piątek Lipiec 21st 2017
reklamabanerustac.gif

Czy nam stoi, czy nam zwisa: Czas zamiera (cz. 2)

Porównań jest sporo. Ale nawet do nich trudno się odpowiednio ustosunkować. Dlaczego?

Przez wieki dzicy ludzie byli traktowani z góry. Wychwalano produkty zrodzone w cywilizacji, choćby nawet były jej ślepymi uliczkami – jak niewolnictwo, masowe wojny, totalitarne rządy, masakry religijne i rasowe oraz dziesiątki innych złych rzeczy, które mogła wyprodukować tylko rozwinięta cywilizacja. Ale to właśnie dzikimi straszono małe, cywilizowane dzieci.

Dzicy byli postrachem cywilizowanych nie dlatego, że biegali półnago lub owleczeni w niewyprawione zwierzęce skóry, przez co wyglądali strasznie, a dlatego, że byli wolni. Wolni od wszystkich cywilizacyjnych uzależnień. Od pokłonów bogom, faraonom, od płaconej dziesięciny, od narodowego nacjonalizmu, od znajomego formularza podatkowego z urzędu skarbowego.

Dzikich trzeba było na siłę ucywilizować. Czyli wsadzić ich do klatki cywilizowanych zasad, gdzie ich wolność zostałaby raz na zawsze stłumiona. Bo nie wolno biegać nago. Nie powinno wspinać się na drzewa bez odpowiedniego ubezpieczenia, nie wolno zabijać dzikich zwierząt bez opłaconych licencji i w ogóle nic nie wolno bez odpowiednich, regulujących prawo zasad.

Czas zamiera.

Kiedy ostatnia twoja bateria mówi: to jest kres mojej możliwości, podłącz mnie do gniazda i naładuj, a ty obiecujesz jej, że to zrobisz, mimo że wiesz, że jesteś oddalony trzy tysiące lat od momentu, kiedy Volt wymyśli pierwsze ogniwo elektryczne, siadasz, kucając jak inni w przysiadzie i myślisz. Ile jeszcze trzeba czasu do tego momentu, abyś zrozumiał, że jesteś tutaj sam.

Nie, nie jesteś.

W końcu gdzieś koło ciebie zaczyna się krzątanina, zwykła jak każdego ranka, z tym, że nie jest ona częścią twojego czasu, ani twojego życia, twój świat skończył się, kiedy padła ostatnia bateria. Została tylko zapalniczka. Jedyny prawdziwy dowód tego, że poza tym światem istnieje jeszcze inny. Ale czy to prawda? Czy naprawdę istnieje realny świat zagonionych ludzi, biegających z telefonami komórkowymi tam i z powrotem? Może to tylko sen, z którego pamiętasz jedynie urywki wizji z innego świata. Jedynie zapalniczka. To ona jest jedyną stałą częścią świata ze snu, krucyfiksem przypominającym ci, że istnieje coś więcej niż tylko dżungla dokoła ciebie i półnagie plemię, żyjące od tysięcy lat swoim życiem. Kiedy pocieram ją palcem dłoni, wybucha tajemniczym ogniem. Taka zwykła zapalniczka, jakich dziesiątki można kupić w każdym sklepie, czy na stacji benzynowej. Kto by pomyślał, że tutaj to właśnie ona jest najważniejszą dla mnie rzeczą.

Wyprodukowana w chińskiej fabryce, naładowana gazem, daje poczucie stabilności. Pewności, że gdzieś tam za górą, za lasem, za oceanem są inni ludzie, którzy używają takich zapalniczek na co dzień. Dla których jest ona najzwyklejszym drobnym przedmiotem. Nie wartym nawet sekundy refleksji. Zwykła zapalniczka. Dla mnie, kiedy padła już ostatnia bateria, to jedyna nić wiążąca mnie z innym życiem.

Cała paczka kurczącego się zasobu zapalniczek, bo rozdaje je na prawo i lewo niczym Prometeusz, przynoszący ogień. Próbuję tym samym wkupić się w łaski ludzi, którzy życiowo są mądrzejsi od mnie. Bo jeśli tylko skończy się zapas mojej żywności, umrę z głodu, mimo latających nad moją głową, na wysokości kilkunastu kilometrów, samolotów – pędzących z prędkością bliską szybkości dźwięku. Będę zdany na ich łaskę. Nie. Nie na łaskę, na umiejętności przeżycia, które dla nich są tak naturalne jak wydalanie, czy jedzenie, a które we mnie zatarły się już w czasie dziesiątek pokoleń moich przodków.

Tu nikt mnie nie dojrzy, jestem zdany tylko na grupę ludzi, takich samych jak ja, posiadających parę rąk, parę nóg, nos, usta i parę oczu. Może tylko różniących się ode mnie kolorem skóry i tym, że nikt nigdy nie wysłał ich do szkoły podstawowej oraz tym, że nigdy nie skorzystali z łazienki, wynalezionej przez cywilizowanych ludzi, co nie jest dziwne, bo żaden z nich nigdy nie wybudowałby toalety w swoim domu. Nie dlatego, że nie zna techniki wypalania ceramiki na muszlę klozetową, ale z prostego powodu, że ubikacja służy do pozbywania się nieczystości ciała, a miejsce zdatne do tego, zawsze powinno znajdować się w oddaleniu od miejsca, gdzie się je, mieszka i śpi.

Dla nas, ucywilizowanych ludzi, ważniejsze jest posiadanie takiego miejsca na własność, mimo że często sąsiaduje z miejscem naszego odpoczynku – sypialnią, co noc przynosząc gamę dość specyficznych zapachów.

Może ponownie w tym momencie staram się zbyt krytycznie oceniać wynalazki cywilizowanej ludzkości, a może znowuż nie mam racji. Bo przecież wiem, że moi dziadkowie mieli drewnianą wygódkę za stodołą, gdzie wszelkie nieczystości, wyprodukowane przez ludzkie ciało, mogły znaleźć ujście, a cały ten ekstrakt naszej ziemskiej egzystencji służył ponownie, nawożąc okoliczne pola, wspomagając wzrost jarzyn i pszenicy, z której wypiekano później powszedni chleb. Toaleta w domu? Dla tych ludzi, których my – cywilizowani, nazywamy dzikimi golasami, ten pomysł wydaje się niesmaczny. Nieczystości wydala się daleko poza wioską, tak aby mieć pewność, że gdy zawieje wiatr, nie przyniesie ich przykrego zapachu. Nawet niejadalne kawałki świni, czy ryby, zabiera się daleko od wioski i porzuca, tak aby nie psuły swoim zapachem naszego domowego powietrza.

Straszne, że będąc tutaj – na wyprawie, która zawsze była marzeniem – zamiast kontemplacji codziennego życia dzikich, szukam w pamięci porównania do własnego, czającego się gdzieś w zakamarkach mojej duszy.

Czuję się jak strącony z nieba Anioł, wrzucony do świata, gdzie już nie można wpisać w wyszukiwarce Google hasła, czekając na odpowiedź kilka sekund. W świecie, gdzie nie można wykręcić z nudów numeru telefonu do przyjaciela, aby pogadać z nim przez chwilę. W świecie, gdzie nie można wejść do pierwszego lepszego fast foodu, aby pożywić się odgrzanym kawałkiem pizzy, czy bułką z kawałkiem mięsa. Jestem jak upadły Anioł, z przetrąconymi skrzydłami. Mam świadomość, że gdzieś tam istnieje inny świat, ale nie mam już skrzydeł, aby z niego skorzystać. Jedynie zapalniczkę.

Zapalam ją kolejny raz i zwracam tym uwagę jednego z przechodzących mężczyzn. Przysiada przy mnie w kucki i obserwuje moje dłonie, pocierające zapalniczkę. Jego ogorzała, ciemna, spalona słońcem twarz nie wyraża żadnych uczuć. A może wyraża, tylko dla mnie, cywilizowanego człowieka, jest taką samą maską dzikiego człowieka. To przecież my mamy gamę min, tricków, westchnień, spojrzeń, zaprzeczeń, z których każdy jest częścią mowy ciała. Podobnie mają i ci dzicy, z tym że ja nie znam ich języka. I tego mówionego, i tego, dzięki któremu nie trzeba wypowiadać żadnych słów, a wystarczą same gesty, mimika twarzy, czy postawa ciała.

Zostają tylko te uniwersalne. Gdy psy warczą – ostrzegają. Nie zbliżaj się, bo tu jestem. To jedyny uniwersalny język całego świata zwierzęcego, jak i ludzi. Wyciągam w jego stronę dłoń, trzymam w niej zapalniczkę. Patrzę mu w twarz, uśmiechając się szeroko.Obserwuje mnie uważnie, kiedy jego pałąkowate palce zgrabnie chwytają zapalniczkę. Stara się powtórzyć moje ruchy pocierania. Jego dłonie tak doskonale stworzone do trzymania łuku, dzid, zręcznie operujące maczetą niczym wirtuoz smyczkiem, nie są przyzwyczajone do cywilizowanych wynalazków. Wyjmuję z kieszeni kolejną zapalniczkę i pokazuję mu powoli, jak ma pocierać krzesiwo. Powtarza tę czynność kilkakrotnie, bez złości, jak pilny uczeń na lekcji. Jego dłonie wyglądają jak strąki grochu. Wyglądają jak ludzkie, mimo to są obce. Inne. Dzikie. W końcu udaje mu się wykrzesać z zapalniczki iskrę. Wyraźnie się pobudza. Nadal nie rozumie, że aby ogień się palił, musi utrzymać nacisk na przycisk otwierający zawór zbiornika z gazem. Zbliżam swoje dłonie do jego, dotykam jego dłoni. Są zadziwiające miękkie, mimo ich pałąkowatości i szorstkości. Przytrzymuję jego palec na przycisku, pocieram krzesiwo i ogień zaczyna się palić. Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Taki delikatny, uśmiech pełen satysfakcji. Ja też uśmiecham się. Jestem Prometeuszem rozdającym ludziom ogień.

Odchodzi zabierając zapalniczkę ze sobą, a ja czekam na kolejnego. Zapalając raz po raz zapalniczkę. Rozdaję ogień jak Prometeusz, mając nadzieję, że kiedy skończy mi się ostatnia paczka żywności, to oni przyjdą do mnie z kawałkiem mięsa w zamian i nie pozwolą, aby sępy głodu rozszarpały moje wnętrzności.

c.d.n.

Komentuj