na dobrą pracę w przyszłości. Jej mąż pozostał w kraju. Widują się kilka razy w ciągu roku. Często do siebie dzwonią.
Danisa, choć brakowało jej rodziny i rodzinnego miasta, polubiła zachód. Rodzina kupiła im dom na przedmieściu i wysyłała skromne pieniądze na utrzymanie. Życie na zachodzie było inne od życia w Istambule. Było dużo droższe. Jej dorastający chłopcy co chwilę prosili o kupno czegoś nowego, tak by nie odróżniali się od rówieśników. Za każdym razem Danisa musiała prosić rodzinę o pieniądze. Nie lubiła tego momentu, kiedy dzwoniła do męża lub swojego ojca, tłumacząc im, że potrzebuje kupić synom nowe spodnie albo musi dawać im kieszonkowe, bo inne dzieci dostają je od rodziców. W końcu postanowiła, że zacznie sama pracować.
Chciała być niezależna finansowo, niestety w obcym kraju, bez dobrej znajomości języka angielskiego, nie miała szans na znalezienie pracy w swoim zawodzie. Przez kilka tygodni pracowała jako sprzątaczka, ale właściciel nie dostał przedłużenia kontraktu i tak ponownie została bez zajęcia.
W jednej z gazet znalazła ofertę pracy jako recepcjonistka. Przyjęli ją bez wahania, mimo jej dość słabego języka angielskiego. Było to małe obskurne studio masażu, które prowadził Rosjanin o imieniu Boris, stąd Danisa bez problemu komunikowała się ze swoim szefem w jego rodzinnym języku. Już pierwszego dnia zrozumiała, że studio oferuje coś więcej niż sam masaż. Wielokrotnie na recepcji była nagabywana przez klientów, którym spodobała się jej orientalna uroda.
Po kilku tygodniach Boris zaczął delikatnie naciskać ją, by spróbowała masować klientów. Danisa nie wiedziała, że w taki sposób właściciele studiów masażu rekrutują nowe pracownice do studiów masażu. Najpierw praca na recepcji, później jako masażystka. Obiecywał spore zarobki, a w końcu zaszantażował ją, że jeśli się nie zgodzi, to poszuka sobie nowej recepcjonistki.
Danisa bała się kolejnej utraty pracy. Chciała zarabiać pieniądze.
Jej pierwszy klient był starszym mężczyzną. W pokoju rozebrał się, a Danisa nałożyła na dłonie gumowe rękawiczki i zaczęła masować jego ciało. Już po pięciu minutach mężczyzna złapał jej dłoń i przesunął ją w okolice swoich bioder.
Ten pierwszy raz Danisa pamięta dokładnie. Poszło szybko, a zarobiła jak za kilka godzin pracy przy sprzątaniu domu.
Przez pierwsze dni Danisa pracowała w gumowych rękawiczkach – w jej kulturze i religii zabronione jest dotykanie jakichkolwiek mężczyzn, którzy nie są jej mahram, czyli jej najbliższymi krewnymi. Sposób, w jaki Danisa dotykała swoich klientów, również łamał zasady muzułmańskie. Muzułmanie mówią, że to jest haram, czyli grzech. Po dwóch tygodniach Boris zakazał jej pracy w rękawiczkach z powodu skarg klientów. Danisa nie miała wyjścia i pozbyła się ich.

To co robię jest haram
Masaż relaksujący lub też erotyczny ma za zadanie odprężenie całego ciała, a jego kulminacją ma być odprężenie, jakie uzyska mężczyzna po wymasowaniu jego członka. Za to płaci klient na recepcji. Jeśli życzy sobie coś więcej, jest to już kwestia umowy między nim, a masażystką. Przez kilka tygodni Denisa odmawiała czegokolwiek innego poza samym masażem. W końcu, kiedy trafiła na miłego, przystojnego klienta, który obiecał spore pieniądze, spróbowała pierwszy raz. Sama nie wie dlaczego. Może to pragnienie pieniędzy, dzięki którym chciała polepszyć życie swoich synów i stać się niezależna. Może to, że przez ostatnie kilka lat, spała ze swoim mężem tylko trzy razy. A może sam fakt, że jeśli robi to dłońmi, to równie dobrze może robić w inny sposób i dostać za to więcej pieniędzy.
Od tego czasu, ilekroć klient zażądał czegoś więcej i płacił za to, zgadzała się bez problemu.
Każdego dnia zaczynała pracę o jedenastej, a kończyła o dziewiątej wieczorem. Bywało, że czasem pojawiał się tylko jeden klient w ciągu dnia. Ale innym razem musiała obsłużyć aż kilkunastu. Nie każdy żądał czegoś więcej, ale i tak kilkunastu klientów na dzień to było ponad jej siły. Po takiej pracy była bardzo zmęczona, a przecież każdego wieczoru musiała wrócić do domu i zająć się swoimi synami.
Rodzina i znajomi wiedzieli, że pracuje u kogoś, sprzątając domy.
W czasie pracy Danisa ma przy sobie zawsze dwa telefony. Jeden, którego numer znają synowie i mąż, drugi z numerem jaki znają tylko jej klienci. Ten drugi zawsze zostaje w studiu masażu.
Soboty i niedziele spędza ze swoimi synami. Danisa nie ma zbyt wielu znajomych.
Z klientami robi prawie wszystko, jeśli tylko za to płacą. Ale nigdy nie robi tego ustami. Kiedyś zrobiła to kilka razy, a gdy wróciła do domu, jej synowie nastawili policzki, aby jak zawsze pocałowała ich na powitanie, jednak ona nie mogła się do tego zmusić, mając w pamięci co obejmowały jej wargi jeszcze kilka godzin temu. Od tego czasu zawsze odmawia klientom oralnych pieszczot, tylko dlatego, by każdego poranka i wieczoru mogła z czystym sumieniem ucałować swoich synów w policzek.
Danisa ma obsesję czystości swojego ciała. Zawsze lubiła czystość, jak przystało na dobrą muzułmankę, podczas każdej menstruacji starała się nie dotykać mężczyzn, ani świętej księgi Koranu. Kiedy jednak zaczęła swoją pracę, wpadła w nawyk ciągłego mycia swojego ciała. Po każdym wykonanym masażu spędzała kilkanaście minut pod prysznicem, namydlała trzykrotnie całe ciało i spłukiwała je tę samą ilość razy. Mimo, że nie używa już rękawiczek w pracy, nosi z sobą buteleczkę z rozcieńczonym alkoholem, którym skrapia swoje dłonie przed każdą czynnością i zaraz po niej. Czasem spryskuje nim również ciało klienta, choć oni z reguły patrzą na to dość krzywo.
Kiedy mój przyjaciel opowiedział mi jej historię, wiedziałem, że będzie wyjątkowa. Porządna muzułmanka, z wyższym wykształceniem, pochodząca z bogatej rodziny, pracująca w podrzędnym studiu masażu dla mężczyzn. Trudno było uwierzyć.
Jak wielkie ryzyko podjęła swoją decyzją. Jej synowie, gdyby dowiedzieli się gdzie „sprząta” ich matka, znienawidziliby matkę na całe życie. Jej rodzina wyklęłaby ją na wieki, a może nawet zostałaby przez nich ukarana. Sama Danisa często płacze w ramionach mojego przyjaciela (ma z nim romans) i ze strachem opowiada mu, że Bóg jej już nie kocha, bo to co robi jest haram (grzechem) i przez to jest nieczysta. Mimo to chowa się w jego ramionach i chętnie mu się oddaje, szukając zapomnienia w jego namiętności.
Kiedy zbierałem materiały do opisania tej historii, odnalazłem znaczenie imienia Danisa w języku hebrajskim: God is my gracoius judge (Bóg jest moim miłosiernym sędzią). Oniemiałem, wysłałem zaraz tekst do mojego przyjaciela. Również był zdumiony.

Bóg jest moim miłosiernym sędzią
Są historie, które same się piszą, a ta należy właśnie do takiej. Gdy pracowałem nad nią dzisiejszego ranka, nie wiedziałem jeszcze jak ją zakończę, wówczas zadzwonił telefon. Mój przyjaciel powiedział mi, że widział się z Danisą. Cały czas płacze i rozpacza. Okazało się, że jej były szef (pracuje już w innym miejscu), miał zainstalowane kamery w pokojach do masażu i niezadowolony z tego, że od niego odeszła, wysłał nagranie do jej rodziny w Turcji. Jej rodzina dowiedziała się o wszystkim. O tym, że nie pracuje jako sprzątaczka.
Danisa jest przerażona, ale najbardziej obawia się, jak zareagują na to synowie. Przecież wszystko robiła, aby im było lepiej. Sama powtarzała często mojemu przyjacielowi: zrobiłam to, by pomóc swoim synom, tak by nic im w życiu nie brakowało. Nie rozumiem osób, które tam pracują, niektóre z nich robią to dla zdobycia lepszego samochodu, większego domu, dla narkotyków, czy alkoholu. Ja robię to dla moich dzieci. Jeśli nie one, nigdy bym tego nie robiła!
Nie wiem co zrobi Danisa w najbliższych godzinach i dniach. Pisząc jej historię, nie staram się być jej sędzią, bo nie taka jest moja rola. Współczuję jej, bo wiem, że najgorsze jest jeszcze przed nią. Kiedy spotka dzisiaj swoich synów, a ci zadadzą jej jedno pytanie: dlaczego?

Ideał współczesnej kobiety stworzyli geje

Od kilkudziesięciu lat z plakatów reklamowych, okładek kolorowych pism czy z reklam telewizyjnych atakują nas chłopięce, szczupłe sylwetki anorektycznych kobiet… Ideał ten został wykreowany przez gejów!

 

Jako miłośnik kobiet przez lata zastanawiałem się – dlaczego wzór kobiety, który lansują media, niezupełnie zgadza się z moim własnym i innych mężczyzn? Najpierw składałem to na karb mojego wychowania i zamiłowania do klasycznej sztuki – mogłem stać przed posągami Wenus w niemym zachwycie ponad godzinę. Chociaż były to wspaniałe dzieła sztuki, zachwyt bardziej wzbudzało we mnie perfekcyjne odwzorowanie kobiecych kształtów, a mniej to, że liczą sobie one tysiące lat. Ale nie każdy mężczyzna jest miłośnikiem antyku, mimo to większość z nich, opisując idealne ciało kobiece, zawsze kreśliło jej klasyczny wygląd. Na takie ciała kobiece mogliśmy patrzeć godzinami, podziwiając łuki bioder, sklepienia ramion, kolumny zaciśniętych nóg i zwieńczenia odstających piersi.
Już kiedy byłem podrostkiem (mniej niż naście), kolekcjonowałem wycięte z magazynów zdjęcia znanych kobiet o klasycznych kształtach: Samanty Fox, Sabriny (muzyka, którą grały, nie odgrywała jeszcze żadnego znaczenia), Sharon Stone i innych gwiazd, których głównym atutem było posiadanie pełnego, kobiecego ciała. Dopiero kilka lat później moja kolekcja (dzięki aparatowi fotograficznemu) zaczynała wzbogacać się o zdjęcia Marzeny z 8C, Iwony i Magdaleny z 7B, a później wielu innych dziewcząt ze szkoły średniej. Sporo z tych zdjęć jeszcze mam, na większości z nich jawią się twarze i (ubrane) ciała dojrzewających dziewcząt o pełnych, bujnych, kobiecych kształtach. W takich dziewczętach kochałem się, gdy byłem nastolatkiem.

 Afrodyta z Knidos dłuta Praksytelesa z ok. 360 p.n.e.

 

Gwiazda muzyki pop Samanta Fox

Gdzieś tam w tych czasach pojawiło się więcej kolorowych magazynów, programów w telewizji, a moje klasyczne piękności, zastąpiły szczupłe wysokie dziewczęta. Mimo, że dalej klasyki doprowadzały do wrzenia moją młodą krew, modne stały się kobiety modelki, których szczupły wygląd dał nowy trend kobiecej seksualności. Moja Marzena, Iwona i Magdalena straciły z piętnaście kilo, ubrały się w przykrótką koszulkę z angielskim napisem „HOT” i paradowały po moim mieście jako boginie kobiecego seksapilu. Jeszcze wówczas nie rozumiałem swoich odczuć i mimowolnie akceptowałem te zmiany, grzebiąc na długi czas klasyczny ideał kobiety, tym bardziej, że już wszędzie dziewczyny o takich kształtach wytykano palcami, twierdząc, że są grube.
Minęło odrobinę lat, podczas których ganiałem za różnymi typami kobiet, aż gdzieś w okolicach równika, ponownie przypomniano mi o klasycznych kształtach. W jakimś mało rozwiniętym technicznie społeczeństwie, kiedy wymieniałem z tubylcami uwagi na temat wyglądu współczesnych kobiet, zwróciłem uwagę, że lansowany na zachodzie wzór kobiety budzi wśród nich niechęć. Dla większości mężczyzn, współczesny wzór modelek, zupełnie nie kojarzył się z seksualnością. Mało tego, przebywając wśród nich, szybko odkryłem, że mają rację – że dla mnie również nie mają one za grosz seksualności. Wróciłem do korzeni. Znów zachwyca mnie klasyka kobiecego ciała, a współczesne dziewczyny z okładek pism odrzucają mnie swoim wyglądem. To był mój moment, w którym zadałem sobie pytanie: „Dlaczego tak jest?”. I zacząłem szukać na to odpowiedzi. Aż doznałem olśnienia.
Znacie może takie momenty z życia, kiedy kojarzycie wszystkie szczegóły i nagle napięcie neuronów w mózgu powoduje wyładowanie, które powoli rozjaśnia wam wszystko. Każdy z nas pewnie to miał. Na początku, kiedy jako malcy głowimy się, ile to może być dwa razy dwa i nagle mnożymy, dodajemy i już znamy odpowiedź, że to cztery i mało tego – zrozumieliśmy dlaczego tak jest.
Podobne olśnienia bywają już później. Nie zawsze, nie wszędzie, ale spadają nam na nasze głowy znikąd, aż mamy ochotę zakrzyknąć za greckim Archimedesem „Eureka!”, mimo że nie odkryliśmy kolejnego prawa natury, rządzącego fizyką tego świata. I nieistotne są tego przyczyny, czas i rodzaj tych „objawień”. Ważne jest ich zrozumienie i argumenty, dzięki którym możemy wyjaśnić innym, w jaki sposób one zaistniały.

Moje odkrycie nie jest eureką, jest raczej zrozumieniem mechanizmów, według których działają współczesne media, aczkolwiek jeśli mam rację, to nie wróży nam to nic dobrego.

Jest wiele ideałów kobiecej sylwetki. Najważniejszy z nich to ten, który wzbudza w mężczyźnie pożądanie, wówczas jest najprawdziwszy. Natura zadbała o to, aby mężczyźni wybierali kobiety na matki swoich dzieci, kierując się doborem zdrowych genów. I tak przez wieki wzorem były kobiety z proporcjonalnie zbudowanym ciałem, pełnymi biodrami, zaokrągloną pupą i sporymi piersiami. Gwarantowało to dobrą płodność, bezproblemowość porodów, łatwość w wykarmieniu potomstwa i zdrowie małżonki przez długi czas życia.
Ideał ten, bodajże od niepamiętnych czasów: poprzez antyczną Grecję, Cesarstwo Rzymskie i kilka wieków chrześcijańskiej Europy – nie zmieniał się zbyt wiele. Podobny wzór kobiecości propagowały inne cywilizacje: aborygeńskie, afrykańskie, azjatyckie, egipskie, prekolumbijskie czy sumeryjskie. Zachowało się wiele rzeźb, rysunków, figurek z tego czasu. Wszystkie one ukazują sylwetki kobiet o pełnych kształtach.
Porównując to z dzisiejszymi czasami, ideał drastycznie odbiega od normy. Od kilkudziesięciu lat z plakatów reklamowych, okładek kolorowych pism czy z reklam telewizyjnych atakują nas chłopięce, szczupłe sylwetki anorektycznych kobiet, które (niestety) dla wielu pokoleń męskich stały się ideałem kobiecości. Nie tylko dla mężczyzn. Młode dziewczyny starają się naśladować wzór anorektycznych kobiet: odchudzają się na siłę, stosując jak najbardziej wyrafinowane metody pozbycia się wagi, a wszystko po to, aby upodobnić się do lansowanych przez media modelek. Mimo tego, że większość mężczyzn nadal uwielbia klasyczne kształty kobiecego ciała, kobiety zażarcie walczą, aby upodobnić się do ideału, jaki prezentują modelki z prawie całego świata. Dlaczego tak się dzieje? Wydaje mi się, że znalazłem na to odpowiedź.
Ideał seksapilu współczesnej kobiety został wykreowany przez designerów mody, stylistów, fryzjerów, fotografów i dziennikarzy, których preferencja seksualna najczęściej jest homoseksualna.

 

Nie wydaje się, by było w tym coś dziwnego – od lat wiemy, że homoseksualiści są bardzo wrażliwi i mają świetne oko oraz styl w tworzeniu nowych kreacji. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nadal projektowali ubrania dla kobiet i mężczyzn, ale czy to przypadkiem, czy też świadomie, rozpoczęli kreowanie nowego wizerunku ciała kobiety i mężczyzny.
Popularność kreatorów mody zaczęła się z początku XX wieku (do tego czasu moda głównie pochodziła z dworów królewskich i książęcych lub z salonów burżuazji), dzięki popularności czasopism dla kobiet.
Rozwój feministycznych ugrupowań, które mocno zaczęły się rozwijać w czasie I Wojny Światowej (prawie 68 milionów mężczyzn walczyło na jej frontach, połowa z nich zginęła albo odniosła rany – kobiety musiały przejąć za nich ogromną ilość obowiązków, z którymi dotąd nigdy nie miały nic wspólnego, pracowały w tym czasie we wszystkich męskich zawodach, często stając się jedynymi żywicielami rodzin), powiększył prawa kobiet – to one zarabiały teraz pieniądze i one mogły je bez problemu wydawać. Najczęściej na ubrania i kosmetyki.
Od tego czasu zaczęły powstawać tematyczne pisma, domy mody, w których narzucano trendy ubioru, kreując do tego automatycznie ideał współczesnej wyzwolonej kobiety. Wszystko odbywało się dość powoli.
W ten sposób do głosu doszli projektanci mody, szybko rośli w siłę – starając się zaspokoić potrzeby kobiet na nowe ubrania, kosmetyki, fryzury. Projektowanie kobiecej mody i jej propagowanie w czasopismach, stało się głównie domeną mężczyzn (nie ma w tym nic złego, kobiety ubierają się po to, aby podobać się mężczyznom), ale paradoksalnie – mężczyźni ci nie byli zainteresowani kobietami. Prawie większość twórców świata mody: projektanci, fryzjerzy, fotograficy i dziennikarze byli mężczyznami tylko z urodzenia. Ich preferencje seksualne były odrobinę inne. Kochali mężczyzn. Byli homoseksualistami. I nic w tym złego, ponieważ, jak już pisałem, homoseksualiści mają niezwykłą wrażliwość i są świetni w projektowaniu fryzur, ubrań czy innych kobiecych gadżetów. Z tym, że nigdy nic nie zmieni faktu, że każdy projekt jest odbiciem osobistych preferencji kreatora, łącznie z jego preferencjami seksualnymi (gdyby samochody zostały zaprojektowane przez kobiety, na pewno znalazłoby się w nich miejsce na kosmetyki, a tak mamy popielniczkę i zapalniczkę do papierosów – mimo, że większość już nie pali w samochodach).
I tak jest również w modzie. Tak, jak dla mnie w czasie dorastania, seksualnym wzorem stało się pełne ciało dojrzałej kobiety, tak dla większości homoseksualnych twórców ideałem erotycznym stał się młody, szczupły, ładny młodzieniec.

I tak zaczął się kreować ideał kobiety drugiej połowy XX wieku.
Wkrótce kolorowe magazyny wypełniły zdjęcia cherlawych kobiet, wyglądem przypominających zdeprawowanych młodzieńców. Znikły atrybuty kobiecości: pełne piersi zastąpiły prawie płaskie wypukłości, kojarzące się z transseksualistami, a długie włosy upięto, ścięto lub uformowano na wygląd męski, szerokie biodra ściśnięto, pozbawiając ich wrzecionowatych kształtów, a sterczące krągłe pośladki zastąpiono płaskościami, na których dobrze układały się proste sukienki, zakrywające kobiece kształty. Jednym słowem – przerobiono Wenus na nastoletniego chłopca o twarzy cherubinka.

Znani projektanci, jak Karl Lagerfeld (Chanel), Marc Jacobs (Louis Vuitton), Christian Dior (Dior), Calvin Klein, Domenico Dolce i Steffano Gabbana (D&G), Valentino, John Galliano, Gianni Versace (Versace), Yves Saint Laurent, Jean-Paul Gaultier, Cristóbal Balenciaga, Giorgio Armani, Alexander McQueen, Tom Ford i wielu innych jest i była homoseksualna. Ci ludzie rządzą od lat światem mody i powiązanym z nim światem biznesu. Prawie wszystkie kreacje współczesnej mody tworzą geje, co nie byłoby niczym złym (nawet kobiety chwalą homoseksualnych mężczyzn za zdolności), gdyby skoncentrowali się tylko na szyciu kreacji, a nie tworzyli dość ułomny wizerunek kobiecego, i często męskiego, ideału.
Co do mężczyzn (choć nie mam takich preferencji), wydaje mi się, że udało im się uchwycić męskość, w końcu ideał homoseksualnego partnera fizycznie nie rożni się od ideału, który wielbią kobiety. Z kobietami – jak uważam – to straszliwa porażka. Zamiast perfekcyjnych kobiecych kształtów, opiewanych od tysięcy lat przez poetów, muzyków, malarzy, rzeźbiarzy z całego świata – wizerunek jaki otrzymaliśmy, przypomina chudego homoseksualnego młodzieńca.

Najbardziej znani fotograficy, uwieczniający na swoich zdjęciach twarze i sylwetki modelek, są również homoseksualni: Herbert Ritts, Francesco Scavullo, Mario Testino, Steven Meisel – to także geje. Widać to szczególnie na ich fotografiach, na których malują ostre rysy twarzy z kontrastem uwypuklającym mocny makijaż rodem z ulicy Czerwonych Latarni.

Fotografia Stevena Meisela

Znane fotografki, jak Annie Leibovitz, Sophia Wallace, Cathy Cade, Tea Corinne, Chloe Atkins, Deborah Bright, Fiona Arnold, Jill Posener, Linda Kliewer, Jean Weisinger, Zone Paraiso Montoya są także homoseksualne. Na fotografiach kobiety przypominają mężczyzn, a kobiece atrybuty zakrywają tak, jak gdyby chciały zlikwidować tę jedyną różnicę, przez którą nie mogą upodobnić się do mężczyzn.

Fotografia Annie Leibovitz

Gdzieś w tym wszystkim, w czasie zbierania informacji o nich, zaświtała mi myśl: to nic, że kobiety i mężczyźni chodzą w ubraniach zaprojektowanych przez homoseksualistów, ale dlaczego miliony heteroseksualnych ludzi patrzy i naśladuje wzorzec homoseksualny? Kobiety są ubierane, upiększane makijażem i fotografowane przez ludzi, których preferencja seksualnego piękna rożni się od naszej.
Wszyscy oni są wielkimi indywidualnościami, mistrzami w swojej pracy, ocierającymi się o geniusz, niestety ich preferencja seksualna odbija się zbyt mocno w ich twórczości, sprawiając, że miliony ludzi heteroseksualnych, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, dąży do ideału kobiety jaki stworzyli – chudawego, bezpłciowego młodzieńca o kobiecej twarzy. Taki wzór kobiety istnieje już kilkadziesiąt lat i nie ma nic wspólnego z ideałem, jakiego pragną mężczyźni!

 

Media robią swoje i przez to kobiety starają się dopasować do tego wzoru, odchudzając, uchłopięczając się na siłę, odrzucając większość naturalnych cech kobiecości, jaka dana im jest przez naturę.

 

Oczywiście męski ideał kobiety zmieniał się przez wieki. Mimo to zawsze wzorem były kobiety z proporcjonalnie zbudowanym ciałem, pełnymi biodrami, zaokrągloną pupą i sporymi piersiami. Chude kobiety nigdy nie były popularne, ani pełne seksu, nazywano je chłopczycami, chudzielcami lub suchotnicami, gdyż najczęściej tak wówczas kojarzono brak tego i owego w ciele kobiecym – jako objaw gruźlicy lub innych chorób. Dopiero od kilkudziesięciu lat chude kobiety stały się ideałem kobiecości, głównie z jednego powodu. Ten typ modelek był promowany na wybiegach wielkich kreatorów mody, na okładkach znanych pism. W telewizji i w filmach.
Nie posuwam się do żadnych innych wniosków, ale geniusze mody, jej kreatorzy, z pewnością zdawali sobie z tego sprawę. Wiedzieli, że na ich modelki zaczęto wybierać kobiety wyglądające jak młodzi, smukli mężczyźni. Wiedzieli, że takie kobiety zaczną powoli wzbudzać choćby sztuczne podniecenie u młodych mężczyzn. Od tego czasu wychowało się kilka pokoleń męskich, którzy patrzyli na kolorowe okładki pism, marząc o chudych, bezpłciowych kobietach. Wybaczcie kobiety, ale najpiękniejsze jesteście w klasycznych kształtach, a nie na siłę odchudzając się, aby upodobnić się do młodych, namiętnych młodzieńców.
Gdzie zdążam tym artykułem. Nie wiem.
Wiem, że zrozumienie tego zajęło mi chwilę i dzięki niemu pogodziłem się sam ze sobą. Ponownie powróciłem do klasycznego ideału kobiecości, zarzucając ten wykreowany. I cieszę się z tego niezmiernie, bo sam przez lata próbowałem wykrzesać z siebie odrobinę ognia na widok chudawych kobiet.
Szkoda tylko, że od kilkudziesięciu lat miliony kobiet odchudzają się na siłę, cierpią katusze tylko po to, aby zatracić większość kobiecych cech, jakie były cenione przez wieki przez mężczyzn. Gdyby dać jako ideał dzisiejszą modelkę największym w historii malarzom, poetom czy pisarzom pewnie nigdy nie powstały by tak wspaniałe dzieła, opisujące piękno kobiecego ciała. Straszna jest też świadomość ile wycierpiało wiele pokoleń kobiet, aby dostosować się do oferowanego przez media wzoru. A ile kobiet zmarło, kiedy próbowały uzyskać wymarzone wymiary ciała modelek.
Na szczęście natura jak zawsze koryguje błędy ludzkie. Od kilku lat na nowo powraca się do klasycznego ideału kobiecego ciała. Z prostego powodu – heteroseksualni mężczyźni wybierają kobiety z pełnymi biodrami, piersiami i wydatną pupą. I nic tego nie zmieni. Takie kobiety były, są i będą dla nas ideałem kobiecości, mimo że na okładkach popularnych czasopism pokazywane są anorektyczne dziewczyny, wzorowane na pięknościach prosto z gejowskiego burdelu.

Od autora:
Nie jestem homofobem – mam kilku dobrych przyjaciół homoseksualistów, z którymi podzieliłem się artykułem przed jego publikacją. Wszystkim się podobał (pozdrawiam). Znam również sporo ludzi trzeciej płci, których szanuję, podziwiam i popieram za upór z jakim walczą o swoje prawa zaistnienia w naszym społeczeństwie. (Salam untuk semua Waria)

 

Powiązane wpisy:

Lekarka dusz z piekła

„Ile ludzi, tyle historii” – powtarzał zawsze mój historyk, bodajże jedyny z nauczycieli, którego szanowałem za to, że uczył nas o tym przedmiocie w inny sposób: mówił, że historia to nie tylko suche daty i wydarzenia, a ludzie i ich życie pełne upadków, wzlotów, sukcesów i osobistych tragedii.
Z Daszmilą spotykam się w małej kawiarni w kilkumilionowym mieście. Zgodziła się na spotkanie ze mną, wiedząc, że opowie mi swoją historię, a ja ją napiszę. Przez kilka lat słyszałem o niej tylko z opowiadań mojego przyjaciela, który znał ją dość długo i miał z nią kilkunastomiesięczny romans, który nieomal skończył się ich małżeństwem. Zawsze chciałem z nią porozmawiać, a może dokładniej – od momentu, kiedy usłyszałem z ust mojego przyjaciela słowa:
- Powiedziała mi, że lubi swoją pracę bardziej niż pieniądze.
Znam dużo kobiet, które pracują w taki sam sposób jak Daszmila. Niektóre mówią dobrze o tym, co robią, inne wstydzą się, a jeszcze inne nie chcą mówić na ten temat. Niemniej pierwszy raz usłyszałem, że ktoś lubi tę pracę bardziej niż pieniądze.
Kiedy pojawiłem się w kawiarni, Daszmila już w niej była. Zamówiła kawę latte z kawałeczkiem sernika z borówkami. Przywitałem się i usiadłem. Na początku rozmowa nie kleiła się zbytnio. Rozmawialiśmy o naszym wspólnym przyjacielu. Dopiero przy drugiej kawie zapytałem  dlaczego powiedziała kiedyś do niego to zdanie.
Spojrzała na mnie poważnie.
- Bo to prawda. Czasami chciałabym już skończyć z moją pracą, szukam kogoś z kim mogłabym spędzić resztę życia, ale wydaje mi się, że nie mogłabym żyć już inaczej. Ja lubię swoją pracę. Bardziej niż pieniądze, jakie dzięki niej zarabiam.
Uśmiechnąłem się.
- Ale dlaczego – zapytałem. – Większość znanych mi kobiet, które wykonują ten zawód, wstydzi się i zawsze tłumaczą, że muszą to robić z powodów ekonomicznych. Ale nigdy, przenigdy, żadna z nich nie powiedziała, że bardziej lubi tę pracę, niż pieniądze za nią otrzymywane. Nawet pomimo tego, że wielokrotnie wydawało mi się, iż jest to dla nich styl ich życia, że bez tego już nie mogą żyć. Co w niej lubisz? Przyjemność? Kontakt z mężczyznami?
- Lubię być potrzebna – odpowiedziała. –  Lubię pomagać ludziom. W mojej wiosce, z której pochodzę, była szeptucha, taka znachorka lecząca za darmo ludzi. Choć prawie cały kraj jest wyznania muzułmańskiego, jest sporo wsi, w których żyją chrześcijanie, oczywiście wyznania prawosławnego. W jednej z takich i ja się urodziłam. W naszej kulturze najważniejsza jest gościnność, często mówimy „Jeśli twój sąsiad będzie szczęśliwy, ty też będziesz”. Najważniejsze to pomagać drugiemu. Ta szeptuna leczyła chore ludzkie dusze. Ja też jestem pewnego rodzaju lekarzem dusz. Pomagam mężczyznom w ich problemach. I wierz mi, w czasie osiemnastu lat spotkałam ich wielu. Każdy z tych, którzy przychodzili do mnie, miał chorą duszę. A ja starałam się im zawsze pomóc.
Zaniemówiłem.
- Czyli robisz to, aby rozwiązać męskie problemy? Aby pomóc mężczyznom?
- Teraz, chyba głównie z tego powodu. Zarobiłam już wystarczająco pieniędzy, abym mogła żyć innym życiem. Ale nie chcę. Brakowałoby mi tego. To chyba sens mojego życia. Czuję się szczęśliwsza. Spełniona i potrzebna.
Spojrzałem w jej duże, ciemne oczy z delikatnym, azjatyckim przymrużeniem. Choć lekko śniadawa cera i długie ciemne włosy wyraźnie świadczyły o jej arabskich lub nawet perskich korzeniach, to małe przymrużenie oczu dawało znać antropologom, że pochodzi gdzieś ze stepu, gdzie przed wiekami jej przodkowie mieli kontakt z mongolskimi nomadami. Opowiedziała mi swoją historię.

Daszmila urodziła się w dalekim Turkmenistanie. Miała dużą rodzinę, z której spora cześć wyemigrowała do innych republik radzieckich, a później – kiedy kraj ogłosił niepodległość – za granicę: do Europy, USA, Kanady i Australii. Turkmenistan jest prawie w całości muzułmański, a te kilka procent ludności prawosławnej ma sporo problemów w zachowaniu swoich własnych tradycji wśród muzułmańskiej społeczności, mimo że i tak większość z nich ma wspólne korzenie stepowych i pustynnych koczowników. Dużo z nich emigruje, choćby do pobliskiego Kazachstanu, gdzie żyje się bardzo podobnie, ale jest w nim dużo więcej ludzi wyznania prawosławnego. Daszmila z domu wyjechała już bardzo wcześnie. W szkole uczyła się bardzo dobrze i nauczyciele załatwili jej stypendium studenckie, najpierw w szkole z internatem w Aszchabadzie, a później w Instytucie Politechniki w Charkowie. Cała rodzina była z niej dumna, a kiedy wyjeżdżała, żegnała ją cała wioska. To właśnie na charkowskim kampusie poznała swojego przyszłego męża – Jurija, który studiował w tym samym czasie na wydziale elektroniki. Daszmila po kilku latach została inżynierem stacji energetycznych. Już po studiach wyszła za Jurija. Ślub był dość skromny, wzięli go w Charkowie, zapraszając tylko rodziców i kilku znajomych. Rok po studiach urodziła córeczkę, której dali imię Ołena. Nadszedł czas upadku radzieckiego komunizmu. Jej kraj ogłosił niepodległość, w tym samym czasie Charków, w którym mieszkali, stał się częścią niepodległej Ukrainy. Jurij za pożyczone pieniądze kupił wizę na zachód i wyjechał na „zarobki”. Daszmila znalazła pracę w nowo powstałym rosyjskim koncernie gazowym Gazprom, który zajmował się również wydobyciem gazu na terenach Turkmenistanu. Przeniosła się razem z córką z powrotem do swojego kraju. Praca, mimo że wykonywała ją w kraju swoich urodzin, nie dawała jej zbyt dużej satysfakcji. Gdyby nie dolary wysyłane przez Jurija, nie dałaby radę utrzymać siebie, córki Ołeny i kobiety, która się nią zajmowała, wtedy gdy ona pracowała, wyjeżdżając w teren nawet na kilka tygodni.

Prawie cały Turkmenistan to ogromna pustynia Kara Kum. Zaledwie kilkanaście procent kraju ma zwyczajną glebę i tam ludzie mogą żyć oraz uprawiać rośliny.  W większości sadzi się tam, przeznaczoną na eksport, bawełnę. Złotem Turkmenistanu są duże zasoby naturalnego gazu i ropy naftowej. W takich miejscach wydobycia gazu ziemnego pracował ojciec Daszmili. W 1971 roku był w ekipie robotników kopiących w poszukiwaniu ropy naftowej w rejonie wsi Darweze. Podczas jednego z kolejnych odwiertów miał miejsce wypadek, ziemia osunęła się tworząc krater, który szybko wypełnił się gazem. Rosyjscy inżynierowie, aby naprawić swój błąd i zminimalizować straty w środowisku naturalnym oraz niebezpieczeństwo, że trujący gaz zacznie zagrażać okolicznym wsiom, wymyślili prosty sposób – podpalili szyb, tak aby gaz mógł się spalić, a wówczas mogliby kontynuować jego ponowną eksplorację. Żaden z nich nie przewidział, że zasoby gazu mogą być bardzo wielkie. Płonący szyb o średnicy siedemdziesięciu metrów, a głębokości dwudziestu, pali się nieustannie od 1971 roku, czyli już ponad czterdzieści dwa lata. Miejscowi nazwali go bramą piekieł. Jego wygląd, szczególnie nocą, jest niesamowity, a już porażająca jest świadomość, że pali się on nieustannie od kilkudziesięciu lat.
Daszmila zna dobrze ten krater, pracowała prawie dwa lata w jego pobliżu, instalując jedną ze stacji wydobycia gazu ziemnego. Nie opowiada zbyt wiele o swojej pracy. Mimo, że spędziła lata ucząc się swojego zawodu, zarabiała grosze i praca nie dawała jej satysfakcji. Kilka lat później, kiedy jej mąż Jurij dostał wizę emigracyjną dla siebie i dla całej rodziny, spakowała swój dobytek do dwóch walizek i wyleciała za granicę do męża. Na lotnisku czekał na nią Jurij w towarzystwie innej kobiety, Ukrainki. Wręczył jej wszystkie dokumenty, odrobinę pieniędzy i powiedział, że zrobił dla niej wszystko co mógł, ma sobie teraz radzić sama. On, razem ze swoją nową ukochaną, wraca na Ukrainę. Po czym wsiadł w powrotny samolot. Jej małżeństwo, jak wiele innych, nie przetrwało rozłąki emigracyjnej.
Dla Daszmili to był szok. Zupełnie nie wiedziała, co z sobą począć. Ktoś na lotnisku pomógł jej odnaleźć adres schroniska dla prześladowanych kobiet, taksówkarz zawiózł ją do niego i tak zaczął się jej nowy etap życia, w obcym kraju na emigracji. Dostała mieszkanie, dostała zapomogę od państwa, jednak w czasie pierwszych kilkunastu miesięcy zrozumiała, że kariery jako inżynier w tym kraju nie zrobi, a samotne matki bez żadnego doświadczenia i dobrego języka, mogą liczyć tylko na słabo płatne prace, które nie pokryją nawet kosztów wynajęcia niańki dla dziecka.
Imię Daszmila pochodzi z arabskiego języka Jamila (Dżamila), co oznaczą piękną. Rodzice nadali jej to imię kiedy była jeszcze noworodkiem, nie wiedzieli jak bardzo będzie ono do niej pasować, kiedy już stanie się kobietą. Daszmila była piękna. Ciemne długie włosy okalały ładną, śniadą, spaloną słońcem i pustynią twarz. Bardzo delikatne rysy i wąskie usta nadawały jej orientalny, tajemniczy wygląd. Piękna Daszmila podjęła decyzję, by zacząć pracę w studiu masażu, licząc, że dzięki wysokim zarobkom, da sobie jakoś radę w życiu.
Minęło kilka lat, choć Daszmila nadal mieszkała w rządowym budynku, który oferował tanie mieszkania dla samotnych matek z dzieckiem, do biednych już nie należała. Zapłaciła za licencję masażystki, otworzyła własne studio masażu i zatrudniła w nim dwie dziewczyny. Za oszczędzone pieniądze kupiła połówkę domu, później apartament, który wynajęła studentom. Z Turkmenistanu sprowadziła swoją siostrę z mężem i z rodziną, już później dalszych kuzynów. Wszystkim pomogła na początku, często znajdując im pracę i wpłacając im zaliczkę na kupno domu lub apartamentu.
Jej córka Ołena skończyła studia i wyszła za mąż za syna rosyjskiego emigranta. Powoli zaczynają myśleć o dziecku.
Daszmila, mimo że zbliża się do pięćdziesiątki, wygląda nadal świetnie. Śniada, orientalna uroda i zadbana sylwetka przyciągają spojrzenia dojrzałych mężczyzn, siedzących w kawiarni. Ma w sobie jakieś dystyngowane piękno i spokój, wobec którego ciężko przejść obojętnie. Doskonale rozumiem mojego przyjaciela, który był gotowy ożenić się z nią, mimo że odradzałem mu związek z kobietą pracującą w biznesie. Sam czuję się w jej towarzystwie odrobinę onieśmielony, może to różnica wieku, może wrażenie, które miewam chwilami, że rozmawiam ze swoją daleką ciotką. Mimo to drążę temat.
- Lubisz swoją pracę. Czy to z powodu seksu?
- Seks jest w porządku, ale przecież nie z każdym mam z tego przyjemność. Są tacy stali klienci, z którymi jest to naprawdę zadowalające. Ale nie tylko seks jest ważny. Ci mężczyźni nie przychodzą do mnie tylko po to, aby rozluźnić się seksualnie. Większość z nich pozostaje w związkach małżeńskich, które są dla nich dość toksyczne. Nie mają zadowolenia ze swojego życia, z pożycia małżeńskiego czy rodzinnego. Z różnych powodów nie chcą, aby rodzina się rozpadła, więc nadal są w związku, mimo że cierpią przez to. Ja staram się ich zrozumieć i dać im to, czego nie dają im ich życiowe partnerki i nie mówię w tym przypadku tylko o seksie.
- Ale przecież większość mężczyzn właśnie po to przychodzi do ciebie. Po płatny seks.
- Teoretycznie tak. Gdzieś w nich wzbiera jakaś złość, niechęć do swoich partnerek, u innych – tych samotnych – potrzeba kontaktu z kobietą, wreszcie najmniejsza z nich część potrzebuje wyżyć się seksualnie. Ale zdziwiony byłbyś ilu z tych mężczyzn siedzi tylko u mnie i rozmawia, a sam seks jest tylko małym dodatkiem, czasem nawet go nie ma.
- Czyli mężczyźni płacą ci za rozmowę? – pytam.
- Za towarzystwo – odpowiada. – Za czas, jaki im poświęcam, wysłuchując ich. Gdyby wszystkie żony, oprócz własnego gadulstwa, pozwoliły też mówić mężczyznom, mój zawód byłby na wymarciu. Gdybym opowiedziała ci wszystkie historie, jakie słyszałam od mężczyzn, nie starczyłoby wolnych kartek we wszystkich tomach „Wojny i pokoju” Tołstoja. Kiedy już mężczyzna się otworzy, to gada więcej niż kobieta. U mnie mają możliwość poczuć się jak mężczyźni, bo płacą za seks i dodatkowo, mają do tego sesję terapeutyczną, kiedy opowiadają mi o swoim życiu i partnerkach.

- Masz jakąś radę dla moich czytelniczek, co zrobić, aby ich mężowie nie przychodzili do kobiet pracujących w twoim zawodzie? – pytam.
- Pewnie. Po pierwsze docenić swoich mężczyzn. Poczucie niedocenienia to najczęstsza przyczyna, dla której do nas przychodzą. Chcą czuć się mężczyznami. I my im to dajemy. Słuchamy ich historii, chwalimy ich męskość. Mam klienta, który od dziesięciu lat jest impotentem, leczył się nawet u lekarzy. Ma impotencję na swoją żonę. Dopiero u mnie okazało się, że nadal jest zdrowym mężczyzną. Żona zamiast go wspierać, ignoruje, a nawet śmieje się wśród znajomych, podsuwając głupawe komentarze. Robi z niego życiowego niedołęgę. Dla mnie to jeden z klientów, z którym naprawdę mam zadowolenie ze stosunku – jest męski, czuły i bardzo namiętny. Jego żona nawet nie wie, co traci.
- Czyli udało ci się wyleczyć jego impotencję. Naprawdę jesteś lekarzem. Bez żadnych środków farmakologicznych, bez viagry? – pytam.
- Oczywiście, że bez. Viagra działa na ciało, ale nie naprawi duszy. Ja wyleczyłam jego duszę, bo ciało miał zdrowe.
- Jak myślisz, ilu mężczyznom, tak jak jemu, pomogłaś?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, nigdy nie liczyłam. Zaczęłam pracować dość późno w tym zawodzie. I sam początek raczej nie obfitował w pomoc, bo nie mogłam się w nim jeszcze odnaleźć, zaakceptować tego co robię, miałam w sobie niechęć do mężczyzn, po tym jak porzucił mnie mój mąż, bałam się konsekwencji, że ktoś się może dowiedzieć o tym, co robię i mogą zabrać mi moje dziecko. Tak czasem bywało w moim kraju. Kiedy już przez to przeszłam, pojawiła się miłość do tego zawodu. Satysfakcja z pieniędzy i zadowolenie z tego, że klient wychodził ode mnie spełniony i wkrótce wróci ponownie. Stali klienci są podstawą mojego biznesu. Myślę, że do tej pory pomogłam przynajmniej ponad kilku tysiącom mężczyzn, nie liczę oczywiście tych, którzy byli u mnie tylko raz lub tych, których choroba duszy była już zbyt zaawansowana, abym mogła im pomóc. To mężczyźni, którzy nadal mnie odwiedzają, choć wielu z nich już rzadko i nie wpadają już do mnie po seks, tylko na rozmowę. Nadal mają mnie w swoim sercu, ponieważ pomogłam im w ich problemach. Uleczyłam ich dusze.
- Słucham cię i przychodzi do mi do głowy tylko jedna myśl. Tak jak mówiłaś, mężczyźni przychodzą do ciebie, aby poczuć się nimi. Czy nie znalazłaś złotego środka dla męskiego rodu?
- Nie ma złotego środka. Każdy z nich jest inny. Są tacy, którzy w złości chcą się wyzbyć poniżenia, jakim zostali potraktowani przez partnerki, a są tacy, którzy mają ochotę po prostu wziąć mnie za dłonie i mówić jaka jestem wspaniała, i jak mnie uwielbiają. Inni lubią słuchać pochwał na swój temat. Mężczyźni, choć twardzi, są bardzo czuli na punkcie swojej męskości. Łatwo ich urazić.
- Co najlepiej działa na mężczyzn jako terapia?
- Mówiłam ci już, słuchanie ich. Trzeba ich sprowokować do mówienia. Najlepsze komplementy to te, które potwierdzają ich męskość, a szczególnie męski wigor.
- Nie myślałaś nigdy, aby zostać psychoterapeutką? Jesteś inteligentna, po wyższych studiach, znasz cztery języki.
Daszmila roześmiała się. Był to bardzo kobiecy śmiech.
- Nie. Jako terapeutka miałabym do czynienia z trudnymi przypadkami. Ja tylko umiem leczyć dusze. Po za tym lekarz stoi na piedestale, każde pytanie waży, a pacjent zastanawia się pewnie nad każdą odpowiedzią, aby nie został uznany za wariata. A u mnie każdy facet mówi o wszystkim otwarcie. Często nawet prowokując. Miałam kiedyś przemiłego klienta, który przychodził do mnie przebierać się w damskie ciuszki. Uwielbiał kobiece rajstopy. Nie mieliśmy nigdy seksu, a cały czas spędzał na przebieraniu się i paradowaniu w tym przede mną. No i rozmowie.
- Ale to chyba trochę nienormalne? – zapytałem.
- Dlaczego? Jeśli ktoś lubi na obiad rybę, a inny kurczaka, nie robimy z tym żadnego problemu. A jeśli ten mężczyzna lubi przebierać się w damskie rajstopy, dlaczego nie potraktować tego podobnie jak z wyborem jedzenia. Biedak musi się ukrywać przed społeczeństwem i robi to tylko w moim towarzystwie.
- Masz rację – potwierdziłem. – Chociaż można się w tym doszukiwać jakichś skrzywień, przecież to tak naprawdę nic groźnego. Ja zawsze lubiłem nosić kapelusze, ale dzisiaj nikt tego już nie robi i na ulicy wyglądam na dziwaka, jeśli założę jeden z nich. Na siłę dostosowuję się do tego, co robi reszta społeczeństwa – powiedziałem, mimo że między noszeniem kapelusza, a noszeniem damskich rajstop, była dość istotna różnica.
Spojrzała na mnie i ponownie się uśmiechnęła.
- No widzisz. Zrozumiałeś, o co mi chodzi.
- Mam ostatnie pytanie. Trochę przykre. Masz już swoje lata, jak długo myślisz pracować w tym zawodzie?
- To trudne pytanie. Tęsknię za związkiem, jak każda kobieta, ale ilekroć spotykam mężczyzn poza ścianami mojego przybytku, wydają mi się inni, sztuczni, mało kolorowi. Miałam dużo propozycji od moich klientów, którzy się we mnie zakochali. Z kilkoma z nich spróbowałam, ale zawsze na drodze stała moja praca – upiła odrobinę kawy z filiżanki. – Mężczyźni są zazdrośni, nawet o nas – dodała już cichutko. – Wiem, że nie będę już młodsza, ale nie narzekam na brak pracy. Kiedyś pewnie zmuszona będę przejść na emeryturę. Nadal mam sporo klientów i wciąż zyskuję nowych. Najgorsze jest to, że ja tę pracę lubię, tak jak już mówiłam wcześniej, lubię ją dużo bardziej niż pieniądze.

Powiązane wpisy:

I jak tu być prawdziwym mężczyzną?

Życie z kobietami jest wspaniałe. Są naszym natchnieniem i sensem naszego życia. Kobiety są tym, czego pragniemy od lat młodzieńczych i za czym uganiamy się przez całe życie. Ale często ten maraton okazuje się pięciobojem, wymieszanym z rajdem Paryż-Dakar, gdzie do mety dociągną tylko najmocniejsi. Dlaczego? Może to tylko proza życia każdego mężczyzny, a może skomplikowany dualizm kobiet, który zupełnie nam tego nie ułatwia.
Mężczyźni rodzą się ze świadomością, że to od nich będzie zależeć przyszłe życie rodziny. Tak nas wychowuje społeczeństwo i rodzina. Jako chłopcy dorastamy otoczeni nakazami mówiącymi, że musimy stać się prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwy mężczyzna? Co to w ogóle znaczy? Jakie cechy powinien mieć ten prawdziwy mężczyzna? I kiedy nim się naprawdę stajemy?
Według kobiet mężczyzna powinien być: majętnym erudytą, z wysoką pozycją społeczną, pełnym stonowanego humoru, nigdy nie być gburem; najlepiej mieć seksowny, dwudniowy zarost, ale w łóżku – już gładko ogolony, aby nie kłuł, kiedy namiętnie całuje; do tego wariat, potrafiący wspiąć się na wieżę Eiffela, a zarazem taki, który uspakaja wszelkie wybryki zbyt podkręconych znajomych – spokojnym, głębokim, freudowskim głosem tłumaczy im sens życia i powala za jednym ciosem pijanego osobnika, który zbyt nachalnie się do nas przystawia; ubrany jak z okładki „Timesa”, olśniewa swoim czarem i powierzchownością wszystkich dookoła, zawsze płaci za nas rachunki i przytrzymuje drzwi do sklepu lub samochodu, a kiedy trzeba, weźmie ukochaną w swoje silne ręce i przeniesie przez każdą życiową kałużę.
Zaraz, zaraz – czy to jest według kobiet ideał mężczyzny?
Proste, wszystko to mamy w sobie. Prawie każdy z nas jest taki, jeśli tylko odebraliśmy normalne wychowanie i jest w nas wystarczająco dużo testosteronu, który napędza nasze pasje i namiętności. Mamy to w sobie.

Ale czy na pewno takiego mężczyznę chcą mieć kobiety w swoim życiu? Bo najczęściej ideały nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, a prawdziwe życie nie przypomina telenoweli, w której ucharakteryzowani aktorzy odgrywają swoje wyuczone na pamięć kwestie.
Dobrze. Mamy być koniem pociągowym rodziny, strażnikiem domowego ogniska, ale zarazem musimy być amantem, który nigdy nie chodzi w śmierdzących skarpetkach, nie puszcza bąków, ani nie chrząka, a także dżentelmenem – schludnie ubranym, wypowiadającym się na każdy temat i potrafiącym poradzić sobie w każdej życiowej sytuacji.
Jak już pisałem, to nic trudnego. To cechy każdego mężczyzny.
Niestety, w prawdziwym życiu nasze męskie przymioty blakną i okazuję się, że mamy same wady. Jednym słowem nie jesteśmy „prawdziwymi mężczyznami” w oczach naszych wybranek.
Najczęściej upadek naszej „prawdziwej męskości” zaczyna się prozaicznie – od wysokości naszych zarobków: ot kolega z pracy ma lepszy samochód, droższe garnitury i zawsze ma czas oraz pieniądze na kawę w kawiarni, a my niestety czasu nie mamy, bo pracujemy na dwa etaty, samochód jest starawy, gdyż żona jeździ nowym i nadal trzeba go spłacać, a do kawiarni chodzimy na ciastko w niedzielę z dwójką dzieci, no bo kiedy indziej może się do niej udać ojciec rodziny. Oczywiście kolega z pracy ma na to wszystko czas i pieniądze, bo jest – kawalerem.


Czego tak naprawdę nasze kobiety pragną, abyśmy stali się w ich oczach „prawdziwymi mężczyznami”:

1. Oczekują, że rozwiążemy każdy problem, jednak z czasem, zamiast zostawić jego rozwiązanie swojemu „prawdziwemu mężczyźnie”, wgłębiają się w niego, rozbierając na części pierwsze, ważąc za i przeciw, a na końcu wściekają się, że nie liczymy się z ich zdaniem, i za bardzo wszystko komplikujemy.
2. Pożądany jest wygląd sportowca. „Prawdziwy mężczyzna” musi być zbudowany z mięśni i to bynajmniej nie tych piwnych. Ogorzały, szczupły wygląd z bogatą muskulaturą jest ideałem – ale najczęściej, kiedy już wychodzimy z kolegami na piłkę czy tenisa lub squasha albo jakikolwiek inny siłowy trening, który pomógł by nam zbudować ową wyidealizowaną muskulaturę, nasze partnerki źle się czują, są osamotnione, mają depresję i proszą, pytają nas, czy możemy z nimi zostać w domu, bo potrzebują naszego towarzystwa i opieki.
3. Powinniśmy być pasjonatami, mieć własne hobby albo ciekawe zainteresowania: zbieranie modeli samolotów, znaczków pocztowych, budowanie amatorskich instalacji do obserwacji kosmosu, malowanie obrazów, fotografowanie przyrody – cokolwiek, czym zawsze można się pochwalić na kolejnym przyjęciu lub spotkaniu, o czym bez końca można opowiadać przyjaciółkom i koleżankom, i chwalić się, że nasz mężczyzna jest tak zdolny – a kiedy już zmuszeni jesteśmy wyjść poza dom, aby kontynuować naszą pasję czy zakupić nowy model samolotu albo wykonać fotografie wyjątkowego drzewa, ponownie nasze partnerki czują się źle, mają depresję i proszą nas, abyśmy z nimi zostali w domu, bo potrzebują naszego towarzystwa i opieki.
4. Zawsze powinniśmy wyglądać super. Tak dobrze, żeby obce kobiety oglądały się za nami z zazdrością – na przyjęciach mamy czarować swoim wyglądem i usposobieniem rzesze innych pań, jednakże wystarczy, że zaledwie obejrzymy się za jakąś, spotykamy się z ostrymi scenami zazdrości, a jeśli przypadkowo zamienimy kilka zdań z nowo poznaną kobietą, będzie nam to wypominane przez kilka kolejnych miesięcy lub lat.
5. Musimy być inteligentni, oczytani, najlepiej w kilku językach. Mamy mieć swoje własne zdanie na każdy temat i powinniśmy bez problemu użyć sensownych argumentów, aby je obronić – niestety, kiedy tylko w czasie dialogu z inną kobietą, spróbujemy ukazać naszą inteligencję i wiedzę, ponownie spotykamy się z ostrymi scenami zazdrości i będzie nam to wypominane przez kilka kolejnych miesięcy lub lat.

 


6. Umiejętność gotowania jest istotną cechą „męskości”, a kiedy już dzięki nabytym zdolnościom wyniesionym z domu (główni pomocnicy Mam w kuchni to właśnie synowie) lub inwencji zaczerpniętych z „Podróży kulinarnych” Makłowicza, uda nam się zastawić stół na obiad, to potrawy są albo przesolone, albo za bardzo przypominają kuchnię teściowej (a ona to zawsze robi tak po swojemu!) i często nasza inwencja kulinarna kończy się na zamówieniu pizzy z pobliskiej pizzerii.

7. Sprzątanie jest podstawą „męskości” (czy widział ktoś kiedyś Jamesa Bonda latającego z odkurzaczem?). Umiejętność sprzątania i to nie tylko za sobą, jest bardzo „męska”, a kiedy już wkraczamy w tę domenę kobiet – z odkurzaczem, miotłą i mopem, i strzepujemy z siebie ostatnie okruchy kurzu, okazuje się, że dywan nie jest porządnie wytrzepany i ma jakieś plamy, w sypialni zapomnieliśmy zamieść pod łóżkiem, w kuchni powinniśmy wytrzeć ściereczkami szklanki do sucha, a nie zostawiać je w suszarce, aby same wyschły, a do wanny używa się Cif-a, a nie Clin-a, bo ten pierwszy nie zostawia plam.

8. Powinniśmy być złotą rączką, czyli posiadać umiejętność naprawy wszystkiego – oznacza to, że mamy znać się na: hydraulice, elektryce, murarce, elektronice, mechanice, informatyce, dekarstwie, ciesielstwie, ogrodnictwie, krawiectwie i całym mnóstwie innych zawodów, a jak już dzięki youtubowi lub rzeczywiście wrodzonym umiejętnościom, uda nam się coś naprawić, jak np. odpadające kafelki w łazience, porównywani jesteśmy do sąsiada z trzeciego piętra, który „porządniej” potrafił je przykleić sąsiadce z siódmego, nie tak jak my (i zresztą jest to prawdą, bo jest kafelkarzem z zawodu od dwudziestu lat, ale to już przecież mało istotny szczegół dla naszej pani).

9. Mamy ukrywać swoje emocje i nie plotkować – prawdziwy mężczyzna nigdy nikogo nie „obmawia”, a kiedy usłyszymy, że sąsiad z trzeciego piętra ponownie obściskiwał się z sąsiadką z siódmego, z tą rozwódką, co męża miała nieudacznika, co to pracy nie mógł nigdzie znaleźć i wcześniej chodził do 7B z Anetką, tą co ją samochód potrącił, jak wracała od chłopaka, a ten kierowca był pijany i nie pierwszy raz już kogoś uderzył samochodem, w dodatku nawet ubezpieczenia nie miał i miał stare opony, wyślizgane – nie powinniśmy o tym z nikim rozmawiać, natomiast musimy ze spokojem wysłuchać po raz dziesiąty tej historii z ust naszej ukochanej i potakiwać jej ze zrozumieniem, i spokojem typowym dla „prawdziwego mężczyzny”.

10. Musimy każdego dnia wyglądać jak połączenie Brada Pitta z Georgem Clooneyem, zawsze schludnie i elegancko ubrani, czyści i pachnący, pomimo, że nasze kosmetyki zawsze lądują do dolnej szafki w łazience, ponieważ zajmują zbyt wiele przestrzeni i kłócą się z kosmetykami naszych ukochanych, a większość naszych ubrań i butów zostaje wyniesiona do szaf w piwnicy, zaś czas, jaki oferują nam nasze ukochane, na poranne ablucje w łazience, z trudem wystarcza na załatwienie najbardziej podstawowych fizjologicznych potrzeb.

11. Nigdy nie narzekamy. Kobiety nie lubią słuchać naszych marudzeń. Jedyne opinie, jakie od nas przyjmują, są na temat pogody i ich dobrego wyglądu – ale oczywiście my musimy wysłuchać ich opowieści: jaki to miały ciężki dzień w pracy, że już z samego rana Ania posłodziła jej kawę solą, więc musiała zrobić sobie nową, ale cukier się skończył i pobiegła na róg do spożywczego po cukier, i kilogram cukru kosztuje tam prawie dwa razy tyle co w Biedronce, a sprzedawczyni to chyba jest kochanką właściciela, bo jest bardzo nie miła dla klientów i mimo skarg jeszcze jej nie wyrzucił, a ten cukier to jakiś chiński, bo w ogóle nie słodki, Ania musiała trzy łyżeczki do kawy wsypać, a normalnie słodzi półtorej, a ponoć Chińczycy już nawet cukier zaczęli podrabiać i teraz nie wiadomo, czy to zdrowe, czy nie zdrowe, bo przecież trudno powiedzieć z czego oni go podrabiają, i normalnie to ją głowa od tego rozbolała, i już sama nie wie, czy to dlatego, że taki ciężki dzień miała, czy może to przez ten podrabiany przez Chińczyków cukier.

12. Powinniśmy być wierni aż do śmierci. Nic tak nie niszczy wizerunku „prawdziwego mężczyzny”, jak zdrada ukochanej, choćby nawet myślą lub rozmową. Kobiety pragną wiernego mężczyzny, ale … kiedy tylko widzą takiego, który skacze z kwiatka na kwiatek i podbija serce innych kobiet, drżą im nogi i mówią do przyjaciółek: „To prawdziwy mężczyzna. Takie ciacho z bitą śmietaną i wisienką, polaną czekoladą”.

13. Musimy być namiętnymi i czułymi kochankami – najczęściej w tym wypadku, każdy z nas próbuje wypaść jak najlepiej, choć czasem po codziennych staraniach, aby dopasować się do wszystkich poprzednich kilkunastu wymienionych punktów, najzwyczajniej brakuje nam sił i ochoty na bycie czułym i namiętnym, i robimy szybko co mamy zrobić, aby wyspać się i przygotować do kolejnego dnia, w którym ponownie musimy udowodnić swoim ukochanym, że jesteśmy „prawdziwymi mężczyznami”.

Powiązane wpisy:

O czym fantazjują mężczyźni?

Mężczyźni to typowi wzrokowcy. Większość naszych fantazji tworzymy poprzez kontakt wzrokowy z ich celem. To najprostszy rodzaj fantazjowania, ale towarzyszy on nam przez całe dorosłe życie, gdziekolwiek się udamy, w każdym miejscu, gdzie możemy spotkać interesującą nas kobietę, wystarczy tylko jeden rzut oka i nasze marzenia rozpędzają się jak tornado: rozbieramy ją, wyobrażamy sobie seksualną sytuację, w której bierze ona udział. Wystarczy nam na to zaledwie kilka sekund i kobieta jest rozebrana, zbadana i … „sfantazjowana”.
I tak potrafimy „fantazjować” nawet kilkaset razy dziennie. Ile interesujących kobiet spotkamy w czasie dnia, tyle fantazji. Żadna z nich nie oprze się naszej wyobraźni.
Ale mamy więcej innych fantazji. Te kilka sekund to wynik działania samczego instynktu, który na widok ładnej kobiety automatycznie ładuje nasz popęd seksualny. Tak jesteśmy skonstruowani – jeśli widzimy odpowiednią dla nas kobietę, tworzymy seksualną fantazję i nasze męskie libido zwiększa się, umożliwiając realizacje tychże fantazji w rzeczywistości. To część naszej zwierzęcości.
Te inne fantazje tworzymy już później: kiedy spotykamy interesujące kobiety, kiedy zakochujemy się w nich lub kiedy kreujemy nasze seksualne marzenia z partnerkami, delektując się nimi jak dobrą kawą lub wonnym winem.
Najlepsze fantazje powstają gdy jesteśmy zakochani. Znamy już obiekt naszych westchnień i tworzymy miraże w naszej głowie, z romantyczno-seksualnym podtekstem, w których ona gra główną rolę – najczęściej Damy (w tym wypadku nie Kameliowej), niezdobytej dotąd dziewicy, Kopciuszka, którego obdarowujemy nasza książęcą osobą, księżniczki ratowanej z rąk smoka lub piratów i wielu innych postaci, jakie kreuje w naszej głowie zaćmiony zakochaniem umysł. Nie ma chyba lepszego momentu, podczas którego mężczyźni fantazjują. Na widok tej „jedynej”, kreujemy przez wiele godzin tysiące wariantów kolejnego spotkania, z każdym detalem, jak przypadkowe muśnięcie dłonią, otarcie się naszych ciał, uśmiech, delikatny pocałunek w policzek… o tak, wówczas potrafimy być bardzo kreatywni, zapominając się w naszych fantazjach do tego stopnia, że czasem już później rzeczywistość potrafi nas tak głęboko rozczarować, aż zakochanie blednie.


Niemniej to najważniejszy etap naszego fantazjowania, nawet jeśli nie uda nam się osiągnąć celu fantazji, nadal przechowujemy je gdzieś w pamięci, wracając do nich czasami w momentach, kiedy nachodzi nas melancholia. Jeśli nadal jesteśmy z obiektem tych fantazji, to pamięć o nich najczęściej pomaga nam przezwyciężyć trudne momenty w związkach, kiedy nasz Kopciuszek zmienia się w rozhisteryzowaną babę z wałkiem do ciasta w rękach. Korzystamy z nich, przypominając sobie, że to tylko chwilowy dualizm kobiecości, hormonalne wyboje, po których znów nasze partnerki przemienią się z postaci trolla, w piękne, kochające nas księżniczki. I fantazja nam w tym pomaga.
Kolejnym rodzajem męskich fantazji jest pragnienie sprawdzenia się jako mężczyzna. Choć podstawą ich kreowania jest nasza sprawność seksualna w łóżku, staramy się dodać do niej odrobinę przyprawy: czy to za pomocą romantycznych wycieczek, kolacji, podróży, zakupów, koncertu rockowego lub opery czy teatru, wszystko to ma jeden cel – oczarowanie naszej partnerki i udowodnienie jej, że nasza męskość nie tylko radzi sobie w godzinach nocnych, ale potrafi działać również poza łóżkiem. A nawet, jeśli słabiej sprawia się w pościeli, to potrafimy to nadrobić za pomocą uroku osobistego i odpowiedniego opakowania. Fantazjujemy na całego, aby być prawdziwym mężczyzną w oczach naszej ukochanej. No i te fantazje oczywiście wprowadzamy w życie.
Mamy też fantazję czysto erotyczne. Tutaj potrafimy być jeszcze bardziej kreatywni, niż twórcy Kamasutry. Fantazjujemy o łóżku dużo częściej niż kobiety, a później staramy się nasze marzenia wprowadzić w życie, stojąc na kapitańskim mostku „Santa Marii”, odkrywamy nieznane dotąd lądy, nanosimy na mapę zatoki i przylądki, nadając rytm, tempo i nazwy naszym kolejnym odkryciom. W większości związków, to mężczyźni kierują łóżkowymi eksperymentami i prawie zawsze najpierw o nich fantazjują, a dopiero później wprowadzają je w życie. Wiele kobiet ma podobne fantazje, jednak one czekają, aż zaproponuje je ich partner. Rola przewodnika w łóżku przypada nam, ale jeśli już sprawdzamy się w niej, to tylko dlatego, że dużo wcześniej mieliśmy fantazje tego typu. A już w łóżku zamieniamy je w rzeczywistość.
Niestety ma to też złe strony – w fantazjach jesteśmy odkrywcami. I już po wielu „odkryciach”, nudzimy się i nie zadowala nas wtedy pływanie po tych samych wodach, pragniemy czegoś więcej, potrzebujemy jak powietrza coraz nowszych doznań. Jako przewodnicy chcemy po raz kolejny zaskakiwać czymś nowym, poznać coś, czego jeszcze nie widzieliśmy i tu nasza moralność nie ma zbyt wiele zahamowania. Choć nadal najczęstszym powodem naszego fantazjowania jest próba zaimponowania męskością naszej partnerce, robimy to również dla dreszczyku, jaki daje nam odkrywanie nowych lądów, rzek i oceanów. Jeśli tylko znudzi nam się rola przewodnika w naszym związku albo braknie fantazji, które moglibyśmy w nim realizować, wówczas szukamy nowych wrażeń w innym miejscu, najczęściej ponownie realizując te same scenariusze, z inną odtwórczynią głównej roli.
O czym fantazjujemy. Jest tego sporo. Na szczycie naszej listy są fantazje o przygodnym, nie zobowiązującym seksie z nieznajomą. To ciekawe, że kobiety fantazjują o czymś bardzo podobnym, w rzeczywistości jednak obie płcie niezbyt często realizują w rzeczywistości tego rodzaju scenariusze. Większość z nas, postawiona już w realnej sytuacji, twarzą w twarz z przygodną osobą, z którą moglibyśmy spełnić naszą fantazję, ucieka – analizując i rozbierając każdy wariant sytuacji, zamiast poddać się jej i spełnić wizję, o której marzyliśmy.

  

Kolejną męską fantazją na szczycie listy – jest seks z kilkoma kobietami, najczęściej z dwiema, tak aby panie mogły zabawiać się ze sobą, a my cieszyć swój wzrok widokiem małego stadka, oczekującego na nasze działanie. Fantazja to jedna sprawa, realizm sytuacji, w której musimy sprostać w łóżku dwóm lub większej liczbie kobiet, stawia nas w trudnej sytuacji. Panie mają łatwiej, nie muszą się martwić o męski problem sprostania fantazji z fizycznej strony. Kto doświadczył tego w realnym świecie, wie, że zadowolenie dwóch lub trzech kobiet w czasie jednego wieczoru, jest dużo trudniejszym zadaniem niż tylko fantazjowanie o tym. I tym razem często marzenia nie zostają nigdy zrealizowane, bo obawiamy się konfrontacji naszego libido – z realnym wyzwaniem sprostania kilku partnerkom.
Jako wzrokowcy, fantazjujemy o najróżniejszych rodzajach kobiecych przebrań, wprawne partnerki szybko mogą nas zadowolić, pojawiając się od czasu do czasu w sypialni w przebraniu: pielęgniarki, sprzątaczki, kucharki, policjantki, kobiety biznesu, nie znającej się na rzeczy dziewicy, nauczycielki, sąsiadki z piątego piętra i dziesiątki innych, kojarzonych z charakterystycznym kobiecymi zawodami lub z sytuacjami z normalnego życia. Tutaj fantazji jest bez liku i każdą z nich mamy nadzieję kiedyś spełnić.

Fantazjujemy również o nieznajomych z pracy, ulicy, ze sklepu, z sąsiedztwa. O żonach i dziewczynach kolegów, koleżankach naszych partnerek, a nawet dobrze trzymających się teściowych. Każdy mężczyzna ma takie fantazje. Marzymy o seksie z żonami naszych kolegów, marzymy o seksie z przyjaciółkami naszych partnerek. Tych fantazji najczęściej nigdy nie staramy się zrealizować. Niemniej, każdy z nas wielokrotnie rozbierał żonę kolegi wzrokiem i „fantazjował” z nią. Wszystko to raczej można podpisać pod fantazje o nie zobowiązującym seksie z sąsiedztwa.
Często jako bardzo młodzi fantazjujemy o starszych kobietach, nauczycielkach, trenerkach, przyjaciółkach naszych mam i starszych sióstr, dalekich ciotkach, o matkach naszych przyjaciół. Marzymy, że wprowadzają nas one w seksualny świat, w wyuzdany, doświadczony, kobiecy sposób. Większość mężczyzn ma fantazje o przygodnym romansie ze starszymi od siebie kobietami, przez długi czas dorosłego życia.
W większości erotycznych fantazji pojawia się odrobina ekshibicjonizmu, czyli uprawianie seksu w miejscach publicznych, gdzie świadomość, że ktoś może nas nakryć, dodaje sporo adrenaliny i podniecenia. Seks w miejscu publicznym zawsze jest na szczycie naszych seksualnych fantazji. Seks w parku, w windzie, na plaży, w autobusie, samolocie lub pociągu. Seks na koncercie rockowym, w operze, w kinie, w klubowej łazience, na imprezie urodzinowej, andrzejkowej – gdziekolwiek, gdzie ocieramy się o szansę, że ktoś nas może zobaczyć.
Mamy wiele fantazji związanych z biznesem seksualnym, marzymy w nich, aby nasza partnerka odegrała rolę sprzedajnej kobiety, a my, płacąc za seks, wykorzystalibyśmy ją, traktując jak zwykłą ulicznicę. Innym razem fantazjujemy, by zrobili to z nią obcy mężczyźni, podczas gdy my jesteśmy tylko obserwatorami, grającymi rolę alfonsa.
Fantazjujemy o roli seksualnego niewolnika, w którym nasza właścicielka wykorzystuje przywilej władzy i zmusza nas do wszystkiego, co tylko wpadnie jej do głowy, a my potulnie musimy spełniać jej seksualne zachcianki.

Marzymy (podobnie jak kobiety) o seksie z kimś znanym, z filmową aktorką, gwiazdą muzyczną, kobietą sukcesu, znanymi modelkami z kolorowych okładek magazynów. Choć pewnie dla większości z nas spełnienie takiej fantazji, skończyłoby się pewnie ucieczką z miejsca akcji lub wstydem, że nie podołaliśmy jako mężczyźni. Mimo tego lubimy takie fantazje.
Często fantazjujemy o naszych partnerkach, a później staramy się wprowadzić nasze marzenia w rzeczywistość, ale gdy coś idzie nie tak – gdy nasze partnerki nie odegrały wyfantazjowanej przez nas roli, nie odnalazły się w niej, zrobiły coś, co ją zniszczyło – drażni nas to i tracimy zainteresowanie, a nasza ochota na seks może spaść nawet do takiego momentu, że odwrócimy się do nich plecami, zasypiając, mimo że nasza łóżkowa akcja już trwała. Drogie Panie, czy pamiętacie takie momenty w swoim życiu? Tak? To znaczy, że nie spełniłyście wówczas naszych fantazji, bez waszej winy, bo ciężko przecież odgrywać rolę w nieznanym scenariuszu, którego jedyną kopię ma wasz partner w swojej głowie.
Jednak kiedy już uda nam się spełnić taką fantazję, jesteśmy namiętni, kochający i pełni męskiej jurności. Nic tak nie dodaje wigoru naszym męskim siłom, jak możliwość spełnienia naszych seksualnych marzeń. Potrafimy wówczas nosić nasze partnerki na rękach, próbując im się za to odwdzięczyć.
Choć mówi się, że kobiety dużo częściej fantazjują niż mężczyźni, to my najczęściej wprowadzamy fantazje w życie. Jesteśmy bardziej odważni w ich realizacji i zdeterminowani, aby się spełniły. Szkoda, bo ilekroć pytam kobiety o ich fantazje seksualne, wstydzą się o nich powiedzieć, a przecież po to jesteśmy, aby dać im możliwość ich spełnienia.
Nie każde nasze fantazje seksualne pokrywają się z marzeniami naszych partnerek. Musimy zawsze pamiętać, że na pytanie, czy chce uprawiać seks ze swoją koleżanką lub w trójkącie, jej odpowiedź może brzmieć:
Tak, ale bez ciebie.
Kobiety często się wstydzą swojej seksualności i, aby urzeczywistnić z nimi wiele różnych fantazji, potrzeba czasu na przemyślenie i zaufanie, jakie im oferujemy. W tym różnimy się od nich. Dla nas, mężczyzn, jeśli mamy fantazję, chcemy ją urzeczywistnić w jak najszybszym czasie. Dla kobiet większość marzeń pozostanie na całe życie tylko fantazją, inne potrzebują sporo czasu, aby się do nich przekonać.
Jeden z moich rozmówców, gdy spytałem go, o czym są jego fantazje, odpowiedział:
- Żeby mieć mnóstwo pieniędzy.
- Ale nie chodzi mi o twoje marzenia, tylko o fantazje seksualne – próbowałem mu delikatnie wyjaśnić tę zawiłość lingwistyczną, ponieważ rozmawialiśmy w języku angielskim.
- Kiedy będę miał wystarczająco dużo pieniędzy, wówczas wszystkie moje fantazje seksualne staną się rzeczywistością. Fantazjuję tylko o dużych pieniądzach – odpowiedział.
Myślę, że nie ma racji. Nie trzeba wielu pieniędzy, aby spełnić swoje fantazje seksualne, nawet te najbardziej nieprawdopodobne. Wszystko zależy od osoby z jaką mamy nadzieję je urzeczywistnić i od naszych możliwości seksualnych, bo często nasze męskie libido nie nadąża w rzeczywistości za naszymi fantazjami.
Oczywiście fantazjujemy nie tylko erotycznie (marzenie o czerwonym Ferrari nie zalicza się do fantazji), ale nawet jeśli chcemy być gwiazdą muzyczną, znanym sportowcem, modelem, aktorem, milionerem, głównym celem jest osiągniecie wysokiej pozycji społecznej, dzięki której będziemy mieć ułatwione kontakty z kobietami i tym samym, będziemy mogli spełnić nasze seksualne fantazje. Tym samym, większość naszych fantazji, jest seksualnymi marzeniami, w których sprawdzamy nasze libido.
Warto więc fantazjować, bo ci, ktorzy to robią, mają marzenia i dążą do tego, aby je kiedyś wszystkie urzeczywistnić, a dopóki fantazjujemy, nasze życie seksualne zawsze będzie pełne satysfakcji.

Powiązane wpisy:

Powrót do Miasteczka Twin Peaks

Nie ma takiego miasteczka, na żadnej mapie świata. A jeśli nie istnieje takie miejsce, nie można do niego wrócić. Ale to nie o powrót do miasteczka Twin Peaks przecież chodzi, a o powrót do specyficznego klimatu serialu, kręconego w latach 90-tych przez Davida Lyncha, którego akcja odbywała się w tytułowym miasteczku z bliźniaczymi wzgórzami, tak bardzo przypominającymi inne wzgórki, będące atrybutem wszystkich kobiet. Zdjęcia do serialu, który podbił prawie cały świat i rozpoczął renesans tego typu produkcji, kręcono w dwóch różnych miejscach – w Fall City i Snoqualmie, a ich prawdziwa lokalizacja jest zupełnie inna, niż ta, którą podaje nam bohater serialu – agent specjalny FBI, Dale Cooper. Wytyczne, które agent Cooper podaje mistycznej Diane, nagrywając się na rejestrator, to: 8 kilometrów na południe od granicy Kanady i 15 kilometrów na zachód od granicy stanu, w tym wypadku ma na myśli stan Washington, czyli zachodnio-północną część Stanów Zjednoczonych, sąsiadującą głównie z kanadyjskimi prowincjami British Columbia i Albertą.

Stan Washington z kolei na zachodzie graniczy z Pacyfikiem, gdzie w przepięknej zatoce Puget ulokowane jest słynne miasto Seattle, miejsce w którym zaczynali grać tacy muzycy, jak Quincy Jones, Ray Charles, Jimi Hendrix i gdzie wykluła się muzyka „grunge”. To tu powstały zespoły Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Seattle, znajdują się miejsca, które znamy z serialu. Widok tytułowego wzgórza Twin Peaks (a naprawdę Mount Si) oraz wodospadu Twin Falls, wzbudza zachwyt i zdumienie, że istnieją one naprawdę. Z resztą jest już gorzej, bo miejsca zdjęć do tej produkcji różniły się od siebie lokalizacjami, a zmontowane wspólnie, na ekranie tworzyły specyficzny klimat małego, górskiego, amerykańskiego miasteczka o populacji pięciu tysięcy, którą zresztą zwiększono w czasie kręcenia serialu do ponad pięćdziesięciu tysięcy, co wydaje się totalnym błędem twórców, bo miasteczka powyżej trzydziestu tysięcy są już sporymi aglomeracjami miejskimi, czego zupełnie nie odczuwa się w nakręconym serialu.

Prawdziwe Twin Peaks, bliźniacze wzgórki, nie istniejące miasteczko, powinno znajdować się w miejscu, gdzie nie ma nic prócz lasu, obrastającego zbocza gór i rzek z nich spływających, w pobliżu drogi międzystanowej numer 2, która przebija się przez amerykańską część Gór Skalistych ze wschodu na zachód. Gdyby nie fakt, że serial był produkcji amerykańskiej, zdecydowanie umieściłbym miasteczko Twin Peaks po stronie kanadyjskiej. Ta część Gór Skalistych wydaje się dużo bardziej dzika niż amerykańska i kiedy jadę w nocy drogą nazywaną Icefield, od granicy stanu Idaho, kierując się na północ, w stronę oddalonego kilkaset kilometrów parku Jasper, znajdującego się w kanadyjskiej prowincji Alberta, nie spotykam ani jednego mijającego mnie samochodu. Gdybym stanął na poboczu z braku paliwa lub z powodu awarii samochodu, odnaleziono by mnie dopiero następnego dnia, być może martwego z powodu wychłodzenia organizmu. Bo w nocy potrafi tu być naprawdę zimno. Szczególnie późną jesienią. Ponad siedem godzin jazdy, bez jednego mijanego samochodu, bez ani jednych zapalonych świateł, prócz tych zainstalowanych w wynajętym przez ze mnie samochodzie.

Oczywiście jazda w nocy to strata dla oczu. Zmarnowana szansa obejrzenia jednych z najpiękniejszych widoków górskich na świecie. Droga Icefield wije się wzdłuż pasm górskich, gdzieniegdzie widać przyprószone śniegiem szczyty, oblane lodowcem przełęcze między górami, doliny urywające się z niej kilkudziesięciometrowymi przepaściami. W tym miejscu, oprócz turystów najczęściej odwiedzających te miejsca w letniej porze, nie wielu można spotkać ludzi, są jedynie zwierzęta.

Słynne daglezje, wspominane przez agenta Coopera, obrastają okoliczne wzgórza. Niektóre są naprawdę wysokie. Osiągają do 100 metrów wysokości. I rosną kilkaset lat. To one były świadkami pierwszych osadników, przedzierających się przez te góry w stronę zachodu. To one widziały pojedynczych Indian amerykańskich, zapuszczających się tutaj czasem za zwierzyną, w porze letniej. To one szumią na wietrze, skrywając swoją wielkością tajemnicę dzikości tego miejsca i srogości życia, próbującego przetrwać w tych górskich lasach. Bo bez dróg, bez trakcji kolejowej, w tym miejscu ciężko byłoby przeżyć nawet grupie ludzi. Chociaż zwierzyny, na którą można polować w zimie, jest sporo, to duże opady śniegu i również niebezpieczeństwo spotkania z innymi górskimi łowcami: wilkami, kuguarami czy kojotami, powodują, że próba przetrwania mogłaby się skończyć źle dla ludzi. Dzikie zwierzęta, kiedy są głodne, nie wahają się atakować, a to czyniło dawniej (i nawet teraz) przetrwanie zimy prawie niemożliwym, nawet dla sporej grupki ludzi. Stąd większość myśliwskich domów, prywatnych willi letniskowych, szopek, a nawet niektórych hoteli, jest zamknięta na czas zimy. Podobnie większość dróg zostaje zamknięta aż do czasu wiosennej odwilży.

Oprócz mitycznego zła, czającego się w tych starych lasach, zła z którym walczył agent Cooper i „chłopcy z czytelni”, największym realnym niebezpieczeństwem są niedźwiedzie brunatne, nazywane przez Amerykanów „Grizzly”. Kto widział, ten wie. Kto spotkał je na szlaku, cieszy się, że przeżył. Są dużo bardziej agresywne niż ich mniejsi kuzyni – dość płochliwe niedźwiedzie czarne, będące wzrostu przerośniętego, wielkiego psa. Grizzly, nazwane przez nas niedźwiedziem brunatnym (a powinien nazywać się szpakowaty, gdyż taki właśnie kolor przybiera jego futro, tylko kto by się wówczas bał niedźwiedzia szpakowatego, brunatny brzmi groźniej), wielkością dochodzą do rozmiaru sporej krowy. Bez broni palnej spotkanie z nimi może zakończyć się dość tragicznie, na całe szczęście większość z nich przesypia spory czas w zimowej hibernacji. Latem stanowią jednak spore zagrożenie dla pieszych turystów, przemierzających górskie szlaki.

Lasy są tu piękne, ale pełne dzikości. Pełne wielkich kilkusetletnich daglezji, rozmaitych rodzajów świerków, strzelistych jodeł, rozłożystych kolorowych sosen i modrzewi, gęstych zielonych tui, obrastających pochyłe zbocza gór. A to coś, o czym mówił szeryf Truman, czuć tutaj wyraźnie: jakieś zło, czające się w tych drzewach, w gęstych lasach. Nie. Może, nie zło. Inność. Coś, co ma problemy z dopasowaniem się do naszej rzeczywistości. Dzikość i srogość, jaka wypływa z niezbadanej natury. Wolność surowego aktu stworzenia – ledwie przydeptana przez buty marki Adidas, noszone przez człowieka. Bo tutaj nikogo wcześniej nie było. Ludzie, czyli amerykańscy Indianie, omijali te miejsca. Zwierzyny, na jaką mogli polować, było tutaj sporo, ale trudna zima, niedostępność i inność, jaka płynęła z tego miejsca, odpychała nawet ich, mimo że byli nieustraszeni. Te miejsca żyły od wieków swoim życiem. Tajemniczym dla nas – ludzi.

Góry Skaliste nie przypominają Tatr ani Alp, są inne. Pełne pierwotnego piękna. Są tak dzikie, że często napotkane zwierzęta nie obawiają się człowieka, bo go nie znają. Nie wiedzą jeszcze, co znaczy człowiek i do czego jest zdolny. Po prostu nas ignorują albo traktują jako część folkloru. Gdyby znały, już dawno ukryłyby się w lesie.

W Górach Skalistych, oprócz surowego piękna, nie ma nic z człowieczeństwa. Są bardziej dzikie niż zwierzęta, które tam żyją, a oglądając to życie, toczące się tym samym trybem przez setki lat, mimo że człowiek wytoczył przez nie kilka tras, nagiął naturę, budując drogę, wydrążył górę, wiercąc w niej tunel, skonstruował nad przepaścią most, mimo tego nadal ta dzikość pierwotnej, niezdobytej natury uderza w nas ilekroć kontemplujemy widok tych gór. Zachwyca i straszy, bo to surowe piękno podziwiamy, ale zarazem zadajemy sobie pytanie, jak miałcy jesteśmy w swym zadufaniu, że udało nam się okiełznać cały świat, przydeptać go naszym butem. Dopiero patrząc na dzikość tych wzgórz i gór, zdajemy sobie sprawę, że istnieje coś innego oprócz naszych oaz ludzkich, miast budowanych na nizinach czy w deltach rzek, że jest miliony miejsc na ziemi, tak dzikich, że sam ich widok mrozi naszą krew, bo nie ma w nim miejsca dla ludzi, którzy od dawna zatracili możliwość zdobywania pożywienia w inny sposób, niż kupowanie je w supermarkecie.

To dlatego twórcy Twin Peaks wybrali właśnie tę lokalizację na zdjęcia do serialu. Udało im się złapać w obiektyw kamery, klimat grozy, jakiej obawia się cywilizowany człowiek, w miejscach, gdzie życie od wieków toczy się bez jego udziału. Staram się podążać według wytycznych agenta Coopera. Zatrzymuję się w małym miasteczku po stronie kanadyjskiej, w Brytyjskiej Kolumbii. Gdzieś tu w okolicy szukam miejsca, o którym mówił serial. „Jednooki Jack” – nielegalne kasyno, nocny klub i burdel. Znajduję je po chwili, stoi na uboczu. Nie przypomina tego z filmu, ale przecież nie o to chodzi, wszystko to było tylko filmową fikcją, zmontowaną ze zdjęć z różnych miejsc, a ja staram się odnaleźć takie prawdziwe, które można byłoby dopasować do niego.

Klub na zewnątrz jest zupełnie inny niż serialowy „Jednooki Jack”, ale kiedy tylko wchodzę do środka, podobieństwo rzuca mi się od razu. W sennym półmroku, z rzadka tylko rozświetlonym przyciemnionymi światłami, pląsają nagie nimfy. Jest ich sporo. Niektóre spacerują między stolikami, inne siedzą na kolanach swoich klientów, zabawiając ich luźną rozmową, kilka tańczy na scenie. Młode dziewczyny, najczęściej pochodzące z innych części Kanady, tutaj mogą cieszyć się z wielotysieczno-kilometrowej anonimowości. Jest małe prawdopodobieństwo, że pojawi się ktoś, kto może je rozpoznać. Zresztą spora cześć klientów w klubie jest ze Stanów Zjednoczonych. W kanadyjskich klubach nocnych dziewczyny rozbierają się do naga. W USA pozostają w majteczkach, pozbywając się tylko stanika. Wielu Amerykanów specjalnie przekracza kanadyjską granicę, aby zabawić się w jednym z nocnych klubów jak ten, specjalnie zresztą z tego powodu ulokowanych blisko granicy.

Ten klub nie jest tym samym miejscem, w którym rozgrywają się końcowe sceny „Miasteczka Twin Peaks”, ale ma podobny klimat, a może pamięć mnie zawodzi, może to jest właśnie to miejsce, ten klub, obity czerwonymi zasłonami, na tle których tańczyła Laura Palmer. Zasłonami w odcieniu biskupiej purpury lub też może bardziej dokładnie – koloru świeżej, lekko ściętej krwi. Nie wszyscy już pewnie pamiętają jej tajemnice i nie każdy pamięta Laurę Palmer, trupio bladą piękność, odnalezioną martwą na samym początku serialu. A już szczególnie tajemniczą atmosferę, która otaczała ją i jej zagadkową śmierć. Ja pamiętam dobrze. Każdy z nas kochał się w Laurze, choć przecież była już wówczas martwa. Mimo to każdy z nas w podstawówce miał mokre sny z Laurą w roli głównej.

Miasteczek takich jak Twin Peaks jest tu całe setki. Większość ludzi żyjących w nich, to kolejne pokolenie Europejczyków, głównie wyspiarskiego pochodzenia, ale tutaj, w tych miasteczkach pełnych bezruchu i senności, jest również całe mnóstwo Metysów, czyli potomków rdzennej ludności z dodatkiem europejskiej, białej krwi. Całe mnóstwo tych domniemanych autochtonów, stanowi dominującą ilość mieszkańców tych miasteczek. Część z nich doskonale zasymilowała się z cywilizacją zachodnią, a jakaś część krąży po jej obrzeżach, udając, że nadal to oni są pełnoprawnymi mieszkańcami tych ziem, mimo że czasem mają w sobie zaledwie kilkanaście procent prawdziwych genów native american, czyli Indian, jak nazywamy błędnie rdzennych mieszkańców obu Ameryk.

Takich miasteczek, po kanadyjskiej i amerykańskiej stronie granicy, jest całe mnóstwo, z nich składa się Ameryka Północna. Duże miasta tylko nadają tempo życia, ale to na bazie takich miejscowości powstała potęga zachodniej cywilizacji w XX wieku, wzorująca się na amerykańskim społeczeństwie emigrantów, zaczynających nowe życie na farmach, w wioskach, które po jakim czasie przekształciły się w małe miasteczka jak Twin Peaks. To chłopcy z takich miasteczek i z farm walczyli w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej, pomagając wprowadzić pokój w Europie, to z takich miejsc szli mężczyźni na inne wojny, starając się spełnić swój obowiązek wobec ojczyzny i ziemi, która ich zrodziła. To ich potomkowie zasiadają w wygodnych fotelach klubów nocnych, a na ich kolanach tańczą młode dziewczyny, ukazując im tajemnice piękna swoich nagich ciał.

W klubie, w którym jestem, jest wiele dziewcząt, ale szukam tej jedynej, blondynki z pełnymi policzkami, pełnym ciałem – uśmiechniętej Laury Palmer. Przecież właśnie po to tutaj przyjechałem. Chcę wrócić do miasteczka Twin Peaks, a bez Laury Palmer nigdy nie będzie to pełny powrót.

Na scenie widzę Donę, ciemnowłosą przyjaciółkę Laury, tańczy okręcając się na rurze. Kiedy już zdejmuje ostatnią część swojej garderoby – cieniutkie jak nitki stringi, rozchyla powoli nogi ukazując nam tajemnicę swojego ciała. Sącząca się z głośników delikatna muzyka, nie przypomina twórczości Angelo Badalamenti, ale sam klimat nocnego klubu, przesycony ostrą wonią prezentowanej przez striptizerki seksualności, zdaje się huczeć w głowie każdego mężczyzny, wyzwalając w nim nowe dawki testosteronu. Tak, nie ma lepszego afrodyzjaku, jak erotyczny występ półnagiej dziewczyny, i mają rację Amerykanie, zabraniając ściągania majteczek. Wolę te miejsca zakryte przez skrawek materiału, wolę wyobrażać sobie, co jest pod nimi, z kształtu wyciśniętego na materiale, z zapachu, z ruchu jaki oferuje nam tancerka, niż patrzeć na nie z odległości pół metra, jak robią to niektórzy śliniący się klienci tego lokalu.

Krew ścina się w żyłach mężczyzn. Moja dopiero się gotuje. Szukam wzrokiem Laury, ale wiem, że nie będzie takie proste ją odnaleźć, przecież została zamordowana ponad dwadzieścia lat temu. A aktorka która ją grała, jest już starszą kobietą. Ja sam nie jestem już wzdychającym do plakatu chłopczykiem, wyrosłem, zmężniałem i – czy naprawdę mam prawo uganiać się za marzeniami z dzieciństwa? Za ideałami, które stawiał sobie ledwo opierzony wyrostek, pąsowiejący na widok jakiejkolwiek uśmiechającej się do niego kobiety.

Na górze klubu jest mała klatka dla palących, bo przecież to już nie ten czas, kiedy można było palić w środku klubu, już nie ma zadymionej czerwieni ukazanej w „Miasteczku Twin Peaks”, gdzieś tam powstała poprawność polityczna, według której musimy dostosować się do praw niepalących i tych, przy których palimy. Znikła ta mgła przepalonych płuc, pełna smolistych substancji, wydychanych w czasie procesu palenia. Razem z nią znikła też i magia, w czasie której mogliśmy podziwiać zadymione puby i kluby wypełnione muzyką jazzową i rockową. Cała ta poprawność sprawiła, że możemy poczuć tylko ułamek prawdziwego klimatu tych klubów. Czystości i przejrzystości powietrza nie rozmazuje już dym i zapach tytoniu. Klimat tych czasów umarł z Laurą Palmer, a może troszkę później, kiedy już ostatecznie zakazano publicznego palenia w klubach.

Ta klatka do palenia, stworzona na balkonie klubu, jest czymś wyjątkowym w tych czasach, chociaż ku prawdzie jesteśmy na zewnątrz, bo nad nami jest tylko dach, a wyburzona ściana jest oblepiona metalową przewiewną siatką, mamy jednak wgląd na sale klubu przez ogromne, szklane okno, zamontowane na wybudowanej ścianie klatki. Tutaj, otoczeni dymem z papierosów, z kilkumetrowej wysokości jaką daje nam nasze miejsce na balkonie, możemy śnić swoje sny o Laurze.

Choć wydaję mi się, że w klubie jest zaledwie kilka osób niepalących, każdy z nas – palaczy, wspina się raz po raz po schodach, do klatki, na kolejnego dymka i akceptuje tym samym wolność wyboru, jaką daję nam życie w demokratycznym państwie, mimo że gdzieś tam, wewnątrz, nie zgadzam się z tą decyzją, bo chociaż sam nigdy nie palę w mieszkaniu, restauracji czy kawiarni, klub jak ten, uważam za miejsce stworzone do picia alkoholu, palenia i oglądania w ich oparach, piękna kobiecego ciała. Demokracja jest jednak nieubłagana, dwanaście procent nie palących siedzi przy stolikach, pozostałe prawie osiemdziesiąt osiem procent tłoczy się w klatce jak ta, zapalając co rusz nowego papierosa. Wszyscy są jednak szczęśliwi, klatka jak ta, jest czymś wyjątkowym w tym kraju, tak naprawdę jest nielegalna albo inaczej – jest sprytną odpowiedzią na durne przepisy. Spotykam czasem takie klatki na międzynarodowych lotniskach, ale tam są błogosławieństwem dla ludzi czekających na kolejną przesiadkę. A tutaj działa ona na innych zasadach. Wycięta zewnętrzna ściana powoduje, że jest się poza budynkiem, choć nadal się w nim przebywa. Genialnie proste. Z zasady trzeba wyjść z klubu, zostawić alkohol na stole, odejść kilka metrów od głównego wejścia, wypalić papierosa i ponownie wrócić do klubu, przechodząc koło ochroniarza. Tutaj możesz nadal być w klubie, mimo że jesteś na zewnątrz. Możesz nawet z sobą zabrać kufel piwa. No cóż, demokracja jest zawsze górą. Choć chyba bardziej demokratycznie byłoby stworzyć kluby dla palaczy i dla tych niepalących, ale wówczas pewnie okazałoby się, że te pierwsze biją rekordy popularności, a te drugie świecą pustkami, a na to demokracja już nie może zezwolić.

Włącza się wentylator, rozwiewając kłęby dymu, tworzone przez palących ramię w ramię palaczy. Normalnie dym rozchodziłby się po całym klubie prawie bezwonnie, w tej klatce – kiedy stoi w niej z pięćdziesięciu palaczy naraz, tworzy gęstą mgłę, z której dopiero po kilkudziesięciu sekundach, dzięki pracującemu wentylatorowi, udaje się wyłowić jakieś konkretniejsze kształty. Mimo to cieszę się, tak jak inni. Nie jesteśmy zmuszeni wychodzić na papierosa, możemy zostać w klubie, obserwować tańczące na scenie dziewczyny i wyławiać z mgły kształty jakie chcemy. Nagie kolana ślicznej Mulatki, biały tors wyglądającej na Rosjankę dziewczyny, duże biodra meksykanki i … właśnie wówczas dostrzegam Laurę. Przez chwilę myślę, że to tylko mgielny miraż, złudzenie wywołane wirowaniem wentylowanego dymu, ale nie. Widzę ją coraz wyraźniej, stoi przy szklanej ścianie, spogląda na salę i zaciąga się cieniutkim jak rurka do picia, papierosem. Długie, lekko kręcone włosy koloru blond, opadają jej falami na odkryte ramiona. Pełne kobiecości kształty jej ciała, zakryte są skąpą, bardzo obcisłą sukienką w kolorze mieniącym się złotem jak jej włosy. Podchodzę do niej, z niemałym trudem przeciskając się przez zbity tłum rozradowanych palaczy. Dotykam delikatnie jej ciała, aby sprawdzić czy nie jest tylko mirażem, odwraca się zdziwiona, patrzy na mnie i uśmiecha, wypuszczając na bok kłębki dymu.

Na pewno wyraz mojej twarzy wyraża głupawe zdumienie, bo Laura spogląda na mnie z przekąsem, marszczy pytająco brwi i ponownie uśmiecha się tym słodkim uśmiechem, aż robią się jej delikatne dołeczki w policzkach. Przedstawiam się, mówię że jest piękna i pytam o imię. Odpowiada mi, ale nie zapamiętuję odpowiedzi. Oczywiście, że w tym klubie ma swoje sceniczne imię, a nie używa prawdziwego. Oczywiście, że ma na imię Laura, bo przecież jest realna, dotknąłem jej. Rozmawiamy przez chwilę. Jest zaciekawiona moją szczerą fascynacją, spływającą z mojej twarzy. Fascynacją, która daje się odczytać tak łatwo jak radość u dziecka. Pewnie mój twardawy akcent powoduje, że zastanawia się nad miejscem mojego urodzenia,a także skąd się wziąłem w tym kraju, miasteczku, klubie. Jeszcze nie wie, że przyjechałem tutaj szukać jej, Laury Palmer, trupio bladej blondynki z przepięknym uśmiechem na twarzy. Kończymy palić papierosa i zapraszam ją do swojego stolika. Kiedy siadam, zaczyna tańczyć dla mnie erotyczny taniec w rytm płynącej z głośników muzyki, ale już po kilku sekundach łapię jej dłonie i sadzam koło siebie. Nie chcę jej ciała jeszcze teraz, chcę na nią popatrzeć, porównać, dotknąć, porozmawiać.

Laura jednak jest w pracy, musi zarabiać pieniądze, płacę jej i zamawiam drinka. Siedzi koło mnie i kręci z niedowierzaniem głową, uśmiechając się. Siedzi koło mnie Laura Palmer, piękność z serialu nakręconego ponad dwadzieścia lat temu. Piękność, którą podziwiał każdy z mojego podwórka czy podstawówki, kiedy czekaliśmy na każdy kolejny odcinek serialu, aby razem z agentem Cooperem, znaleźć tego, kto ją zabił i dowiedzieć się – dlaczego? Bo przecież nie zabija się aniołów.

Laura to chodząca niewinność, takie kwiaty się pielęgnuje, stawia się na środku stołu, podlewa, a nie ścina i wyrzuca do śmieci.

Mówię jej, że kochałem się w niej jako gówniarz, że była dla mnie ideałem kobiety przez moje dzieciństwo i lata młodzieńcze. Śmieje się na głos, radośnie, szczerze, wie – że nie kłamię, wie – że mówię jej prawdę. Opowiadam jej jak sztubak, że moim marzeniem zawsze było ją odnaleźć, uchronić od zła, śmierci, wywieźć ją z tego lasu, pełnego wysokich daglezji i zła, zakorzenionego w nim od stuleci.

Wiem o tobie wszystko Laura, mimo że nie czytałem twojego pamiętnika.

Oddala się ode mnie kilkakrotnie, aby zatańczyć dla innych mężczyzn. Ale wraca, zawsze wraca do mojego stolika, przy którym cierpliwie czekam na nią i nie mogę nadal uwierzyć swojemu szczęściu. Nie wiem nawet, dlaczego wraca, przecież gadam od rzeczy, śmierdzę z daleka obcością, wypływającą przy każdym wypowiedzianym przeze mnie zdaniu, i gadam jak wariat, nazywając ją raz po raz imieniem Laura.

- Nie jestem Laurą Palmer. Nie widziałam tego serialu, ale nie jesteś pierwszy, który mi o tym mówi. Wiem, że jestem do niej podobna. I nie jestem jej duchem, ani kolejnym wcieleniem – śmieje się.

Jest dla mnie miła. Sam nie wiem dlaczego, może to te kilka drinków, jakie wypiliśmy, może to moje naiwne uwielbienie dla niej, sprawia, że wychodzimy z klubu wspólnie. Idziemy pod ramię małą uliczką w kierunku miasta, rozmawiając, żartując, jakbyśmy znali się od lat. Po bokach drogi szumią wysokie daglezje, patrzą na nas z góry, na dwoje przytulonych do siebie ludzi. Po chwili dochodzimy do małego Donuts baru, połączonego z otwartą całą noc, stacją benzynową. W środku lokal do złudzenia przypomina bar, w jakim spotykała się Laura ze swoimi przyjaciółmi, ale tutaj większość takich kawiarenek wygląda dość podobnie. Rzędy jakby wyrwanych z pociągowego wagonu siedzeń, ułożone pod ścianami i prostokątne stoliki między nimi. Siadamy przy jednym z nich, a stara Metyska przynosi nam kubki wypełnione gorącą kawą i kilka słodkich pączków.

Trzymamy kawę w dłoniach, ogrzewając się jej ciepłem i rozmawiamy. Laura opowiada o sobie. Tłumaczy mi, że nie wie dlaczego, ale moja osoba budzi u niej zaufanie. I śmieje się z mojego uwielbienia dla jej osoby.

- Skończyłam szkołę dwa lata temu. Mieszkam w małym miasteczku na wschodzie, nazywa się Chatam. Chciałam skończyć studia, ale po roku musiałam zrezygnować, nie miałam wystarczająco pieniędzy na czesne. Ojciec gdzieś znikł już dawno, nie płaci mamie alimentów, a ona ma na wychowaniu jeszcze trójkę rodzeństwa, moje młodsze dwie siostry i brata.

- Myślałem, że w tym kraju państwo dba o matki samotnie wychowujące dzieci? – pytam, nie spuszczając wzroku z jej anielskiej twarzy.

- Tak, oczywiście, że dba. Ale środki, jakie moja matka dostaje jako zapomogę, nie wystarczają na zbyt wiele. A już na pewno nie opłacą nauki na studiach. Kilka moich koleżanek opowiadało, że w tych klubach można dobrze zarobić. Nikt mnie nie zna, do mojego domu jest prawie cztery tysiące kilometrów. No i sporo pieniędzy można odłożyć. W tym miasteczku nie ma za wiele możliwości, aby je wydać. Wysyłam mamie co dwa tygodnie po tysiąc dolarów, dla niej to spora pomoc, a ja, jak mam dobrą passę, zarobię to w jeden wieczór. Mama myśli, że zarabiam je jako kelnerka w barze.

- Ale czasem musisz robić różne „rzeczy”, aby je zarobić? – pytam.

- Czasem – odpowiada bez skrępowania, uśmiechając się. – Jeśli kogoś lubię, dlaczego nie? Jaka jest różnica w tym, że dostaję za to pieniądze, a robiłabym to za darmo? Przede wszystkim jestem tancerką i za to dostaję pieniądze, i to niemałe, jak sam się o tym przekonałeś.

Miała rację, z mojego portfela zniknęło już kilka banknotów, którymi opłacałem jej powroty do mojego stolika. Jedno muszę przyznać. Kilkakrotnie odmówiła innym mężczyznom tańca, twierdząc, że jest zajęta ze mną.

- Nie będę tego robić całe życie. Za rok będę miała wystarczająco odłożonych pieniędzy na kilka lat studiów. Wrócę na studia, skończę je i wówczas poszukam jakiejś normalnej pracy. Kupiłam już apartament, moja mama nic o tym nie wie, wynajęłam go na razie studentom i oni spłacają moją pożyczkę.

Laura mówi dalej. Wiem, że jest mądrą dziewczyną, taką, która najwyraźniej da sobie radę w życiu. Nie wiem tylko, czy będzie miała na tyle siły, aby zerwać ze swoją pracą, bo znam wiele tancerek i łatwość z jaką zarabiają duże pieniądze, rozleniwia je tak, że zapominają o swoich marzeniach oraz o tym, że miał to być środek, aby osiągnąć cel, a nie sens sam w sobie, a już później gubią się w tych niuansach, popadają w alkohol i narkotyki, i lądują na ulicy jako zwykłe dziwki. Ale Laura jest inna, widać to po niej.

Wypijamy kolejny kubek kawy, rozmawiając. Nie mogę napatrzeć się na jej anielską twarz i uśmiech, jaki wykwita na niej za każdym wypowiedzianym zdaniem. Kiedy wychodzimy z baru, nadal spacerujemy razem, trzymając się pod ramię. Podążam za nią, to ona jest moim przewodnikiem dzisiejszej nocy. To ona jest moim ogniem, kroczącym ze mną. W końcu dochodzimy do małego domku, Laura otwiera boczne drzwi i schodzimy po schodach do apartamentu w piwnicy. Jest prosto urządzony, a w całym mieszkaniu czystość aż lśni. Laura jest przecież aniołem.

Wtula się we mnie i całuje. Ma tak cudownie miękkie i wilgotne usta, że nie mogę przestać ich całować, tak bardzo mi smakują. Opadamy na łóżko, a ja staram się, aby ani przez sekundę z jej twarzy nie schodził uśmiech radości, jaki znałem z jej zdjęć.

Nad ranem budzę się jak zawsze wcześnie. Ubieram się i wychodzę przed domek, próbuję przypomnieć sobie drogę do baru, w którym piliśmy w nocy kawę. Odnajduję go po chwili. Zamawiam dwie kawy na wynos, kilka pączków i wychodzę na zewnątrz. Przed barem stoi trzech Metysów, a może prawdziwych Indian, kto ich tam wie, wyglądają podobnie, niechlujnie ubrani, zarośnięci i brudni. Jeden z nich, kiedy widzi, że zapalam papierosa, podchodzi do mnie i prosi o jednego. Częstuję go i podpalam, w zamian on wyciąga spod kurtki butelkę „moonshine”, proponując mi łyka. Dziękuję grzecznie, za wczesna pora na picie, a indiański bimber potrafi zwalić konia z nóg. Metys wraca do kolegów, po jego chodzie domyślam się, że już sporo „księżycowego światła” krąży w jego żyłach. A może to moje urojenia – nie oceniam tubylców, dla nich życie toczy się inaczej niż moje. Może to oni mają rację, racząc się z samego rana ostrym jak siekiera trunkiem, nie dbając o to czy będą mieli gdzie spać dzisiejszej zimnej nocy.

Wracam do domku po śladach, jakie zostawiłem szukając baru – kanadyjska flaga wywieszona na froncie domku, pięć ładnie przyciętych tui, stary płot z cedrowego drzewa. Ja nigdy się nie gubię. Wracam do mojej Laury, a ogień kroczy ze mną, sycząc lekko kiedy zaciągam się papierosem.

Laura leży zatopiona w pościeli snu, jej wygładzona twarz przypomina tę pośmiertną maskę z filmu, kojarzącą się z twarzami Maryi Niepokalanej Dziewicy, malowanymi przez średniowiecznych artystów. Żadna zmarszczka, żadne drgnienie nerwów, żaden cień ani zarysowanie nie mąci anielskiej niewinności jej twarzy. Tak wyglądają prawdziwe anioły.

Budzę ją czułym pocałunkiem, podaję pączka i kawę. Uśmiecha się do mnie i mówi:

- Muszę umyć zęby.

Listopad 2013, BC

Wirus XXX

 

Wysoki  mężczyzna z gęstą brodą wszedł do baru i ciężko klapnął na taboret przy kontuarze. W sporą dłoń chwycił z tacki garść fistaszków i uderzył nią mocno w blat, krusząc je w pięści.

- Mike, nalej mi największy kufel piwa, jaki masz na składzie – wyhuczał gromkim głosem.  Barman nie raz już słyszał tego typu odzywki. Niespecjalnie się spiesząc, wyciągnął jeden z wielu identycznych kufli i powoli napełniał go piwem z otwartego kranu kolbowego. Patrzył z dezaprobatą na klienta, wyłuskującego orzeszki ziemne z nadłamanych skorupek, rozsypanych na blacie.

- Co się stało? – spytał bez zaciekawienia.

Kolejny klient, kolejny problem. Pewnie życiowy. Zdradzająca żona, puszczająca się córka albo odwieczny problem samotności podstarzałego kawalera.

- Nie uwierzysz Mike, nie uwierzysz – klient gestykulował, szarpiąc przy tym swoje skołtuniałe, lekko przepocone włosy.

Steve. Przypomniał sobie barman. Ten facet miał na imię Steve i pracował w jakimś instytucie naukowym albo  na uniwersytecie. Wpadał kilka razy w tygodniu na dwa piwa. Pewnie jeszcze kawaler. Tacy mają czas na samotną popołudniową posiadówę z piwem w ręku, a brak im go na porządną kąpiel i wizytę u fryzjera. Steve coś tam. Typowy przykład zapracowanego naukowca, wpadającego na piwo do knajpy. Ten bar utrzymywał się z podobnych do niego pracowników naukowych, mieszkali w pobliskiej dzielnicy jednorodzinnych domków, najczęściej po intensywnej umysłowej pracy w instytucie, wpadali wypić kilka piw, aby zrelaksować się odrobinę.

- Znasz się na biologii Mike? – barman nie był pewny, czy jest to pytanie, czy tylko wstęp do dłuższego monologu, jaki zapewne wygłosi zaraz Steve. Uśmiechnął się wymijająco. I miał rację, facetowi nie zależało na odpowiedzi. To było takie gadanie do samego siebie, gadanie do lustra, w którym odbiciem była  anonimowa osoba. Kelner, płaszcz przewieszony na wieszaku, odblask światła w szybie. Wszystko jedno. W tym wypadku on. Barman. Był przyzwyczajony do tego typu klientów. Miał duże doświadczenie jako sprzedawca za barem i wiedział, że jego praca nie polega tylko na napełnianiu kufli, ale również na słuchaniu i rozmowie z klientami, najczęściej podobnymi do tego, któremu serwował właśnie piwo.

- Wiesz, że jesteśmy jedynymi ssakami na Ziemi, które mają aż sto miliardów neuronów w mózgu, a każdy z tych neuronów może mieć nawet sto tysięcy połączeń z innymi neuronami. Mimo to nasz mózg nie należy do największych, słoń ma aż pięć kilo mózgu i sto razy więcej połączeń niż człowiek, dlatego uważa się, że ma doskonałą pamięć. Wieloryby mają osiem kilogramów mózgu,a naukowcy są prawie pewni, że odgłosy jakimi się między sobą porozumiewają, to pełnowartościowy język, używający specyficznej składni.  W porównaniu do naszego mózgu, ważącego tylko półtora kilograma, to one są prawdziwymi mózgowcami. Są jeszcze inne zwierzęta, które nas w tym wyprzedzają. Ale mimo to, to właśnie ludzie rządzą na tej planecie. Bo nasz mózg potrafi wiele. Kiedy tylko stymulujemy swój mózg, poprzez naukę lub ćwiczenia, tworzymy nowe połączenia neuronów, powiększając grubość już istniejących. I nie ma żadnego limitu połączeń. Nawet na starość, kiedy nasze ciało powoli już umiera, mózg nadal pracuje, zwiększa ilość połączeń pomiędzy neuronami. W tym wypadku jesteśmy dość wyjątkowi.

Barman pokiwał potakująco głową. Wiedział, że w takich monologach, snutych przez pijących piwo klientów, najważniejsze jest upewnienie mówcy, że się go słucha. Tym bardziej, że ten klient swoją paplaniną zagłębiał się w tematy, które nie bardzo go interesowały.

- A wiesz dlaczego? – zapytał Steve, rozgniatając w dłoni kolejną porcję fistaszków.

- Bo jesteśmy ludźmi – tym razem zdecydował się na odpowiedź, choć czuł, że nie takiej oczekiwał Steve.

- Doskonale, doskonale, tak właśnie jest Mike. Bo jesteśmy ludźmi. Ale kim są ludzie? Kim jest rasa homo sapiens? Odłamem dwunożnych ssaków, mięsożernych drapieżników, które zdołały w ciągu kilku tysięcy lat podbić całą planetę? Wyeliminowaliśmy większość drapieżników, które zagrażały naszej populacji, ustaliliśmy granice naszych moralnych ludzkich zasad. W imię czego? Zamiast polować na jedzenie, hodujemy zwierzęta do uboju, a później je spożywamy. Choć jeszcze nie dawno,  jakieś kilkanaście tysięcy lat temu, jedliśmy je na surowo. Dzisiaj je pieczemy, gotujemy, przyprawiamy, panierujemy, mielimy, zapiekamy, mrozimy, dekorujemy, aby pozbyć się przykrego wrażenia, że nadal  jesteśmy mięsożernymi ssakami, z takiej samej grupy drapieżnych zwierząt, jak wilk, lew, tygrys, czy niedźwiedź. Mimo tego tworzymy pozory, okłamując samych siebie, że nie jesteśmy tacy brutalni jak one, bo przecież co innego, gdy zęby rozrywają na strzępy jeszcze żywe, krwawiące kawałki zdobyczy, a co innego, gdy na talerzu, przyozdobiony plasterkami pomidora i natką zieleniny, leży usmażony, cielęcy stek. Mało tego. Nawet stworzyliśmy normy spożywania jedzenia, posługując się skomplikowanymi zestawami łyżek, noży i widelców, przeżuwając beznamiętnie każdy kęs jedzenia, tylko po to, aby ukryć naszą pierwotną drapieżność, wypisaną na naszych twarzach radość drapieżników, kiedy nasze kły rozrywają krwistego befsztyka, nasze zęby miażdżą kawałki mięsa, a po naszych wargach cieknie krwawy, zwierzęcy tłuszcz, a język instynktownie zlizuje go z naszej brody, ukazując pierwotny moment naszej przyjemności i satysfakcji z możliwości pożerania kawałka półsurowego mięsa. Mimo całej naszej humanitarności, zawsze podczas posiłków zdradza nas nasza drapieżność, kiedy wgryzamy się w kawałek mięsa. Wówczas widać naszą prawdziwą naturę, zakrytą cywilizacyjną sztucznością, wyuczonym savoir vivrem  i innymi rodzajami zasłon, jakie tworzymy, aby ukryć dziką zwierzęcość wewnątrz nas.

Mike, wiesz, że świnie mają najbardziej podobne do naszego DNA, ale to my rządzimy na Ziemi. A nie one. To my ustaliliśmy kody etyczne, według których, jeśli coś nas je, to jest złe, ale jeśli my to jemy, jest dobrze. I dlatego hodujemy zwierzęta, takie jak świnie i spożywamy je na talerzach, wychwalając smak ich mięsa. I powtarzamy, że to takie ludzkie, etyczne i humanitarne.

- Hej, wolę zjeść dobrego steka, niż być tym stekiem. To zrozumiałe – odpowiedział barman, siląc się na odrobinę humoru.

- Doskonale, doskonale – powtórzył Steve, stukając znacząco w pusty kufel. Barman podniósł nowy kufel i zaczął wypełniać go klarownym, pienistym piwem. Kiedy go podał klientowi, ten wychylił prawie cały za jednym razem, siorbiąc i gulgocząc przy tym jak gaworzący niemowlak. Odłożył pusty kufel na blat kontuaru.

- Ach, nalej jeszcze jeden, Mike.

Barman ponownie zaczął napełniać kufel piwem. Kątem oka obserwował, siedzącego obok Steva, starego człowieka. Był tu częstym gościem. Stary Indianin, z długimi siwymi włosami, spiętymi z tyłu głowy. Miał na imię Joe. Zamawiał zawsze jedno piwo i siedział z nim do późna, może aby ogrzać się w cieple lokalu. Barman nigdy go nie poganiał. W końcu każdy klient przy barze był żywą reklamą dla pubu. Im ich więcej, tym więcej klientów wchodziło do środka. Do pubu chodzi się pobyć z ludźmi, a nie po to, aby opić się w samotności. Barman zastanawiał się ile lat może mieć starzec. Jego pomarszczona twarz widziała już pewnie sporo wiosen, ale z amerykańskimi Indianami trudno odgadnąć, ile mają lat. Trudy życia sprawiają, że ich ciało starzeje się szybko. Joe siedział sztywno, wpatrzony w kufel piwa. Barmanowi wydało się chwilami, że przysłuchuje się z zainteresowaniem rozmowie, jaką prowadził ze Stevem i, ilekroć już prawie otwierał usta, aby dodać coś od siebie, zmieniał zdanie, podnosił kufel z piwem, przechylał go, ledwo maczając w nim usta, i zastygał smakując jego smak. W odróżnieniu od innych klientów, wydawało się, że siedzi w tym barze nie dla piwa, a dla atmosfery jaką tworzyli siedzący przy barze klienci. Barman pamiętał, że rzadko się odzywał. Skończył nalewać i podał pełny kufel Stevowi. Ten złapał go łapczywie i kontynuował.

- Mike, w ten sposób opanowaliśmy prawie całą Ziemię. Ale to nie my, to nie jest wina homo sapiens, byliśmy tylko jednym z wielu ogniw w łańcuchu życia. Żyliśmy w stadach, jak wilki, starając się przetrwać, jak i one. Jedliśmy wszystko, co się rusza i ma odrobinę protein, nie gardziliśmy świeżym mięsem czy padliną, korzonkami i owocami. Każde zwierzę na Ziemi obawiało się nas tak samo, jak watahy wilków. A my obawialiśmy się takiej samej ilości drapieżników, które polowały na nas, ponieważ od wieków ludzie znajdowali się w ich menu. Dlatego ograniczyliśmy ich populacje, tak aby nasza rasa mogła rozprzestrzenić się na całej Ziemi i robić co tylko chce, bez obawy, że coś nas zje na śniadanie.

- Stare dzieje – powiedział barman, wycierając do czysta dopiero co umyty kufel.

- Nie takie stare, Mike. Ziemia ma miliony lat, dla niej historia ludzkości to tylko kilka sekund. Nic więcej. Przed nami na Ziemi rządziły dinozaury, a przed nimi kto wie. Życie istniało na tej planecie już od milionów lat. W trochę innej formie. Ale istniało.

- Dinozaury były super. Widziałem Jurassic  Park – powiedział barman.

- Były, ale ich już nie ma. Teraz Ziemią, jeśli można tak powiedzieć, rządzą ludzie.

 

Steve ponownie wychylił niemal cały kufel piwa za jednym razem.

- Ale to nie ludzie opanowali Ziemię. Całe życie stworzone na Ziemi, to wina wirusów. To wirusy są winne temu, że jesteśmy panami na Ziemi.

- Wirusy to cholerstwo, ta ptasia grypa, mamy szczęście, że przez nią nie zginęliśmy – powiedział barman stawiając przed Stevem kolejny, pełny kufel.

- Mylisz się. Wirusy nie są takie złe. To dzięki nim istnieje taka, a nie inna forma życia na ziemi. Wirus jest skomplikowaną formą organiczną, ma kilka cech komórek organicznych i również kilka cech materii nieożywionej. Najczęściej, aby rozmnażać się, potrzebuje katalizatora jakim jest komórka innego organizmu. Wówczas potrafi się kopiować, czasem stosując matrycę DNA, a częściej matrycę RNA, czyli związku kwasu rybonukleinowego. RNA jest łatwe do kopiowania, choć często w procesie kopiowania zachodzi sporo błędów, prowadzących do zmian kodów genetycznych. Do mutacji. Żeby wytłumaczyć to trochę prościej – przed wynalezieniem maszyny drukującej Gutenberga, księgi kopiowali kopiści, przepisując je ręcznie. Takie kopiowanie często prowadziło do zmian w tekście powielanych dzieł. Nie wiemy jak wiele zostało popełnionych błędów, świadomych zmian czy też zwykłych pomyłek. Przez kilkanaście wieków ręcznego kopiowania, na pewno większość starożytnych dzieł zmieniała się, w stosunku do pierwowzoru. Tak jest też z kodem genetycznym RNA. Zmienia się nieustanie, jedni nazywają to mutacją, inni niezdarnym kopiowaniem, ja nazywam to ewolucją.

- To chyba ludzie ewoluują, a nie wirusy? – Barman zdobył się na kolejny komentarz.

- Ewolucja nie jest dziełem przypadku. Jest zaplanowaną mutacją prawirusa. Bo widzisz, ja odkryłem takiego specjalnego wirusa. Wirus ptasiej grypy to nic przy tym, którego odkryłem. Wszystkie wirusy to  tylko kolejna mutacja mojego wirusa XXX. Ten wirus jest prawirusem, kreatorem wszystkiego na Ziemi, cząstkż Boga, stworzycielem życia, jakie znamy – powiedział Steve, siorbiąc z kufla.

- Wiesz Mike, ja jestem mikrobiologiem, zajmuję się tymi małymi żyjątkami, które w nas żyją. Od dwudziestu lat. Jest tego całe mnóstwo, miliony, miliardy – bakterie, drobnoustroje, mikroby, wirusy, cały mały kosmos mikroświata. Ale wszystko to, cały ten mikroświat, powstał od mojego wirusa XXX. Praojca. Twórcy życia.

- No – odpowiedział barman śmiejąc się – śmieszna nazwa, wirus XXX, jak filmy dla dorosłych XXX.

Steve rozkruszył w dłoni kolejną porcję fistaszków.

- Bo to właśnie przez te filmy tak go nazwałem – powiedział cicho. – Jest tak kreatywny, że o niczym nie myśli, jak tylko o rozmnażaniu się. A raczej powielaniu swoich kolejnych mutujących w nieskończoność kopii. Przed nim na Ziemi nie było nic innego. Żadnego życia. Miliony lat temu Ziemia była tylko pustą planetą z bardzo rzadką atmosferą. I wówczas pojawił się mój wirus. Nie wiem skąd. Pewnie przyleciał na jednym z meteorytów, których tysiące rozbijały się wówczas o Ziemię, ponieważ miała zbyt rzadką atmosferę, aby mogły się w niej spalić. I to on był powodem życia na Ziemi. To on był cząsteczką Boga, która stworzyła życie organiczne na Ziemi. Jest specjalny. Wyjątkowy,  jest małym żyjątkiem, które potrafi samodzielnie się rozwijać, kopiować, mutować, kreować i dostosowywać się do skrajnych warunków każdej planety, a kiedy już uda mu się uzyskać odpowiednią ilość mutacji, wówczas przetwarza planetę do swoich potrzeb. Tak, aby mogły na niej żyć jego kolejne kreowane mutacje.  Ten wirus jest pisarzem DNA i RNA. I tak było na Ziemi – dzięki interakcji ze światem nieorganicznym, zaczyna tworzyć pierwsze zalążki życia organicznego, pierwsze organizmy zdolne do rozmnażania się i mutacji, do ewolucji. Tak powstają pierwsze zbiorniki wodne, atmosfera, a w nich rodzą się pierwsze organizmy, bakterie, rośliny. W taki sposób wirus XXX mutował na Ziemi, w końcu pojawiło się życie zwierzęce, z niego dinozaury, które znamy ze skamielin. Kto wie jakie zwierzęta były przed nimi. Znamy tylko erę dinozaurów z naszych wykopalisk, a głównie ze skamielin, jakie powstały miliony lat temu.

Steve ponownie podniósł kufel piwa do ust i pociągnął z niego kilka łyków.

- Wirus tworzący dinozaury? – spytał z niedowierzaniem barman, korzystając z przerwy.

- Wirus tworzący życie na Ziemi – odpowiedział Steve. – Ale to nie koniec. Wirus XXX mutuje i rodzą się dinozaury oraz inne gigantyczne twory, wszystkie wpisane w odpowiedni ekosystem, stworzony przez jego kolejne mutacje. Jego kreacje są samowystarczalne, są jak perpetuum mobile, jak sprawny silnik, który nigdy nie potrzebuje paliwa, ponieważ sam go produkuje w czasie swojej pracy. Dinozaury i całe życie organiczne działają w specjalnie stworzonym przez wirusa łańcuchu pokarmowym, w ekosystemie, zapewniającym rozwijanie się życia. Dinozaury wkrótce zaczynają dominować na planecie, ale tutaj pojawia się kolejny problem. Wirus XXX ma za zadanie tworzyć jak największą ilość kreacji życia, ma tworzyć ekosystemy, w których się ono rozwija i kiedy udaje mu się w końcu, dzięki mutacji lub, jak wolę to nazywać –  ewolucji, stworzyć doskonałe formy życia, rozmnażają się one bez pardonu, aż ich demograficzna eksplozja ingeruje za mocno w prawa fizyki istnienia planety. Tak było z dinozaurami. Planeta Ziemia zaczyna odczuwać na sobie działalność wirusa. Opanowana przez roślinność, wodę i prehistoryczne wielkie stworzenia depczące po niej, odczuwa ich obecność. Wówczas zaczyna się bronić. Ziemia robi wszystko tak, aby zniszczyć mutacje wirusa XXX. Następuje ochłodzenie klimatu, potopy, ruchy tektoniczne niszczą i przemieszczają kontynenty, wszystko zasypuje śnieg, tworzą się lodowce, pustynie. To wszystko dlatego, że Ziemia stara się zniszczyć wirusa XXX, który zdominował ją jak termity dom z drzewa. Ta walka przypomina zapchlonego psa, który drapie się, gryzie, tarza, wskakuje do rzeki, czochra się o krzaki,  aby pozbyć się gryzących go pasożytów. Podobnie Ziemia walczy z wirusem na wszelkie sposoby, stara się go zniszczyć, wyeliminować, pozbyć się opanowującego go pasożyta. I nawet się jej to udaje. Tak stało się z dinozaurami i innymi prehistorycznymi rodzajami życia. Cały misternie stworzony ekosystem pada ofiarą Ziemi, broniącej się przed stworzonym przez wirusa XXX życiem. Ale wirus XXX nadal istnieje. Nie może go zabić zwykła powódź czy ochłodzenie ani wybuch wulkanu. To nie pchła. Udaje mu się przeżyć w wielu formach, wirus ponownie mutuje, przystosowuje się do zmian klimatycznych, w końcu ponownie atakuje planetę i kolejny raz przystosowuje ją do życia dla swoich mutacji. W końcu po raz kolejny tworzy jedną z perfekcyjnych mutacji. Jego kreacja ma parę nóg, parę rąk i potrafi rozmnażać się w dość szybkim tempie. Ma spory mózg. Tak jak wirus potrafi uczyć się i mutować, przetwarzając planetę na swoje potrzeby. Wirus XXX triumfuje, jego perfekcyjna mutacja zaczyna przejmować kontrolę nad planetą. Tym razem planeta powoli staje się bezsilna wobec działania pasożytującego na niej wirusa XXX.

Steve ponownie opróżnia kolejny kufel. Barman stawia przed nim pełny.

- No ciekawe, ale to ten wirus XXX miałby być dobrym wirusem? Przecież wirusy niszczą życie, a nie je kreują – pyta barman.

- Nie tylko. Wirusy nie tylko niszczą. Do dziś nie wiemy, czy wirus jest organiczną formą życia, czy bardziej związany jest z nieorganicznym światem. Wiemy, że potrafi oddziaływać zarówno na życie, czyli rośliny oraz zwierzęta, jak i na martwą naturę, kamień, metal. Wirusy tworzą mutacje i tym samym kreują nowe życie. Wirus XXX jest specjalny, to on jest twórcą DNA i RNA. Potrafi je mutować w taki sposób, aż odpowiednia, doskonała mutacja, staje się samodzielna i zaczyna funkcjonować jako jeden z gatunków nadrzędnych. Mój wirus XXX jest pisarzem DNA i RNA, to on tworzy każdą, najmniejszą nawet, żyjącą rzecz na Ziemi. Jest twórcą matryc, zapisujących kolejne mutacje. To on był twórcą życia na naszej planecie. Organicznego i w jakiejś części nieorganicznego. To on ją opanował i nią rządzi. Przynajmniej do momentu, kiedy ponownie Ziemia nie postara się zniszczyć po raz kolejny życia, które ją opanowało.

Są oczywiście jego inne mutacje, takie, które szkodzą życiu, jak ptasia grypa i inne choroby spowodowane wirusami, ale to tylko błąd ekosystemu, ewolucji. Najczęściej dzieje się to dlatego, że planeta ingeruje w jego mutacje, broniąc się przed nim. Wówczas kolejne twory wirusa XXX mutują i ta mutacja nie postępuje w dobrym kierunku, ponieważ warunki w jakich ona się odbywa, są zmieniane przez planetę, która próbuje się w ten sposób bronić. Czasem to tylko ślepa uliczka w mutacji lub też ewolucji zmieniającego się wirusa, powodująca, że niszczy sam siebie lub swoje inne mutacje. To jak efekt wybuchu, kiedy zmieszasz razem dwa płyny i spowodujesz ich chemiczną reakcję. Pomyłka ewoluującego wirusa. Ale już kolejna jego mutacja naprawia te błędne. Podałeś przykład ptasiej grypy. Ludzie mieli od niej umierać jak muchy, wirus przepisał jednak mutację i, zanim spowodował jakiekolwiek pandemonium na Ziemi, na jego mutację byliśmy już odporni, a teraz już nawet nikt o nim nie mówi, zaś ci co krzyczeli o apokalipsie, wstydzą się swojej pomyłki. Wirus XXX jest kreatorem życia. Nie jego zabójcą. To planeta chce naszej śmierci. Chce uwolnić się od pasożytów, na niej zalegających.

Barman ponownie wymienił kufel piwa Stevowi. Zebrał również rozsypane na blacie okruszki i skorupki po fistaszkach. Przetarł blat mokrym ręcznikiem i wytarł go ponownie drugim do sucha.

- To brzmi jak opowieść science fiction – powiedział barman, strzepując z ręcznika resztki okruchów.

- Fantastyka? Wirus XXX to nie wymysł. To kreator życia jakie znamy. Jeśli uda nam się go dostarczyć na inną planetę, zacznie ją zmieniać i przystosowywać do swoich mutacji. To już się stało na Marsie. NASA wykorzystała moje wyniki badań i marsjański próbnik pozostawił w kilku miejscach próbki z Ziemi, zawierające całą gamę bakterii i wirusów. Proces rozwoju wirusa na Marsie już się zaczął, ale niestety zajmie to pewnie kilka milionów lat zanim Mars stanie się planetą pełną mutacji wirusa XXX, który przetworzy go na podobieństwo Ziemi, a może na coś zupełnie innego. To wszystko oczywiście jest tajemnicą. Ludzie nie są gotowi, aby przyjąć wiadomość o tym, że nasza Ziemia, całe życie na niej, oni sami, są tylko mutacją wirusa, który potrafi opanować planety i przystosować je na potrzeby swoich mutacji. Nie chcemy świadomości, że jesteśmy tylko pasożytami, żerującymi na Ziemi. My ludzie musimy wierzyć w coś więcej, w nadprzyrodzone siły, w Boga, w religie, w życiowe kody i prawa, i ciężko byłoby nam przyjąć do świadomości fakt, że jesteśmy tylko kreacją super-sprytnego prawirusa, a nie dziećmi Boga. Trudno byłoby nam zrozumieć, że życie jest tylko pasożytem planet. Mike, jesteśmy tylko jedną z wielu form pasożytów, żerujących na planecie Ziemia. Jej szczególnie upierdliwymi, bolesnymi pchłami – Steve czkną,ł wychylając kolejne piwo. Barman mu już więcej nie nalewał.

- Chyba masz dość Steve? Idź do domu, wyśpij się – powiedział, czyszcząc kolejny kufel.

Steve rozejrzał się kolejny raz dookoła, w jego spojrzeniu wyraźnie było widać lekkie otumanienie alkoholem.

- Nalej jeszcze jeden Mike. Nie jestem pijany, tylko czasem mam ochotę wykrzyczeć całą prawdę na głos. A prawda brzmi jak opowieść pijanego czubka. Nalej. Już nie będę krzyczał. Po co? Ale wiesz, Mike, ludzie powinni się dowiedzieć, powinni mieć świadomość, że są tylko mutacją wirusa, kreującego życie. Powinni wiedzieć, że są pasożytami w pojęciu całego wszechświata. Przecież to i tak nic nie zmienia. Powinni wiedzieć, aby przygotować się na to, że kosmos z nami walczy. Tak samo jak my z plagą robactwa, atakującego nasze plony czy sady. Obsiedliśmy Ziemię jak szczury spichlerz, rozmnażając się bez limitu, tworząc tak wielkie siedliska ludzkie, że żaden spichlerz nie ma szans na ich wyżywienie. Ograbiamy go z każdej możliwej cząsteczki, ułatwiając tym samym sobie życie. Mało tego, planujemy już podbój kolejnych planet, tak aby mieć możliwość tworzenia na nich kolejnych mutacji życia, kiedy na Ziemi stanie się już to niemożliwe. Ludzie są doskonałą formą mutacji tego wirusa, świadomie dążymy do dominacji nad kosmosem. Szkoda tylko, że o tym nie wiemy, powinniśmy to wiedzieć, Mike. I powinniśmy być gotowi do obrony przed kosmosem, próbującym nas zgładzić.

Siwy Indianin poruszył się na swoim stołku przy barze.

- Kinikinik Volcanda Kottliwi Kwahliwi Tapsiwi – powiedział, wyraźnie sylabizując wyrazy. Barman odwrócił się w jego stronę.

- Co to znaczy? To w twoim języku, nie rozumiem – spytał barman. Starzec podniósł niemal pełny kufel do ust i zamoczył w nim usta, niemal nie upijając z niego ani odrobiny. Steve nie zwrócił na niego uwagi, podparty na łokciach, kołysał się we własnym wewnętrznym rytmie. Pewnie miał już sporo w głowie, wypił dużo więcej niż normalnie, a pił piwo w bardzo szybkim tempie.

- Kinikinik Volcanda Kottliwi Kwahliwi Tapsiwi – powtórzył starzec, nie spoglądając nawet w stronę barmana. – Wielki Stwórca nam błogosławi i śmieje się – dodał.

- O, teraz rozumiem. Ale dlaczego to mówisz? Przecież nawet jeśli on ma rację – Barman wskazał na wpółleżącego na barze Steva. – To my – ludzie myślimy i potrafimy sami kreować życie. Nawet jeśli jesteśmy stworzeni przez jakiegoś wirusa, to co z tego? Żyjemy i przetwarzamy ten świat w taki sposób, jaki tylko przychodzi nam do głowy. Mało tego, staramy się uczynić go lepszym.

Stary Indianin milczał, wpatrzony w przeciwległy punkt na ścianie. Barman patrzył  na niego przez dłuższą chwilę ,oczekując kolejnej odpowiedzi, ale Indianin już się nie odezwał.

- Jeśli jesteśmy kreacją Boga, to na pewno z nas się śmieje, jak z dobrego psikusa. który postanowił komuś zrobić – rzekł bełkotliwie Steve i pstryknął palcami na barmana, żądając kolejnego piwa.

- To ostatni – powiedział barman, stawiając przed naukowcem kufel. Ten wypił go bez słowa, zapłacił i po chwili wstał z krzesła, i powlekł się w stronę  wyjścia. Do barmana podszedł inny barman, obsługujący klientów po drugiej stronie okrągłego baru.

- Kolejny upierdliwy klient, Kevin? – zapytał.

- A tam, takich to ja lubię. Piją czysto i tylko dużo gadają od rzeczy.

- Dlaczego mówił do ciebie Mike? – zapytał.

- W sobotę stoi za mnie inny facet, ma na imię Mike, pewnie jego miał na myśli.

Do pubu wszedł kolejny klient. Podbiegł do baru.

- Duże piwo. Czy możesz to podgłośnić? – spytał, wskazując na wiszący u sufitu telewizor. Barman wziął pilota i zwiększył głośność. Na ekranie telewizora pokazywali właśnie specjalny raport ze stacji CNN. Kilka trzęsień ziemi w Chinach, Indiach i Japonii, powodzie w Ameryce Południowej, susza w Afryce, seria niszczących tornad w USA i Kanadzie, huragan na Karaibach, wybuchy kilkunastu wulkanów w Indonezji, Islandii i we Włoszech. Ładnie ubrana prezenterka z przejęciem komentowała kolejne naturalne katastrofy i przeliczała ilość ofiar.

Barman odwrócił wzrok od telewizora i zaczął ponownie wycierać kufle. Lubił, kiedy jego szklanki były czyste do sucha, bez żadnych plam i brudu na nich.

Czy rozmiar ma znaczenie – dla mężczyzn?

To często zadawane pytanie. Z tym, że pytającym jest mężczyzna, a odpowiadają kobiety. A co jeśli to kobieta spyta, czy rozmiar jej przyrodzenia ma znaczenie? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć.

Seks jest sztuką, której uczymy się przez całe życie. Każde doświadczenie uczy nas czegoś nowego, każda  napotkana osoba może wnieść coś innego, bo każdy reaguje inaczej, każdy partner czy partnerka jest inna. Wydaje się, że w sferach seksu już wszystko wiemy. Ja wiem, że nadal się uczę i jeśli mógłbym się pokusić o stwierdzenie, że wiem już o nim wszystko, musiałbym mieć koło miliarda partnerek, co oczywiście nie jest fizycznie możliwe. Sferę seksu zawsze traktuję poznawczo i zdaję sobie sprawę, że każdy nowy kontakt seksualny daje mi nowe doświadczenie, z którego staram się później wyciągnąć jakieś wnioski. Wszyscy mamy dość podobnie, każde nowe seksualne doświadczenie czegoś nas uczy,  a mimo tej darmowej edukacji,  przyzwyczajeni jesteśmy do tych samych starych schematów. Mężczyzna, taki lub inny, wyglądający lepiej lub gorzej, jest interesujący lub trochę mniej interesujący, dobrze ubrany lub gorzej ubrany, ma duże przyrodzenie lub małe. Ale jeśli tylko kobieta czuje chemię, jaka działa między nimi, wszystko to ulega zatarciu, zapomnieniu, wszystkie te cechy i wady, wyrównują i normalizują się w oczach podnieconej partnerki. Podobnie jest i z mężczyznami.

Kobiety są różne: wyższe, niższe, ładniejsze, bardziej interesujące, z ładnymi nogami i z dużymi biodrami, z małymi piersiami i z takimi, o jakich marzymy. Kiedy już zaczyna się dziać, wszystko toczy się naturalną koleją rzeczy i więcej się już nad tym nie zastanawiamy.

Mało który mężczyzna o tym mówi, a już prawie nikt nie pisze – o kobiecym przyrodzeniu, czyli miejscu, którego mężczyźni  najbardziej pragną. W odróżnieniu od męskiego przyrodzenia, o którym kobiety zawsze mówią, że nie ważny jest rozmiar (oczywiście to tylko demagogia, dla kobiet zawsze jest ważny rozmiar lub kształt!), u płci męskiej najczęściej budowa kobiecego sanktuarium ma spore znaczenie, mimo że nie wiele o tym wiemy.

Stereotyp, jaki panuje wśród mężczyzn, jest jednoznaczny: sztuka jest sztuką, czyli nie istotne jak, gdzie, kiedy, z kim, z jakim kształtem ciała i rozmiarem piersi oraz bioder – najważniejsze, że się udało! To twierdzenie jest kłamstwem, bo dla większości facetów taki kontakt seksualny kończy się tylko na jednym spotkaniu.  Co oznacza, że partnerka nie pasowała do niego seksualnie. Każdy z nas ma w życiu takie sporadyczne kontakty seksualne, ale nie są one niczym istotnym w naszym życiu, ot ulegliśmy chwili lub okazji i tak naprawdę to nawet już tego nie pamiętamy. Kiedy jednak spotykamy kobietę, której anatomia, a  głównie budowa kobiecego sanktuarium, pasuje do naszego męskiego narzędzia, wówczas, nawet jeśli cokolwiek innego nas drażni, jak jej wygląd, zachowanie, pozycja społeczna czy inteligencja dziewczyny, nic z tych rzeczy nie zakłóci nam naszego pragnienia spotkania kolejny raz tej samej osoby. Czyli, najczęściej wybieramy nasze partnerki po budowie ich prywatnych komnat, a dokładnie po spenetrowaniu tych komnat, wybierając takie,  które przypadają nam do gustu i pasują do naszego przyrodzenia.

Nikt pewnie jeszcze nie postawił tej tezy, ale nie ma co się dziwić. Małżeństwa kiedyś konsumowano dopiero po ślubie, a seks przedmałżeński najczęściej kojarzył się z wizytami u prostytutek. Jego inna forma z kolei zmuszała często mężczyzn do małżeństwa, aby zadbać o poczęte w tym czasie dziecko. Dzisiaj seks przedmałżeński stał się normą. Nie tylko staramy się dopasować charakterami z partnerami, których zamierzamy ozdobić małżeńską obrączką, ale również dopasowujemy się do nich seksualnie. Docieramy się charakterami i docieramy się seksualną budową oraz temperamentem.

I w tym przypadku wydaje mi się, że w przyszłości powinna powstać nowa gałąź seksuologii, zajmująca się kształtem męskiego i żeńskiego przyrodzenia, bo nie da się już uniknąć faktu, że kształty te są coraz bardziej istotne dla dobrego pożycia małżeńskiego,a co za tym idzie, dla całego, długoletniego związku.

To trudny temat do opisania, bo mamy mało danych w tej dziedzinie. Ci, którzy chwalą się kontaktami z wieloma partnerami, coś o tym wiedzą, ale większość z nas  ma zaledwie kilku partnerów seksualnych w czasie swojego życia i nie wliczam to jednorazowych kontaktów, bo jeśli nigdy ich nie odnowiliśmy, oznacza to tylko jedno: ci partnerzy nam nie pasowali. Ci pozostali mieli coś, co sprawiło, że ponownie poczuliśmy pragnienie kontaktu. Czy to miłość, czy to zauroczenie, czy fantastyczne zachowanie partnera w łóżku, ale najczęściej, mimo że było to tylko częścią całego aktu seksualnego, jest to budowa narządów płciowych – kształtu i wielkości penisa męskiego oraz podobnych cech  pochwy kobiecej.  Problem dopasowania ich obu.

Dla ignorantów budowa kobiecego narządu jest zawsze taka sama. Dwie pary warg sromowych, łechtaczka i odrobina owłosienia na łonie. Ale spytajcie się ginekologów. Te narządy nie są do siebie podobne. Jedna ma małe wargi sromowe, wystające poza niczym zajęcza warga, inna schowane jak perła w muszli. Jedne mają przerośnięte łechtaczki, wyglądające jak męskie przyrodzenie w spoczynku, inne zaledwie delikatne płateczki, niczym zwinięte skrzydła motyla, a jeszcze inne przypominają biedronkę. Jedne mają wejście do pochwy wysoko umiejscowione między nogami (co chyba wiąże się z wielkością łechtaczki), inne bliżej odbytu, a już kształt samego przedsionka i pochwy kobiecej wydaje się mieć najróżniejsze wariacje, prawie tak różnorodne, jak piersi kobiece, o których dobrze wiemy, że trudno znaleźć takie same, tak bardzo się różnią kształtem, rozmiarem, sprężystością i innymi cechami.

Wiele razy spotykałem się z mężczyznami, którzy mówili, że wybrali swoje partnerki, ponieważ są dobre w łóżku. Zawsze pytałem o szczegóły, co było w niej takiego wyjątkowego. Najczęściej okazywało się, że wcale nie są one otwarcie nastawionymi do seksu partnerkami, z wybujałą fantazją seksualną i kobiecym wigorem, ot troszkę gry wstępnej i reszta już się dzieje tradycyjnym sposobem. A panowie odpowiadali, że jest im po prostu z nimi dobrze w łóżku i nic do tego nie miał ani kobiecy charakter, ani uroda – bo jedną z nich dobrze znam i ani nie jest piękna, ani nie ma wyrośniętych kobiecych atrybutów, czyli zgrabnych nóg, pełnych pośladków czy pełnych piersi, a na dodatek w życiu codziennym ma paskudny charakter, przez co nie ma przyjaciół – mimo to jej mąż odpowiada, że jest świetna w łóżku. W tym i w innych przypadkach zastanawiałem się, co zmusza nas mężczyzn do wydania takiego oświadczenia? Oczywiście odpowiedź jest tylko jedna, wewnętrzny kształt kobiecych narządów, ruchy pochwy w czasie stosunku i wszystko to dopasowujące się do kształtu przyrodzenia partnera. Kształt ma w tym wypadku wielkie znaczenie.

Piszę o tym z wielką pewnością, ponieważ miałem wiele partnerek seksualnych. Jedne były piękne, inne mniej, jedne były fascynujące i inteligentne, inne mniej mądre i nudne, ale w tym wypadku zarówno inteligencja, jak i naturalne piękno kobiecego ciała, nie miały żadnego wpływu na ocenę. Jeśli spotkałem się z nią kolejny raz, to tylko po to, aby po raz kolejny doświadczyć tego samego uczucia przyjemności z aktu seksualnego.  I jego głównym wyznacznikiem była penetracja kobiecej pochwy. Bo choć cała oprawa aktu seksualnego jest ważna i bardzo istotna: jak klimat naszego spotkania, miejsce, nasze prywatne nastroje i uczucia, gra seksualna, to jednak brak nam nazewnictwa na jeden z najbardziej ważnych momentów w czasie seksu, brak nam słownictwa opisującego odczucia penetrowania naszej partnerki (lub bycia penetrowaną przez partnera), a przecież to najbardziej czułe narządy w naszym ciele, pełne receptorów odbierających wrażenia przyjemności i zadowolenia. Nieświadomie w czasie seksu to właśnie im oddajemy pełną kontrolę nad naszymi ciałami, to one smakują przyjemność z tego płynącą, one są naszymi czułkami, dzięki którym poznajemy nasze sfery seksualności. Nic, nawet nasze oczy, nie oddają takiej gamy odczuć, jak nasze narządy płciowe. Wprawiają nas w stany odmiennej świadomości. A mimo to nadal, wstydliwie, ukrywamy je i unikamy nazewnictwa,. Nie mamy słów, których moglibyśmy użyć, aby to dokładnie opisać, starając się poznać i zrozumieć je lepiej. Może i dobrze, bo jedyne próby opisów seksualnych odczuć, podejmują od lat tylko poeci i pisarze, pełne są literackiej sztuki, poetyckiej megalomani, której nie ogranicza naukowe nazewnictwo. A w tym wypadku lepiej marzyć – parafrazując, błądzić – szukając odpowiednich słów,  niż przykładać miarkę i lekarską wagę, mierząc je i nadając im odpowiedni kształt oraz charakter.

Choć z drugiej strony może czasem byłoby warto. Choć zabrzmi to śmiesznie – w wyborze życiowych partnerów często korzystamy z rad innych – rodziny, przyjaciół, znajomych, którzy wyrażają swoje opinie i często dzięki nim podejmujemy nasze decyzje – może warto byłoby mieć jakiś poradnik, wymiernik, odnośnik według którego również decydowalibyśmy czy to właściwa osoba, czy nie.  Bo przecież większość z nas próbuje seksu przed podjęciem decyzji o związaniu się z danym partnerem.

Miałem sporo partnerek. Jedne do mnie pasowały, inne nie bardzo. Z nich wszystkich moja najlepiej dopasowana partnerka seksualna miała lekką nadwagę, inaczej mówiąc była puszysta, nie była już pierwszej młodości, czyli przeżyła już kilka dekad, a mimo to seks z nią okazał się nieprawdopodobnym przeżyciem. Co najciekawsze, jej odczucia były dość podobne. Czerpaliśmy pełną przyjemność z naszych spotkań, a spotykaliśmy się ile tylko mogliśmy, mimo, że ona była rozwodzącą się właśnie matką dwójki dzieci, a ja z początku traktowałem to jako eksperyment seksualny. Mimo to, dzisiaj, gdybym miał do wyboru: spędzić ponownie noc z najpiękniejszą kobietą, jaką spotkałem lub z nią, wybrałbym właśnie ją. Bez namysłu.  Długo się zastanawiałem dlaczego i minęło kilka lat zanim zrozumiałem, że kształt wewnętrznych narządów płciowych u kobiet i ich dopasowanie do naszych, ma bardzo duże znaczenie dla jakości aktu seksualnego. W tym wypadku nasze narządy seksualne były stworzone dla nas. I mimo, że spotkałem sporo podobnych, innych, młodszych kobiet, świetnie dopasowanych do mnie, nigdy więcej nie doznałem takiego odczucia, jak z nią.

Czas płynie, otwieramy oczy na coraz więcej problemów ludzkich, starając się tak ułożyć nasze życie, aby było bezproblemowe i pełne szczęścia. Domyślam się, że w niedługim czasie seksuolodzy zaczną zwracać coraz więcej uwagi na dopasowanie narządów płciowych, jakkolwiek brzmi to dość głupio. Pewnie równie dziwnie brzmiały pierwsze próby dopasowywania charakterów przez biura matrymonialne. Mimo to weszły do naszej codzienności i jest coraz więcej szczęśliwych związków przez nie połączonych. Jeszcze sto lat temu wzajemne, dobre pożycie seksualne, nie było brane pod uwagę jako podwaliny szczęśliwego  związku.  Dzisiaj, w każdym małżeństwie opartym na miłości, wzajemnej tolerancji i szacunku, dobry seks jest jednym z wyznaczników jego szczęśliwego trwania, co za tym idzie – kształt męskich i żeńskich narządów seksualnych będzie miał w tym wiele do powiedzenia. Oczywiście jeśli tylko nie pogrążymy się ponownie w ciemnych wiekach, kiedy samo słowo „seks” było uznawane za obleśne i grzeszne, a całą naszą seksualność, łącznie z masturbacją, wsadzano do jednego worka z napisem  „Prokreacja”.

 

 

Powiązane wpisy:

Taniec, który odmienił świat

Siedzę przy małym stoliku na ulicznym patio w cafeteri na el Caminito. Na porysowanym czasem blacie stolika stoi butelka zmrożonego piwa Quilmesa, obok pusty kufel, którego nie używam, bo tutaj piwo smakuje lepiej z butelki. Siedzę przy stoliku, sączę zimne piwo i próbuję wyobrazić sobie jak wyglądały narodziny tańca, który odmienił świat. El Caminito, mały zaułek w La Boca, portowej dzielnicy biedaków – ulica kolorów, najsłynniejsza z ulic Buenos Aires. Fasady budynków, ciągnących się w pierzeji, wymalowane są na żywe kolory: niebieski, czerwony, różowy, pomarańczowy, beżowy, zielony, żółty. Te kolory na budynkach to pomysł jednego z argentyńskich artystów z lat pięćdziesiątych XX wieku, ale miejscowi opowiadają, że na takie same pstrokate kolory były malowane te domy już dawniej. Bliskość stoczni i portu sprawiała, że robotnicy często zabierali ze sobą resztki farb z pracy i malowali nimi kawałek domu, chcąc utrzymać je w żywym, odnowionym wyglądzie. A że farby z zasady nie było wiele, to i wszystkie okna, attyki, naczółki, kapniki, gzymsy, frontony, balkony czy parapety miały inny kolor. Może to bliskość portu, a może te żywe kolory ściągały w te okolice pierwszych tancerzy, kiedy na bruku ulicy, jeszcze niezdarnie, ale pełni pasji, szukali pierwszych kroków tanecznych, pierwszych ruchów ciała. Do tańca przygrywano im na bandeonie, argentyńskim instrumencie, przypominającym akordeon. Rzadziej tańczono we wnętrzu lokali, ukrywając się przed wzrokiem publiki, najczęściej ten taniec rodził się spontanicznie, na ruchliwej, pełnej ludzi ulicy.

Aby opowiedzieć historię narodzin tańca, który odmienił świat, trzeba cofnąć się prawie półtora wieku, bo składa się na nią specyfika argentyńskiego życia w ówczesnych czasach i miłość oraz namiętność, która nieodłącznie wiąże się z jakąkolwiek relacją między kobietą i mężczyzną.

Argentyna była wówczas młodym krajem, z ogromną przewagą hiszpańskiej społeczności. Od XIX wieku kraj rządzony był przez Brytyjczyków, którym udało się w końcu zbudować kolej żelazną między północą państwa a jego południem. To właśnie rozwój komunikacji spowodował decyzję rządu, aby zaludnić puste tereny Argentyny, dostępne w końcu dzięki działającej linii kolejowej. Argentyna rozpoczęła ostrą reklamę w Europie, jako nowy kraj dla emigrantów, pełen darmowej ziemi i naturalnego bogactwa. Wkrótce do jej portów zaczęły przybywać statki wypełnione biednymi emigrantami z Europy. Licznie przybywali mężczyźni z Italii, Hiszpanii czy Portugalii, przywożąc na argentyńską ziemię swoją kulturę i zwyczaje. Niestety, ta nowa, ogromna fala emigracji stworzyła jeden wielki problem – najczęściej emigrantami byli mężczyźni, rzadziej pojawiały się całe rodziny czy też samotne kobiety. Wkrótce w całym kraju zaczęło brakować kobiet. Rząd, aby pomóc uregulować ten problem, zalegalizował prostytucję, która miała pomóc samotnym mężczyznom egzystować w kraju, gdzie na jedną kobietę przypadało kilku mężczyzn.

To właśnie w takich miejscach – w burdelowych barłogach, a właściwie na brukowanej ulicy przed nimi, gdzie mężczyźni czekali w kolejce na swoją kolej, wśród niewystarczająco wielu, ciężko pracujących prostytutek, oferujących mężczyznom swoje kilka minut czasu, narodził się taniec, który odmienił cały świat. Tango.

Hiszpańscy emigranci przywieźli z Europy flamenco i habanerę, niemieccy – wiedeńskiego walca, italijscy – tarantele, polscy polkę i mazurka. Na bazie właśnie tych tańców można szukać genezy powstania pierwszego tanga. I takie były ruchy pierwszych tancerzy – spontaniczne, pełne marzeń i tęsknoty, rodzącej się gdzieś w głowach czekających na swoją kolej przed burdelami, podnieconych spotkaniem z kobietami – mężczyzn. Krótki akt seksualny miał zaspokoić ich potrzebę kontaktu z kobietą. To pewnie tam, wśród mężczyzn czekających na swoją kolej, narodził się pierwszy taneczny ruch. Taki, dzięki któremu tancerz mógł zaimponować prostytutce lub wzbudzić zainteresowanie innych, przechodzących tamtędy kobiet. Wśród dziesiątek cabaretos, w których mężczyźni spędzali swój wolny czas, korzystając z wina i prostytutek, wewnątrz setek tanich burdelos, które wypełnione były każdego razu, gdy do portu zawijały statki z wyposzczonymi marynarzami, którzy przez miesiące marzyli o gorącym ciele kobiet, gdy spędzano bydło do miasta, a pilnujący je gauchos (południowoamerykańscy pasterze krów, odpowiednik amerykańskiego kowboja), z pełną pieniędzy kieszenią, płacili kobietom za krótkie chwile spełnienia, w upale argentyńskiego nieba, w gwarze portu, wypełnionego skrzypieniem zacumowanych okrętów, w rżeniu koni, ciągnących załadowane towarem wozy, wśród krzyków ładowaczy, upychających argentyńskie bogactwa na dziesiątki statków zdążających do Europy, wśród biedy i płaczu każdego z tych emigrantów, tęsknoty za krajem swoich urodzin. Wszystko to odpowiednio wymieszane, w odpowiednich proporcjach, stało się miejscem narodzin najbardziej niezwykłego tańca, jaki stworzył człowiek.

Dzisiaj el Caminito jest również zapełnione ludźmi, większość to turyści, którzy licznie odwiedzają najsłynniejszą ulicę Buenos Aires. Niektórzy siedzą na patios przy stolikach pijąc piwo, inni stoją w grupkach na rogach ulicy, tak samo jak wiek temu stali guapos, prawdziwi mężczyźni, marynarze, górnicy, gauchos, poszukiwacze złota – obserwując przechodzące muger (kobiety). Kiedy dostrzegali tę właściwą, podchodzili do niej i zaczynali prezentować przed nią siebie, prowokowali ją tanecznymi ruchami. Czasem pytali się:

- Seniorita, me permite este baile? (Czy zatańczy pani ze mną?)

Już później kiedy tango panowało na ulicy, wystarczyły gesty, w których guapo unosili znacząco głowę, prezentując siebie, wskazywali na trotuar, będący sceną taneczną. Jakże przypomina to świat ptaków, które tańczą przed samiczką, stroszą swoje piórka, ukazują jej swoje kolory, prężą ciało, napinając mięśnie, zapraszając dziobem do tańca, którego finałem ma być kopulacja. Podobnie było na el Caminito i innych ulicach zapełnionych biednymi emigrantami. Guapo wybierali swoją parega (partnerkę do tańca). Ale to one wówczas decydowały kogo wybrać, ich decyzja wśród guapo powodowała czasem rozlew krwi, jeśli było więcej chętnych na ładną kobietę, a wśród tej dysproporcji ilościowej między kobietami i mężczyznami, łapano za noże i lała się krew. Wygrywał silniejszy, tym bardziej imponując swoją męskością partnerce. W wieczornym upale dnia, w popołudniowym skwarze, w chłodzie nocy, na brukowanej ulicy, wśród dziesiątek małych cafeteri, cabaretos i burdelos, rodził się taniec, który miał odmienić świat. Tango.

 

W burdelu w Buenos Aries

 Opowiada historię prostytutki

I mężczyzny, który zakochuje się w niej.

Najpierw jest pragnienie

Potem … pasja!

Potem … podejrzenie!

Zazdrość! Gniew!  Zdrada!

Gdzie miłość jest najwyższą stawką,

Tam nie można ufać,

Bez zaufania

Nie ma miłości.

Zazdrość

Tak, zazdrość! Aż do szaleństwa…

Roxana!

 Nie musisz ubierać tej sukienki dzisiejszej nocy,

Roxana!

Nie musisz sprzedawać swojego ciała każdej nocy…

Jej spojrzenie na twojej twarzy

Jej dłoń w twojej dłoni

Jej wargi pieszczą twoje ciało

To zbyt dużo, abym mógł to znieść

Roxana!

Dlaczego moje serce płacze?

Roxana!

Uczucie, z którym nie mogę walczyć

Jesteś wolna, możesz mnie opuścić

Ale nie oszukuj mnie

I proszę

Uwierz mi kiedy mówię

Kocham cię

Fragment „El Tango de Roxanne”

  z „Moulin Rouge!” filmu Baza Luhrmanna

Zrodziło się jak zawsze z pasji i namiętności tych mężczyzn, którym nie wystarczało tylko kilka minut bliskości z prostytutkami z tanich burdelów. Zawsze nasza męskość pragnie kobiecego podziwu i tak pojawiło się tango, w którym mężczyzna prowadził kobietę, pokazując jej w tańcu swoją namiętność, męskość i podziw dla jej kobiecości. I rozpoczęła się gra, która była tylko tańcem, gdzie mężczyzna ukazywał jej siłę swojego ciała, zdobywał ją, a ona oddawała mu się na oczach publiki, uciekając i wracając, i w końcu publiczność, która obserwowała ten taniec, zapragnęła również oddać się temu drganiu, nie zważając na moralność, na konwenanse nienagannego zachowania, narzucanego od wieków, zapragnęła zatracić się w jego wirze, w prowokujących spojrzeniach, pieszczotliwych dotykach, w mocnych tanecznych ruchach, naśladujących posiadanie kobiecego ciała, i w tych delikatnych, imitujących oddawanie się mężczyźnie. I nagle w jednym tańcu, którego narodziny odbywały się w bólach, wśród jęków płaczących i tęskniących emigrantów, którego wodami porodowymi były soki złaknionych, wyposzczonych, męskich ciał, gdzie krew pierworodną obmywała krew lejąca się z ran innych zalotników, gdzie pierwszym krzykiem noworodka były dźwięki bandeonu, a pierwszymi wypowiedzianymi słowami były te, wydobyte ze skrzypiec i fortepianu – ukazał się pierwotny taniec zakochanych, taniec samca i samicy, taniec bez blokad, jakimi była cywilizacja, czysty taniec dwojga pragnących siebie ciał.


Jest wiele genez tego tańca, ale siedząc na el Caminito, odczuwam tylko ten jeden, właściwy, prawdziwy, rzeczywisty, tak podobny to tego, jak narodził się kiedyś jazz. Tango ewoluuje do dnia dzisiejszego, jego największy moment triumfu – to zaakceptowanie go w Paryżu na początku XX wieku, gdzie przyjęto go entuzjastycznie i, mimo że w wielu krajach tańczono go przez lata w ukryciu (nawet w Argentynie, gdzie się narodził, był przez wiele lat zakazany), nic już nie potrafiło zatrzymać jego ekspansji i świadomości tego, że taniec pary może być przepełniony namiętnością i erotyką. Już po tym każdy kolejny taniec: twist, salsa, foxtrot, swing, rock and roll – tylko korzystały z rewolucji, jaką stworzyło tango, stając się pierwszym tańcem pary – kobiety i mężczyzny, w czasie którego kręcono się w koło w objęciu i w przytuleniu, i zezwolono, aby iskry namiętności skrzyły się między tańczącymi. To pierwszy taniec, w którym dotyk ciał tancerzy stał się nakazem, a prowokacja erotyczna naturalnym krokiem tanecznym. Równocześnie bliskość przestała być nieprzyzwoitością. To pierwszy taniec kojarzący się bardziej z grą wstępną, z pieszczotami, flirtem jaki prowadzimy przed aktem seksualnym, a jednocześnie przestano kojarzyć go ze sprośnością. To pierwszy taniec, który sprowokował seksualną wolność i między innymi dzięki niemu udało się wywalczyć akceptację publicznych pieszczot zakochanych. Nie było łatwo zaadaptować tango wśród ówczesnego społeczeństwa, gdzie publiczny pocałunek zakochanych był bardziej rozwiązły niż kobieca nagość, a przytulanie i zbliżanie się ciał w sposób jaki propagował to ten taniec, kojarzyło się już z publiczną pornografią. Ale tango spowodowało, że każdy chciał je zatańczyć, że zapominano o zasadach wpajanych przez rodzinę i kościół, że nie patrzono już czy kobiety obnażają swoje kolana, a guziki ze szczelnie zapiętej dotąd bluzeczki, odpięte są teraz nieomal do biustu, nie patrzono już na tulącą się do mężczyzny kobietę jak na wszetecznicę, nie rugano całujących się na ulicy zakochanych. Choć do rewolucji seksualnej była jeszcze długa droga, taneczne ruchy tanga wyzwoliły w nas demona seksualności, na zawsze pokazując, że erotyka, namiętność i miłość mogą być częścią naszego codziennego życia. I wiem jedno – bez tych narodzin i bez tego bardzo dziwnego poczęcia w tanich burdelikach biedoty w Buenos Aires, nasz świat w jakim dzisiaj  żyjemy, byłby z pewnością dużo mniej kolorowy, niż ulica kolorów el Caminito w la Boca, jednej z dzielnic Buenos Aires.

Lipiec, BA 2013

Powiązane wpisy:

Inna zdrada

Zdrady są różne. Przypadkowe, zwierzęce, krótkie zaspokojenie pożądania z nieznajomym/ą, z którym nigdy się już nie zobaczymy lub też długi romans, w czasie którego spotykamy się z kochankami wielokrotnie, żyjąc niejako w podwójnym związku. Są i planowane – to takie, w których długo staramy się uwieść, zdobyć czy też znaleźć odpowiednią do tego osobę, są i magnetyczne, gdy przypadkiem trafiamy na TĘ osobę i chemia, jaka tworzy się z tego spotkania, doprowadza do zdrady. Są wyrafinowane, kiedy robimy to ze złości, aby odegrać się na partnerze – z byle kim, byle gdzie, są i bezmyślne, kiedy emocje okraszone oparami alkoholu i używek, doprowadzają nas do łóżka innej osoby, choć i tak niewiele z tego pamiętamy następnego dnia. Zdrad jest tysiące. A wśród nich takie, o których nie mamy najmniejszego pojęcia w jaki sposób je odebrać i nie wiemy do końca, jak powinniśmy postąpić.
Mojemu dobremu znajomemu przytrafiła się właśnie tego typu historia.
Ewa i Krzysiek są małżeństwem już kilkanaście lat. Typowa para z dziećmi, z doświadczeniem, znużona lekko sobą, co powoduje, że małżeńskie łóżko skrzypi zaledwie kilka razy na miesiąc. Takie znużenie i brak zmiany to najlepsza wylęgarnia dla przypadkowych zdrad.

Ewa, żona mojego znajomego, jest cichą kobietą, matką dwojga dorastających dzieci. Spokojna, rzeczowa, doskonale zajmuje się domem i dość rzadko wybiera sobie nowych przyjaciół. Ewa poznała ponad dwa lata temu swoje przeciwieństwo. Jej nowa znajoma jest otwartą na wszystko dziewczyną, młodszą od niej o dziesięć lat. Marzena ubiera się prowokująco, ma wyzywający makijaż i uwielbia swoim zachowaniem zabawiać obcych facetów. Jej mąż jest cichym samotnikiem, który niejako z boku patrzy na swoją żonę i jej prowokujące zachowanie.
Znam Marzenę i często rozmawiamy na temat seksu, otwarcie opowiada o swoich potrzebach i przyznaje, że jej mąż nie jest w stanie im sprostać, dlatego też często musi sama się zaspokajać za pomocą wibratorów. Marzena należy do grupy kobiet, które maja dość specyficzne orgazmy połączone z wytryskami. Wiem o tym, bo sama mi powiedziała, że dla niej seks często wiąże się ze zmianą pościeli. Jak sama mówi, kocha seks i kocha prowokować mężczyzn, ale nie zdradza męża, bo jak  go już sobie wybrała, nie chce go krzywdzić.


Przyjaźń między Ewą i Marzeną rozkwitła kilka miesięcy temu. Ewa zaczęła spędzać więcej czasu ze swoją przyjaciółką, wychodzić na sporadyczne babskie potańcówki, męski striptiz i kolorowe drinki do baru. Jej ubiór stał się bardziej prowokujący, makijaż ostrzejszy. Każdego ranka biega przez pół godziny, starając się poprawić własna formę, zapisała się też na jogę.  Według Krzyśka, jego żona Ewa, schodzi na złą drogę, a za wszystko obwinia on jej  znajomość z Marzeną.
Dla mnie, stojącego z boku,  Ewa zaczęła rozkwitać jako dojrzała kobieta. Marzena pozwoliła jej odnaleźć się ponownie jako atrakcyjna, wzbudzająca uwagę wśród mężczyzn kobieta, a nie tylko zagoniona matka, której głównym zadaniem było wysprzątać dom i ugotować obiad. Krzyśkowi jednak nie podoba się nowy wizerunek żony i powoli zaczął podejrzewać, że Ewa go zdradza.
- Nie wiem, co robi, jak wychodzą z Marzeną na miasto. Wracają czasem lekko podchmielone, z wypiekami na twarzy, jak pytam, gdzie były, odpowiada, że poszły potańczyć – opowiada mi smutnym głosem. – Ta Marzena to nie jest dobra kobieta, wygląda jak kurwa, zachowuje się jak kurwa i pewnie się kurwi jak kurwa. Ewa zmieniła się, odkąd się z nią zadaje, ciągle się o nią kłócimy w domu – dodaje.
Typowa sytuacja kobiecej metamorfozy wieku średniego.
Kilka dni temu Krzysiek wpadł do mnie i zaczął ponownie opowiadać na temat Marzeny.
- Wiesz, one spędzają ze sobą czas prawie każdego dnia. Nie dość, że rozmawiają przez telefon przez godzinę, czatują do siebie przez cały dzień, to na dodatek spotykają się na kawce lub lampce wina. Mam tego dosyć.
- Spokojnie – próbowałem uspokoić Krzyśka – to, że spotyka się z Marzeną, nie oznacza od razu, że zdradza cię z kimś.
- Skąd wiesz? Od tego czasu zmieniła się zupełnie. Zacząłem monitorować, co robi na komputerze, wiesz co znalazłem?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ale to naturalne, że ogląda porno. Może potrzebuje trochę więcej seksu z tobą. Czy w łóżku jest bardziej otwarta, prowokuje cię? Macie częściej seks?
- Nie, to zupełnie nie o to chodzi. Nadal nie mamy zbyt często seksu. Ona ogląda porno z kobietami. Lesbijki. Wibratory, mokre cipki, squirty. Żadnego pieprzenia z mężczyzną.
Zamarłem. Jakoś od razu skojarzyło mi się to z Marzeną. Nie mogłem powiedzieć Krzyśkowi o tym, że Marzena ma wytryski kobiece zwane squirtami, a fakt, że Ewa oglądała w internecie filmiki pornograficzne z  mokrymi cipkami, nie mógł być tylko przypadkiem. Albo Marzena powiedziała jej o tym albo też pokazała jej w jaki sposób to działa i to podnieciło Ewę do tego stopnia, że pewnie zabawiała się sama ze sobą, oglądając pornograficzne filmiki z innymi dziewczynami, mającymi wytryski. Postanowiłem dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej. Zbyłem Krzyśka jakimiś zapewnieniami, że to naturalne reakcje masturbującej się, zdrowej kobiety, podając za przykład to, że pewnie sam nie raz oglądał takie filmiki. Wprawdzie nie było to zbyt adekwatne do tej sytuacji – mężczyźni raczej nie oglądają filmików z onanizującym się facetem, ale chyba chwilowo podziałało.
Spotkałem się z Marzeną kolejnego dnia. Trochę porozmawialiśmy i jak zawsze zeszliśmy na temat seksu. Odrobina prowokacji z mojej strony sprawiła, że Marzena wyznała mi, że miała już doświadczenie z trójkątami: ona, jej przyjaciółka i jej chłopak. Powiedziała mi, że lubi kobiety. Od słowa do słowa wyszło, że właśnie próbowała seksu z dziewczyną. Zasadniczo powiedziała, że spotyka się z nią od czasu do czasu. Że lubi to jako urozmaicenie, ale skoro nie jest to żaden mężczyzna, to nie uważa, że zdradza męża. Nie trzeba mi było więcej. Choć pewności nie miałem, byłem przekonany, że Marzena chodzi do łóżka z Ewą.

Ale co mogłem zrobić z taką wiadomością? Powiedzieć Krzyśkowi? Nie bardzo, chłopak, mimo że nie był zdradzany w tradycyjny sposób, czyli jego żona nie uprawiała seksu z innym facetem, to jednak zdradzała go ze swoją przyjaciółką. Nie lubię się wtrącać w takie sprawy, ale z racji lekkiego jej zagmatwania, czułem odrobinę podniecenia z faktu, iż odkryłem tajemnicę nagłej przemiany Ewy. Postanowiłem, że nic a nic nie powiem Krzyśkowi. Nie mogłem przecież mu powiedzieć:
- Wiesz stary, Ewa cię zdradza, ale z kobietą.
Jak można traktować taką zdradę? Tradycyjnie dla każdego faceta świadomość, że jego partnerka uprawia seks z inną dziewczyną, jest bardzo podniecająca. Nie tylko to akceptują, ale nawet mają marzenia o podglądaniu dwóch kochających się kobiet i ewentualnym przyłączeniu się do tej zabawy. Odwrotnością tej sytuacji w łóżku jest seks dwóch facetów, który rzadko wchodzi w rachubę, a nawet trudno znaleźć taką kobietę, która zaakceptowałaby na dłuższą metę tego typu zdradę. Większość z mężczyzn pewnie zaakceptowałaby jednak zdradę żony z inną kobietą lub też traktowaliby ją ze sporym pobłażaniem, z pewnością nie stawiając takiej zdradzie znaku równości ze zdradą z innym mężczyzną.
Nie wiem jak rozwinie się sytuacja z moimi znajomymi. Co zrobi Krzysiek, jeśli dowie się, że Ewa zdradza go z przyjaciółką? Najlepszym wyjściem z sytuacji byłby trójkąt lub chociaż obecność Krzyśka w czasie takiej zdrady, ale pewnie krzywdziłoby to męża Marzeny. Nie ma chyba idealnego wyjścia z tej sytuacji, bo, choć z pewnością nie jest ona w mojej opinii całkiem beznadziejna, sam fakt zdrady w dość porządnym małżeństwie zaistniał, jakkolwiek by się starać interpretować jego formę. Sam jestem otwarty w sprawach seksu, ale kiedy próbuję sobie wyobrazić podobną sytuację, budzi się we mnie jakieś męskie ego i krzyczy: Jak to, to ja jej nie zadowalam, aż musi szukać pocieszenia w ramionach innych kobiet?!
Co innego gdyby to było tylko krótkie doświadczenie, przypadkowe pójście do łóżka, raz lub dwa, aby spróbować, jak to jest z inną kobietą. Ale kiedy odkrywasz, że tak naprawdę ta zdrada zaczyna mieć już mocne emocjonalne podłoże (zmiana trybu życia Ewy, dbanie o swój wygląd i atrakcyjność), wówczas może okazać się nawet bardziej bolesna, niż przypadkowy, jednorazowy seks z obcym mężczyzną.
Póki co tylko przyglądam się i czekam jak rozwinie się dalej cała sytuacja tej, dość nietypowej, ale chyba jednak zdrady.

 Strona 3 z 9 « 1  2  3  4  5 » ...  Ostatnia »