piątek Wrzesień 22nd 2017
reklamabanerustac.gif

Czy nam stoi, czy nam zwisa (cz. 1)

Jeśli obserwowanie życia w dużym mieście może doprowadzić nas do różnych wniosków na temat natury ludzkiej, co powiecie na obserwowanie takiego życia wśród ludów pierwotnych?

Takich oaz nie ma już zbyt wiele na świecie. I tak naprawdę nie łatwo znaleźć na ziemi miejsca, gdzie pierwotne plemiona nadal żyją według tradycji nie skalanej podbojem cywilizacji. Trudno znaleźć oazy ludzkości, w których nie byłoby choćby siekiery lub maczety odlanej w hucie, a później przetworzonej w innym zakładzie, gdzie na kawałek metalu założono plastikową rączkę, a ostrze poddano obróbce ostrzenia. Choć żelazne noże i meczety stały się już częścią prawie każdej pierwotnej kultury, większość innych współczesnych przedmiotów codziennego użytku nadal nie może zasymilować się z dzikimi plemionami, które mimo możliwości adaptacji wynalazków cywilizacji, wolą swoje tradycje, bo są one świadomością ich kultury, duszą ich przodków, esencją człowieczej egzystencji – w odróżnieniu od cywilizowanych ludzi, którzy biegają tam i z powrotem, robią zdjęcia, latają wielkimi statkami po niebie i zawsze im się spieszy. Jak twierdzą dzicy – oni już zagubili się w tym bieganiu.

Dla dzikiego człowieka czas biegnie inaczej. Nie wyznacza go kolejna godzina dzielona na pomniejsze minuty, które ponownie rozdzielane są na jeszcze mniejsze sekundy. Czas, choć upływa – co wyraźnie widać na twarzach starszych członków plemienia, nie jest miernikiem upływu życia, a raczej jego regulatorem. Nie można nie mieć na coś czasu. Czasu jest tak dużo, że można czerpać go garściami, bo leży jak wszystkie dary natury dookoła. Można się spóźnić na polowanie, ale nie oznacza to jego straty. Bo jeśli jest czas na polowanie, to dokładnie oznacza to czynność, jaką będziemy właśnie wykonywać, bez ograniczenia długości trwania podejmowanej aktywności. Bo choć czas na polowanie sam w sobie jest określeniem ilości godzin, minut, czy dni, to jest pojęciem działania, a nie upływu jakichś jednostek miary.

W cywilizacji wędkarz udający się na ryby (jedna z form tradycyjnych, starych sposobów zdobywania pożywienia), ustala sobie dokładnie ilość przeznaczonych na to godzin. Starannie przygotowuje się do tego, zdając sobie sprawę, że łowienie ryb jest już raczej hobby, niż niezbędną do przeżycia czynnością. Określa ilość czasu, jakiego potrzebuje by dotrzeć do miejsca swojego wędkowania i ilość czasu, jaki spędzi z wędką w dłoni. W tym okresie ma nadzieję, że uda mu się coś złowić. Po upływie wyznaczonego terminu wraca do domu – z rybami lub bez. Czas wędkowania się skończył, a dokładnie minęły godziny, jakie zaplanował na łowienie ryb.

Dziki człowiek nie ma godzin, ani minut. Czas polowania jest czynnością. Jeśli wyrusza polować na ryby, czas, który temu poświęca, nie jest określony godzinami, a samym celem. Gdy go osiągnie (złowi wystarczającą ilość ryb), czas upłynął. Jeśli nie złowi nic przez dwa dni, czas łowienia ryb nadal będzie trwał, aż do momentu osiągnięcia celu.

Konkretne działanie określa upływ czasu, a nie jego pomiar przez użyteczne do tego gadżety. Dla cywilizowanego człowieka w dżungli taki czas również powoli się zatraca. Kiedy pada ostatnia bateria w telefonie. Kiedy notebook, mimo podłączonego do niego panelu solarnego, pracuje już tylko kilkanaście minut dziennie, a najbliższe gniazdko elektryczne oddalone jest kilkadziesiąt godzin marszu – czas również zamiera. Staje, jak wędrowiec zagubiony na pustkowiu i nie wie, w którą stronę ruszyć. Brakuje mu minut, kwadransów i sekund. W końcu zamiera – rozpływając się w naturze bezmyślnym ciągiem powtarzających się cyfr, które ciężko nawet zapisać ołówkiem na zawilgoconej podrównikowym klimatem kartce notesu…

Dla dzikich nie ma godzin i naprawdę trudno wytłumaczyć im, że ma się spotkanie za dwadzieścia dni, o dwunastej trzydzieści, w małej kawiarni, w centrum dużego miasta. Czy pojęcie czasu ucywilizowałoby by dzikie plemiona?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku indonezyjski rząd starał się walczyć z prymitywnymi plemionami, jakie znajdowały się na ich terytorium, zaopatrując je w ubrania. Wydawałoby się, że pomysł był świetny. Rozdawano ubrania za darmo, mając nadzieję, że – jak uda im się namówić prymitywnych, gołych dzikusów na ubranie koszulki i spodenek – staną się od razu bardziej cywilizowani.

Pomysł oczywiście nie wypalił i spowodował spore zamieszanie u niektórych plemion. Nie znali wcześniej materiału, płótna, nie wiedzieli jak się z nim obchodzić, na dodatek często krój ubrań przeszkadzał im w noszeniu własnych, prymitywnych strojów. Ubrania z materiału się brudziły, a choć dzikie plemiona posiadały dość wysoką higienę osobistą, nie stać ich było na skorzystanie z miejskich pralni, choćby raz na tydzień, bo proszek do prania był im obcy, elektryczność kojarzyła się z bogami, a idea pralki, piorącej ich ubranie, wydawała się idiotyczna. Bo po co prać coś, co można zrobić sobie ponownie samemu, a poza tym – co to za badziewie te koszulki i spodenki, jeśli dziury w nich robią się już pierwszego dnia w dżungli, niszczą i brudzą się sto razy szybciej niż skóry zwierząt, czy roślinny susz, i śmierdzą jak dzikie świnie już po kilku dniach ich używania. Dzicy ponosili te koszulki i spodenki przez kilka miesięcy, często ubierając je w zupełnie inny sposób, niż planowali to ich kreatorzy (bywało, że nosili spodenki jak koszulkę i na odwrót), najczęściej w formie ciekawego trofeum i ponownie wrócili do swoich tradycyjnych strojów, podśmiewając się z cywilizowanych dziwactw. Tym bardziej, że jak wieść niosła, w kilku innych wioskach zmarło sporo osób od noszenia spodenek, czyli noszenie ubrań było niezdrowe i nieekologiczne, prowadziło do chorób – nikt im oczywiście razem z koszulkami nie ofiarował informacji, że trzeba je prać, ponieważ już po tygodniu staną się siedliskiem brudu i zarazków, a nawet jak ktoś ich oświecił tą wiedzą, składali to na karb głupiej cywilizacji, której przedstawiciele potrafili biegać tam i z powrotem, wykrzykując ochy i achy, z aparatem fotograficznym przy twarzy, zamiast zająć się czymś pożytecznym. Mydło i proszek do prania były kolejnymi idiotyzmami. Wszędzie była woda, piasek, ziemia i rośliny, które idealnie nadawały się do utrzymania higieny własnego ciała. Zamiast podejrzanie pachnących sztucznych detergentów.

I tak po kilku latach próba ubrania dzikich plemion stanęła w martwym punkcie. Koszulki i spodenki kosztowały rząd sporo pieniędzy, a dzicy stukali się w głowę, kiedy obsypywano ich odzieżowymi darami. W końcu i na to znaleźli sposób – wykorzystali skrawki pociętego materiału, jako sznurki i linki, ale niespecjalnie je lubili, bo nie były tak wytrzymałe jak te, które dawała im natura.

Indonezyjski rząd musiał przejść do porządku dziennego nad faktem, iż  świat, patrząc na część jego kraju, widzi nagich tubylców. Odtąd najczęściej tych dzikich golasów kojarzono z nazwą ich państwa.

Dzicy nie przejmowali się tym. Nadal żyli swoim trybem życia, często tylko komentując gniewnie pomysły tych cywilizowanych, którzy na siłę starali się ich obdarować zupełnie zbytecznymi przedmiotami. Najczęściej zresztą obsypując ich gradem strzał, jako ostrzeżenie, że nie potrzebują więcej „chorej” odzieży. Jedynym akceptowanym podarkiem był metal, który chętnie zaadaptowali na maczety, siekiery, noże i motyki. To było coś, co cywilizowani naprawdę umieli robić z sensem.

Reszta była bezsensowna. Dżungla dostarczało im przecież wszystkiego.

A po co mieć coś więcej niż to, co potrzebuje się do codziennego życia? Po co mieć samochód, żeby jeździć nim, kiedy Bóg dał nam nogi? No dobra – bo można go załadować drzewem na opał na zapas, nie musząc go targać samemu z lasu. Ale po co komu robić zapasy? Jak braknie, to pójdę sobie do lasu i przyniosę ile trzeba. No, ale można nim przywieźć wielką lodówkę. A w niej można trzymać zapasy jedzenia. Tylko po co robić te zapasy jedzenia – mięso, jak go nie wysuszysz, jest niejadalne już za kilka dni. Trzymanie przez miesiąc świeżych kawałków świni wydaje się idiotyczne. Jeść trzeba póki świeże. Jak się skończy, idziesz na polowanie i upolujesz sobie nowe. A jak zwierzyny jest mało wokół osady, to jest wiadomość, że trzeba przenieść się w inne miejsce, a w to wrócić dopiero po kilku latach, tak aby rośliny i drzewa, które użyliśmy, miały czas odrosnąć, i żeby świat zwierzęcy mógł się ponownie odbudować. Proste, mądre i bardzo ekonomiczne. Bardziej niż świat cywilizowanych ludzi.

Bo ten naprawdę jest zwariowany. Pakują do puszek kawałki świni, zamiast zjeść je na miejscu lub wysuszyć. Ubierają się w kilka rodzajów ciuchów, tylko po to, aby chwilę później zmoczyć je swoim potem. I noszą je brudne na sobie, z przykrym zapachem. Cywilizowani zakrywają swoje ciało, jakby chcieli ukryć swoją płeć. W takich luźnych koszulkach nawet nie widać czy to kobieta, czy mężczyzna. A jak kobieta to nie widać jej atrybutów piękna. Czy da radę wyżywić nasze dzieci, czy trzeba będzie dokarmiać dzieci od innych matek. Cała ta cywilizacja to najbardziej dziwna sprawa, od której trzeba trzymać się jak najdalej.

I tak też kobiety nadal nakładają na siebie skromną spódniczkę z zawieszonymi z przodu, wysuszonymi strąkami roślin, bardziej dla higieny, niż dla zakrycia swojej płci, najczęściej zostawiając odkryte pośladki, a panowie nakładają na penisy koteki – rodzaj pochwy, zrobionej z wysuszonej dyni, głównie z jednego powodu: nic im nie dynda na polowaniu i nie muszą się w ten sposób martwić, że stracą swoja męskość zahaczając o krzaki, czy konary, gdy wspinają się na wysokie drzewo. Wstyd? Nie można wstydzić się własnego ciała, można wstydzić się swoich uczynków. Z tym jest już różnie.

cdn.

Komentuj