piątek Lipiec 21st 2017
reklamabanerustac.gif

Ostatni injun

Znam sporo injun, żaden z nich jednak nie przypominał szlachetnego Winnetou, którego przygody, jakie przeżywał wraz z Old Sutherlandem…

 

Każdy za moich czasów chciał być injun (amerykański Indianin). Biegaliśmy po podwórku z łukami zrobionymi z kawałka jesionowej gałęzi, spiętej na obu końcach gumką wyjętą ze spodenek lub majtek, a jako strzał używaliśmy zaostrzonych wierzbowych witek. Czerwone taśmy, wykradzione z urodzinowych, kwiatowych bukietów, sprawdzały się jako indiańskie przepaski na głowę, a piór było mnóstwo w mieście pełnym gołębi. Książki Maya (jak dobrze, że pierwszy raz pojawił się w Ameryce już po napisaniu książek), Szklarskiego oraz Okonia rozpalały dziecięcą wyobraźnię, a akwarelowe farby dawały możliwość nadania naszym twarzom odpowiednich, wojennych barw. Za moich czasów każdy chciał być injun, nikt nie chciał być kowbojem.

Mojego pierwszego injun spotkałem dawno, dawno temu, kiedy pierwszy raz pojawiłem się na kontynencie amerykańskim. Dla mnie był to moment bardzo ważny – oto patrzyłem prosto w oczy potomkowi prawdziwych czerwonoskórych, dzikich i szlachetnych, oto spełniły się moje dziecięce marzenia, ściskałem dłoń szlachetnego Indianina.

Ten, już na wstępie, zadał mi pytanie:

- Dlaczego do nas przyjeżdżacie? Po co?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Prostota i bezpośredniość pytania zbiły mnie z nóg.

- Żeby was poznać – wydukałem.

Choć chciałem kontynuować swoją odpowiedź, starając się zawrzeć w niej wszystkie gorące uczucia sympatii, jakimi obdarzałem mistycznych czerwonoskórych, zamieszkujących Amerykę Północną, nie byłem w stanie wykrztusić nic ponadto.

Spojrzał na mnie tak, jakby ta odpowiedź mu nie wystarczała, ale zarazem zadawanie jakiekolwiek innego pytania wydawało się bezcelowe. Zresztą zgodnie z prawdą. Bo jak można uzyskać od białego człowieka odpowiedź dlaczego przyjeżdża do kraju Indian, w którym żyje ich zaledwie kilka milionów i to w większości w specjalnie stworzonych dla nich, wydzielonych miejscach, zwanych rezerwatami?

Pomimo tego nadal uważają, że każdy „nie-injun” jest tylko turystą w ich kraju lub najeźdźcą i mają nadzieję, że może w końcu się spakuje i wyjedzie. Nie przeszkadza im widok kilkumilionowych miast, które pobudowali biali najeźdźcy, kilku-pasmowych autostrad, fabryk, portów, wieżowców i tysięcy domów. Nadal mają nadzieję, że w czasie pakowania, biali zabiorą to wszystko ze sobą.

Wzór współczesnego Tonto (potoczne, dość obraźliwe określenie american native, po hiszpańsku oznacza głupka, idiotę) nie odbiega od tego, który widywano kilkadziesiąt lat temu. Przybrudzone, niezbyt świeże ubranie, nadmierna ekspresyjność w wypowiedziach i brak jakichkolwiek wyznaczonych celów, oprócz może posiadania gotówki, którą można gdzieś wydać, bawiąc się do upadłego.

Znam sporo injun, żaden z nich jednak nie przypominał szlachetnego Winnetou, którego przygody, jakie przeżywał wraz z Old Sutherlandem, czytałem z rumieńcami na twarzy, pod szkolną ławką, w czasie nudnych zajęć lekcyjnych. Żaden z nich nie przypominał bohaterskiego Mohikanina Chingachgooka, ani nawet Siedzącego Byka czy Szalonego Konia, którzy byli wielkimi wodzami i wspaniałymi wojownikami, potrafiącymi zrozumieć proces zmian zachodzących na podbitym przez Europejczyków kontynencie północnej Ameryki.

Kolejni injun nie byli lepsi niż ten pierwszy.

Joe był bardzo dobrym, wytrzymałym pracownikiem. Milczący, jak przystało na Indianina, pracował ciężko bez jednego słowa, silny jak amerykański bizon. Jakkolwiek rozmowa z nim nie kleiła się nigdy zbytnio. Odpowiadał zwięźle, ograniczając się raczej do wykrzykników i zaimków. Rzadko można było usłyszeć od niego całe zdanie, mimo że angielski był jego pierwszym językiem. Nie wiem, gdzie mieszkał Joe. Zazwyczaj przed zimą kupował butelkę najtańszego whisky, wypijał ją i szedł do baru kontynuować zabawę. Tam osiągał stan jedności ze swoim duchowym przewodnikiem, a konsekwencją tych spirytystycznych, barowych podróży była interwencja policji. W taki sposób Joe miał zapewnione darmowe schronienie na zimę w jednym z pobliskich więzień.

Kolejny poznany przeze mnie injun mówił równie mało. Nigdy nie pił żadnego alkoholu, nawet jednego piwa. Palił za to nieprzerwanie. Kevin, oprócz skrętów, których wypalał od kilku do kilkunastu dziennie, spalał jeszcze do tego paczkę papierosów. Był bardziej rozmowny niż Joe, choć nie można było nazwać tego dialogiem. Jeździł starym amerykańskim Buickiem, w wersji kombi, jakie produkowano w latach 70-tych dla amerykańskich rodzin. Zawsze woził ze sobą swojego psa rasy Husky. Pies był jak Kevin – równie małomówny i chodził swoimi ścieżkami.

Jimi był najmłodszym ze znanych mi injun. Palił marihuanę, pił co popadnie, a na przedramieniu miał wielki tatuaż głowy Indianina w pióropuszu. Do złudzenia przypominał z twarzy filmowego Unkasa z „Ostatniego Mohikanina”.

Kto jest na tym tatuażu? – zapytałem kiedyś.

Mój dziadek, wielki wódz plemienia Cree.

Twój dziadek był wodzem Indian? – zapytałem zdumiony.

Tak – odpowiedział dumnie. – Wielkim wodzem.

To masz fajną rodzinę. Jak miał na imię? – zapytałem.

Jimi – odpowiedział Jimi. – Mam po nim imię.

Ale jak miał na imię w języku Cree, w waszym języku? – pytałem ponownie.

Nie wiem. Nie znam języka indiańskiego. Jestem w połowie indiańskiej krwi, w ćwierci italijskiej i portugalskiej.

W sumie nie byłem zdziwiony, nawet Eric Schweig, grający filmową postać Unkasa, był miksem niemieckich i portugalskich genów połączonych z indiańskimi przodkami. Przedostatni Mohikanin był bardziej europejski niż Jimi.

Takich wnuków indiańskich wodzów spotykałem jeszcze wielokrotnie. Najczęściej podchodzili do mnie, pytając o papierosa czy drobne na piwo, chwaląc się przy tym, że są potomkami wielkich wodzów indiańskich.

Na północnych terytoriach kontynentu amerykańskiego można spotkać bardziej prawdziwych injun. Czystej krwi. Mieszkają z zasady w domach subsydiowanych im przez rząd. Stykałem się z nimi na co dzień, przebywając przez prawie dwa tygodnie w małym miasteczku z dwutysięczną populacją, złożoną z większości z injun. Już pierwszego dnia można było ich zobaczyć, stojących na rogach ulicy z puszkami piwa lub butelką moonshine (bimbru), schowaną we wnętrzu flanelowej koszuli w kratę. Stawali tam już o wschodzie słońca i stali na nim o zachodzie, zmieniały się tylko osoby. Inni chodzili własnymi wydeptanymi ścieżkami, unikając chodników, głównych ulic, przysiadali na tyłach sklepów, czy budynków, sącząc swoje spiryt(ystyczne)owe napoje.

Dasz papierosa? – zapytał Tonto z drobnym zarostem na twarzy. Wyciągnąłem w jego kierunku paczkę papierosów.

Wezmę dwa – powiedział i krzyknął coś w swoim narzeczu w kierunku krzaków, z których po chwili wyłoniła się prawdziwa indiańska squaw (kobieta). Podeszła bliżej, a Tonto wręczył jej papierosa. Podpaliłem obojgu.

Długo tu będziesz? – zapytał, jakby nie miało sensu pytać skąd jestem i po co tutaj przyjechałem, ani kim jestem, a najważniejsze jest tylko kiedy stąd zniknę.

Trzy dni – odpowiedziałem równie krótko, nie starając się tłumaczyć.

Paliliśmy w milczeniu, jak prawdziwi Indianie. Choć były to tylko Camele, nieomal czułem jakby była to fajka pokoju, krążąca między wojownikami starszyzny, siedzącymi w kucki na środku indiańskiego tipi. Tonto sięgnął za pazuchę kurtki i wyciągnął z niej okrągłą butelkę. Napił się z niej, po czym skierował ją zachęcająco w moją stronę. Odmówiłem. Podał ją stojącej przy nim indiańskiej squaw. Ta złapała butelkę i wychyliła szybkim ruchem.

- Chcesz ją pieprzyć? – zapytał Tonto, wskazując na partnerkę. Ta odsunęła butelkę od ust i uśmiechnęła się zapraszająco, odsłaniając pożółkłe kikuty kilku przednich zębów. Wzdrygnąłem się. Prawdziwa indiańska squaw – nie przypominała nawet kobiety, ubrana w szerokie, brudne jeansy, które ledwo opasywały jej wielkie biodra i wylewający się z nich brzuch, zakryty wystającą poza nie, flanelową, kraciastą koszulą – a co dopiero Apanaczi (żona Winnetou) czy filmowej Pocahontas. My – biali nie panujemy tak dobrze nad mimiką twarzy jak injun. Zaciągnąłem się mocno papierosem, starając się ukryć grymas niesmaku.

Współczesna „Apanaczi” nie poddawała się, uśmiechając się zalotnie w moim kierunku. Tonto zabrał od niej butelkę i schował za pazuchę kurtki.

Dwadzieścia dolarów – powiedział. I też się uśmiechnął. Z krzaków wysunęło się kolejne kilka postaci czerwonoskórych. Zadeptałem papierosa i zbyłem pytanie Tonto jak przystało na prawdziwego Indianina – milczeniem.

John jest chyba najdziwniejszym injun jakiego znam, a znam go od lat. Kiedy wypali skręta, buzia mu się nie zamyka. Chudy, umięśniony, w okularach w cienkiej oprawie, pobudzony sterydami, które bezskutecznie aplikuje w swoje ciało, aby zwiększyć masę mięśni.

Wiesz człowieku, wiesz, ile masz lat? – zaczyna, ale mimo zadawanych pytań, nie oczekuje na nie żadnych odpowiedzi. – Powinieneś sobie także zrobić zastrzyk, te sterydy są zajebiste, wiesz, naprawdę zajebiste, dają ci takiego kopa, że możesz wszystko, chce ci się po nich latać, wiesz człowieku, wiesz moja dziewczyna ma dwadzieścia lat – mówi, a ja spoglądam w kierunku kanapy, z której spływa upalona marihuaną dość ładna, młoda dziewczyna. – Wiesz, pieprzę ją każdego dnia po dwa razy i daję rady, czuję się jak młodzieniaszek, wiesz człowieku, powinieneś spróbować, wiesz to naprawdę daje kopa – kończy zdanie, choć zamiast kropki na jego końcu, jest bardziej myślnik, czyli czas kiedy skręca kolejnego skręta. – Wiesz człowieku, wiesz…

Johny jest najbardziej gadatliwym injun jakiego znam. Może mówić bez przerwy i niekoniecznie potrzebuje do tego rozmówcy. Widywałem go, jak gadał sam do siebie, a kiedy już rozmawiam z nim i raptownie zmieniam temat dyskusji, irytuje się jak dziecko. Może to nadmiar sterydów krążących w jego ciele.

Ostatni injun, którego widziałem, spał na ziemi za budynkiem, przy którym parkowałem swój samochód. Była już późna jesień, a ja zbudziłem się z samego rana i ruszyłem w powrotną drogę z północy. Słońce dopiero co wstało, więc ledwie dostrzegłem buty wystające z wyschniętej na słomę trawy. Przez pierwszy moment myślałem, że jest martwy, ale kiedy podszedłem bliżej, usłyszałem jak przeciągle chrapie. Śmierdział brudem i alkoholem. Odwróciłem się i podszedłem do samochodu, otworzyłem drzwi, zapaliłem silnik. Kiedy opuszczałem tę małą miejscowość, kierując się na wschód, wstające słońce jarzyło się jak wielkie ognisko, a rzadkie chmury przybierały kształty tańczących wokół niego tancerzy. Szum powietrza, wdzierający się przez półotwarte okno, tworzył dźwięk do złudzenia przypominający indiańskie śpiewy.

Aha ha ha, aha ha ha – przebrzmiewało w mojej głowie.

Pomyślałem, że gdyby nagrać te indiańskie śpiewy i odtworzyć w przyspieszeniu, brzmiałyby zupełnie jak szyderczy śmiech. Mimo to sam zacząłem nucić je pod nosem, coraz głośniej i głośniej, jechałem przecież przez prerie, na których czerwonoskórzy polowali na bizony. I sam, na tej ciągnącej się w nieskończoność drodze, czułem się jak prawdziwy ostatni injun.

Komentarze czytelników

5 komentarzy do “Ostatni injun”

  1. ~Red pisze:

    Ten wpis jest kapitalny. Niczym poszukiwanie podróżniczej ekstazy, pędząc gruchoczącym wanem po bezdrożach świata.

    Zapraszam czasem do siebie: http://redmind.pl/

  2. ~Red pisze:

    Ten tekst tchnął we mnie ponownie niespokojnego ducha. By zwiedzać świat w czerwonym cadilacu i słuchać głośno muzyki. Poznawać kobiety, zakazane zaułki, bezdroża świata oraz obskurne motele. By doświadczać różnych kultur, różnych stanów, różnej definicji szczęścia.

    I taka podróż, przepełniona Whiskey, sexem i wkraczaniem w to, co zupełnie nieznane….jest prawdziwym pięknem tego świata.

    Ten artykuł będę często czytał…

    • adamambler pisze:

      Samo poznawanie jest w tym najlepsze.
      Nie potrafię zrozumieć turystów którzy leżą na plaży przez cały czas, a obok nich tuż za płotem rozgrywa się prawdziwe życie tubylców. Normalnych zwykłych ludzi, takich jak oni sami, jedynie mówiących innym językiem i żyjących według innych praw społecznych i kulturowych. A później mówią że byli w innym kraju, skąd pamiętają tylko serwowane drinki i palące słońce.
      Cadillac nie jest potrzebny, to już tylko filmowe ubarwianie świata. Każde dwa czy cztery kółka pomagają w tym aby poznać świat za płotem.
      Mnie bawi czuć smak i zapach nowego miejsca, widok spracowanych dłoni staruszki, tak aby mogły mi one opowiedzieć swoją historie. Odkrywanie różnic kulturowych i broń boże ich ocenianie. Zrozumienie. Lub chociaż próba ich zrozumienia.
      Puenta jest pełna goryczy, prawdziwe życie toczy się za płotem, za oknem, za drzwiami naszych domów w których pozamykaliśmy się aby czuć się wygodnie. Zamknięci w czterech ścianach – ukrywamy się przed życiem.

  3. ~Anna pisze:

    Świetny tekst…
    Czasami nasze wyobrażenia mają się nijak do obecnej rzeczywistości. Taka Indianka powinna być jak gałązka, szczupła i giętka od biegania po prerii a tu taki zawód… No cóż przyszły czasy które niszczą te wszystkie piękne obrazy, a alkohol niszczycielem jest jednym z największych.

  4. ~weska100 pisze:

    Wystarczy wyjrzeć przez okno i odkładając na półkę siebie ( swój umysł,który wie że: teraz jestem w domu, w Polsce, tu i tu, myślę w jęz. polskim itd, itp.)patrzeć i obserwować,,bez przyklejania etykiet . I mamy pełny obraz społeczeństwa ludzkiego (tyle, że zewnętrznymi cechami zróżnicowany) .A co do innego środowiska naturalnego, architektury…po prostu tu i teraz- jest to co jest, a kiedy indziej będzie – to co będzie.
    I nie wyjeżdżając donikąd- można wszędzie znaleźć OLD Sutherlanda, Ostatniego Samuraja czy…. SMUGĘ.

Komentuj